Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (27)

wiking helm2013-08-13.

Al-Madżus, Czciciele Ognia

Pomijane do dzisiaj daty pozwalają umiejscowić precyzyjnie w historii wszystko, co tu opowiadam. To nie jakaś mgła domysłów i przypuszczeń. Ta przeszłość toruje sobie datami drogę do historii.

Dziś już nie trzeba nikogo przekonywać, że władza kniaziów z demokracji plemiennych wyrastała wszędzie mniej więcej tak samo – wbrew kolejnym reinterpretacjom oczywistych dowodów i zapisów. Utalentowany dowódca wojenny, często po prostu – zbój numer jeden, wsparty przez drużynę, która mu zawdzięczała zbójeckie sukcesy i zdobycze, wsparty charyzmą swej siły, zręczności lub chytrości i przewagą drużyny, sięgał po władzę nad całym plemieniem.

Uważam za prawdopodobne, że to nowogrodzki Ruryk był sławnym w IX wieku wikingiem Rerikiem. Jeśli tak, to wniosek prosty, że był człowiekiem o ogromnych ambicjach i rozmachu; dopiero tej miary kniaź mógł czuć się na tyle pyszny, by z dalekiej północy słać posły do samego cesarza Bizancjum! To on mógł czuć się na tyle silny, by tytułować się po chazarsku „chakanem”. I to on także mógł wybrać się ze swoimi „Rusami” na swych dłubankach pod czarnymi żaglami złych mocy hen, przez Bałtyk, Morze Północne i otwarty ocean aż do Hiszpanii. Rozbójnikowi małego formatu, żeglarzowi bez doświadczenia, to by nie przyszło w ogóle do głowy.

Nie jest to wcale historia zawieszona we mgle nieokreśloności czasowej. Mamy w niej pewną wręcz żelazną datę, która przesuwa wstecz daty Nestorowe i pozostawia dość miejsca i na kniazia Brawlina – może Ruryka, może panoszącego się Dana – i na własnych, nowogrodzkich wodzów drużyn czy posadników, i na Wadima z jego być może własną drużyną, która chciała być drużyną silniejszą od drużyny Ruryka. Taką datą jest rok 839.

Nie ja odkryłem tę datę. Znana jest od wieków. Przemilczano ją tylko, bo nie bardzo nadawała się do propagandy.

Zachodni kronikarz, Prudencjusz, późniejszy biskup Troyes, zanotował w „Rocznikach bertyńskich”, „Annales Bertiniani”, prowadzonych w latach 835-861, że 18 maja 839 roku do Ingelheim, gdzie właśnie rezydował cesarz rzymski, następca Karola Wielkiego, jego syn, Ludwik I Pobożny, przybyło z darami poselstwo od cesarza Bizancjum, znanego już nam Teofila. Miało „potwierdzić sojusz, pokój i wieczystą między obu cesarzami i ich poddanymi przyjaźń i miłość”. Teofil prosił przy okazji cesarza Ludwika, by zechciał pomóc w przedostaniu się do rodzinnego kraju pewnym ludziom, którzy zabrali się z jego poselstwem, a pochodzą z ludu „Ros”, rządzonego przez króla zwanego „chakanem”. Przybyli oni do niego, Teofila, jako posłowie tegoż chakana z misją ustalenia stosunków przyjaźni. Bali się wracać szlakiem, którym dotarli do Bizancjum, „ponieważ drogi, którymi przybyli do Konstantynopola, wiodą pomiędzy ludami barbarzyńskimi, nader dzikimi i najokrutniejszymi”.

Tymczasem cesarz Ludwik, zbadawszy sprawę, rozszyfrował tych posłów jako – „Sweonów”, Swewów, i przestraszył się normańskiego podstępu. Nie bez racji, na ile znamy tamtą epokę.

Ileż ten „chakan Rosów” w roku 839 mówi! Zwie się go „chakanem”, jest to więc lud żyjący w zasięgu oddziaływania cywilizacji chazarskiej. Gdyby to był lud rezydujący na stałe w jakichś dotychczasowych pieleszach skandynawskich, padłby termin „konung” i cesarz Teofil określiłby ich władcę „rex”, królem, albo „dux”, księciem. Użył jednak cesarz Teofil terminu „chakan”, „kagan”, a wiedział z całą pewnością, że to słowo turskie, dla niego – bułgarskie lub chazarskie; znał je z sąsiedztwa i z kontaktów chazarskich. No i nie mógł wymyślić imienia ludu Rosów. Gdyby tu chodziło o dawnych, sprzed ponad dwustu lat, „Rosomonów”, scytyjskich koczowników znad Donu, cesarz Bizancjum, erudyta i mędrzec, znający kroniki greckie, byłby dodał jakąś orientującą adresata listu informację – co więcej, cesarzowi Ludwikowi byłoby znacznie trudniej pomóc komukolwiek w powrocie na Ukrainę niż jemu, Teofilowi. Chodziło wyraźnie o pomoc w przedostaniu się do jakiegoś północnego kraju… Z czego wniosek, że ci Rosowie, rozpoznani przez dwór cesarza Ludwika jako Sweonowie, byli na północy przyszłej Rusi na długo przed datami Nestora! Rosowie, nie żadni inni. Już nie wojowniczy „wioślarze”, budzący strach w nadbałtyckich ludach, lecz – lud Rosów.

I nie był ten „chakan Rosów” zasłoną dymną, obmyśloną przez chytrych normańskich szpiegów. Kiedy w roku 871 Ludwik Niemiecki, syn Ludwika Pobożnego, król wschodnich Franków,

czyli przyszłych Niemiec, odpowiada na pretensje cesarza Bizancjum, że używa tytułu „cesarza”, mówi się przy tej okazji, że są królowie, którzy tytułują się „chaganami”, a więc – królowie Awarów, „Gazanorum” (czyli Chazarów) czy też tych, uwaga, „Nortmannorum”, Normanów, których po grecku mianuje się – „Ros”. Czyli nie wszystkich Normanów, ale właśnie Rusów… Tych zaś Rusów Bizancjum znało już wtedy aż za dobrze; mieli już okazję dać mu się we znaki wcześniej. I to również przed datami Nestora.

Jeszcze później pojawi się chakan Rusów w zgoła innym dziejowym zwierciadle! Arabskim. Cytowałem tu pewną niezwykle plastyczną wiadomość z końca IX wieku. O grodzie na wyspie i o chakanie Rusów. Taką „wyspą” nie mógł być ani Kijów, ani rodzinne strony Ruryka, jakieś szkiery pobrzeży Upplandii. Mogła by nią być Birka, ale na Birce nie znaleziono śladu grodów, Skandynawowie ich nie budowali. Mamy za to prawo domyślać się, że informacje pochodziły od jakiegoś arabskiego kupca, który docierał do wspominanego w jego relacji Wielkiego Bułgaru (nawet kupując niewolników w Itil, mógł nazwać go imieniem gospodarzy, Chazran). Wiedział, że nie mówi o państwie Normanów – bo nie byłby określił władcy terminem chazarskim (jak się musiał sam ów „chakan” określać), lecz po swojemu. Wiedział jednak, że to państwo wikingów, normańskie ze swego charakteru, że ci Rusowie w niczym nie są lepsi od Normanów Skandynawii.

Niepodważalna data 839 roku dowodzi, że wczesne daty z Nestora – poza bizantyjskimi – traktować należy tylko umownie. Rusowie przybyli na Ruś znacznie wcześniej.

Przyjrzyjmy się teraz dalszym datom „epoki Normanów”, bo kto wie, czy poniektóre z nich to nie daty nowogrodzkie. Tak więc Ludwik Pobożny gościł na swoim dworze w Ingelheim przybyłych z Bizancjum posłów „chakana” ludu Ros, których rozpoznał jako „Sweonów”. I wcale niewykluczone, że to naprawdę byli nie posłowie, a przemyślni szpiedzy, badający warunki terenowe dla przyszłych napadów.

W dwa lata później wikingowie wpłynęli w Sekwanę i dotarli aż do Rouen, które obrabowali. Rok później znowu napadli wybrzeże Kanału La Manche. Wreszcie latem roku 843, roku układu w Verdun, który ostatecznie podzielił dawne państwo Franków, w roku głodu, kiedy w przyszłej Francji chleb wypiekano z mąki i ziemi, Normanowie popłynęli dalej, na Atlantyk, aż do ujścia Loary. W dzień św. Jana, nim się ktokolwiek spostrzegł, wdrapali się po drabinach na mury Nantes. Rabowali, mordowali i palili w całym rejonie dolnej Loary. Rozłożyli się potem kwaterą zimową na opuszczonej przez ostrożnych i przewidujących benedyktynów wyspie Noirmoutier przy ujściu rzeki. Urządzali się tam, jakby chcieli zatrzymać się na stałe, bo źródło dochodów biło na miejscu – benedyktyńskie warzelnie soli…

Byli to głównie, co wiemy, Normanowie znad fiordu Oslo, z Westfold. Następnego jednakże roku, roku 844, inni Normanowie popłynęli znacznie dalej na południe. Mamy o nich

wiadomość od bardzo rzetelnego arabskiego geografa-historyka, al-Jakubiego, z jego dzieła „Księga krajów”. Był szczęśliwie al-Jakubi (zm. 891 r.) kimś więcej, niż gryzipiórkiem administracji kalifatu bagdadzkiego, zasiedziałym w dokumentach i archiwach: sam podróżował.

Podróżował, by obserwować i słuchać. A słuchał uważnie.

Nie dotarł do Hiszpanii – ale za to nie przesadzał, jak inny, cytowany przez Guriewicza kronikarz arabski, który napisał: „Wydawało się, że morze pokryły czarne ptaki, a serca przepełnił strach i cierpienia”. Podczas, gdy z „Dziejów Arabów” Hittiego dowiadujemy się, że normańskich okrętów było tam wszystkiego… osiem. Te osiem okrętów normańskich mogło wszakże nieść i ponad trzystu wioślarzy-wojów. Tym razem – żeglarzy.

Już trzystu takich zbójów to wcale nie było mało. Jeśli berserków, to każdy z nich wart był kilku zawodowych żołnierzy kalifa. Zarzucili najpierw kotwice pod Lizboną, by potem wpłynąć w górę Gwadalkiwiru i zaatakować… Sewillę. Tą samą techniką, co Nantes! Al-Jakubi relacjonował zwięźle, rozszyfrowując ich przed nami:

„Al-madżus (czciciele ognia), których zwą al-Rus, wdarli się tam, chwytali jeńców, grabili, palili i zabijali”.

„Madżus” w języku Arabów było imieniem wyznawców Zoroastra, religii, która czciła ogień w swoich świątyniach, nazwano tak rozbójników z północy przez krwawą ironię. Podobno emir kalifatu kordowańskiego, Abd ar-Rahman II, zdążył nadbiec ze swoimi doborowymi oddziałami, podobno wielu ujętych wikingów powiesił w Sewilli na palmach, zaś odrąbane głowy dwustu napastników posłał swoim przyjaciołom w Maghrebie. Znając arabską przesadę, liczę, że ci Rusowie stracili nie więcej niż dwudziestu ludzi. Ale dwadzieścia ich głów to i tak był sukces. Byli bowiem straszni. Jak normańscy berserkowie.

Dla nas mają znaczenie dwie informacje. Raz, że – Rusowie. Dwa, te „czarne ptaki”! Okręty Normanów, atakujących ziemie Franków, pływały najczęściej pod czerwonymi żaglami i były bardzo, wprost bajecznie kolorowe. Te zaś, jak łatwo można dedukować, musiały mieć żagle – czarne. I coś to musiało znaczyć.

Europa Środkowa dla uzyskania koloru krwi barwiła swe tkaniny czerwcem, czyli sokiem wyciskanym ze zbieranych w czerwcu, nieruchomych poczwarek tego owada, od którego

zbierania wszyscy Słowianie mają miesiąc o takiej nazwie i sam kolor – „czerwień”. Północ skandynawska i czudzka posługiwała się innymi barwnikami: albo ilastym czerwonym żelaziakiem z rud błotnych, albo też – przytulią, pospolitą w całej Europie, ale najchętniej używaną na północy. Wcale prawdopodobne, że – jak przypuszczał największy etnograf

Słowiańszczyzny, nasz Kazimierz Moszyński, w swym wielekroć cytowanym tu dziele „Kultura ludowa Słowian” – wielkoruska nazwa przytulii, „marzona”, a i nasza „marzanna”, mają związek ze szwedzką „mara”, tak, jak wielkoruska „matura”, fińska „matara” i łotewska „madaras” ze szwedzką obocznością „madra”, zapewne starszą.

Tak czy siak, czerwień trudności nie sprawiała. Natomiast czarny kolor to była istna magia farbiarstwa. Sporządzało się, jak to robiły legendarne wiedźmy i czarownice, wywar z kory drzew, a ileż wiedzy o różnych drzewach i różnym działaniu kory każdego z nich wymagał taki napar! Najczarniejszą, zdaje się, czerń dawała kora dębu. I moczyło się tkaniny – w bagnach. Bardzo by logicznie to sugerowało, że ci „al-Rus” swoje konopne płótno żaglowe czernili tam, gdzie byśmy ich szukali, w świecie puszcz i bagien… Tylko – po co i dlaczego?

Najprawdopodobniej czarno mieli widzieć swą przyszłość i los ci, którzy te czarne żagle zobaczyli… Ale to wymaga zbadania.

Stefan Bratkowski

Weź udział w naszej ankiecie

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +5 (from 5 votes)
Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (27), 10.0 out of 10 based on 4 ratings

6 komentarzy

  1. Jerzy Łukaszewski 2013-08-13
    • BM 2013-08-13
      • Krzyś 2013-08-14
      • Krzyś 2013-08-14
  2. Jerzy Łukaszewski 2013-08-13
  3. Jerzy Łukaszewski 2013-08-14