Leszek Szaruga: Wypisy z prasy kulturalnej. Republikanie i sarmaci.

Najnowszy numer „Nowych Książek” (nr 11/2011) przynosi obszerny, zatytułowany „Polskie wybory między republikanizmem a sarmatyzmem” wywiad przeprowadzony przez Irenę Janowską i Andrzeja Bernata z Andrzejem Wielowieyskim, publicystą katolickim, wieloletnim redaktorem miesięcznika „Więź”. który w roku 1988 wraz z Bronisławem Geremkiem organizował Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie i przygotowywał obrady Okrągłego Stołu.

Pretekstem do rozmowy stała się opublikowana przezeń książka historyczno-polityczna „Na rozdrożach dziejów. Historie prawdziwe i alternatywne”, której założenia wykłada autor następująco:

Nienawiść „w imię narodu i obrony wiary“

„Przyjrzałem się (…) niektórym przełomowym momentom w naszych dziejach, kiedy podejmowano istotne decyzje i kiedy wcale nie było przesądzone, jak potoczą się dalsze wydarzenia. (…) Warto było zobaczyć, jak przywódcy, a niekiedy całe grupy ludzi, potrafili się znaleźć wobec wyzwań swojego czasu i jak niejednokrotnie przesądzali o biegu historii. W ten sposób historia może być do pewnego stopnia magistra vitae, bo uczy nas, jacy jesteśmy. Z dawnej historii Polski przywiązuję dużą wagę do niewątpliwego i cennego dorobku republikańskiego. Nasza XVI-wieczna republika szlachecka była dość skuteczna i względnie trwała, wnieśliśmy wówczas istotny wkład do historii Europy jako społeczeństwo żywe, aktywne, o szerokim doświadczeniu obywatelskim. Te zdobycze republikańskie zostały w dużej mierze utracone z powodu wojen i zniszczeń XVII-wiecznych. (…) Natomiast w XVIII stuleciu magnaci storpedowali próby i możliwości ratowania Rzeczypospolitej, a wcale tak być nie musiało. (…) …zajadły sarmatyzm i całkowita nieumiejętność porozumienia się różnych sił politycznych przyniosły kres państwu. Zostało to w dużej mierze przesądzone około 1770 roku. Nie potrafiliśmy jak Anglicy 80 lat wcześniej, w podobnej trochę sytuacji, mimo że byli bardziej niż my, i to krwawo, ze sobą skonfliktowani, zdobyć się na elementarny zdrowy rozsądek – jak oni, gdy zawierali słynny covenant. Taka była nienawiść i zajadłość na króla Stasia [Stanisława Poniatowskiego] i stronnictwo Czartoryskich, w imię narodu i obrony wiary. Okazuje się, że pewne stereotypy wykazują niezwykłą trwałość lub łatwo się odradzają. Z podobnych bowiem przesłanek współcześni „konfederaci” śpiewają w 2011 roku w kościołach” „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie!””.

Spadkobiercy sarmatyzmu

Te słowa śpiewano w czasie zaborów i w okresie komunizmu, dziś obowiązuje, podobnie jak w latach międzywojennych, wersja: „Ojczyznę wolną racz zachować Panie”. Jest rzeczą zdumiewającą, że ponad dwadzieścia lat po ponownym odzyskaniu niepodległości wciąż znajdują się ludzie – w kontekście wywodów Wielowieyskiego: kontynuatorzy sarmatyzmu – którzy demonstrują swe przekonanie o tym, że Polska nie jest dziś krajem wolnym i suwerennym. Niemniej tak właśnie jest: nienawiść i zajadłość oraz ponure zaślepienie wciąż nie pozostają wyłącznie na marginesie naszego życia politycznego i nie brak twierdzeń mówiących, że wejście do Unii Europejskiej równoznaczne jest z poddaniem się obcej hegemonii, a „zależność” od Brukseli jest tym samym, co przed laty zależność od Moskwy.

Jeden z powodów tego stanu rzeczy wskazuje w swym wywiadzie Wielowieyski: „Zabrakło wyraźnego symbolu końca komunizmu i odzyskania niepodległości; obrazowo mówiąc – nie zdobyliśmy i nie zburzyliśmy żadnej Bastylii. Nie mając tego typu satysfakcji, nie zinterioryzowaliśmy w sobie poczucia zwycięstwa. A szkoda, bo to była dobra przyczyna dla umocnienia naszego poczucia wartości. Odnieśliśmy wielki sukces, mamy cenny dorobek, cenne dziedzictwo”.

Zmęczeni „złotą dekadą“?

Wielkość tego zwycięstwa jest wymierna: „Kilka miesięcy temu debatowaliśmy w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym na temat naszej „złotej dekady”, to znaczy lat 2011-2020. Być może jest to dla Polaków ostatnia szansa, by dołączyć do czołówki europejskiej, ponieważ później szereg czynników obiektywnych, jak starzenie się społeczeństwa czy utrata korzyści, jakie obecnie mamy z Unii, spowoduje, ze będziemy w sytuacji daleko trudniejszej.

Dlaczego? – Profesor Krzysztof Rybiński powiedział kiedyś, że w ciągu dwudziestu lat transfomacji nadrobiliśmy trzysta lat zapóźnień ekonomicznych. Według niego w XVI wieku poziom życia w Polsce sięgał 60 proc. standardu Europy Zachodniej. Do wieku XIX i XX z różnych powodów wskaźnik ten spadł do 30 proc. Natomiast w ciągu dwudziestu ostatnich lat zdołaliśmy wrócić znów do 60 proc. standardów Zachodu. Czyli odrobiliśmy stratę trzech stuleci. Jesteśmy jednak mocno zmęczeni i nie bardzo widać, co nas może popchnąć do większego wysiłku. Mamy wszakże wiele szans, między innymi silne, dzielne pokolenie ludzi średniego wieku, które dokonało transformacji i nadal jest czynne i dynamiczne, mamy dość niezłą relację między ludźmi czynnymi i nieczynnymi zawodowo, mamy młodzież, której ambicje trzeba budzić i wspierać, no i otrzymujemy dużą pomoc z Unii Europejskiej. Zważywszy wszystko, powinniśmy dużo dalej pójść do przodu, brakuje jednak, że tak powiem, moralnego tchu, nowej energii społecznej”.

Mit II Rzeczypospolitej

Ważna jest też refleksja Wielowieyskiego poświęcona ocenie Polski okresu międzywojennego, tym bardziej, że idealizujący kraj mit II Rzeczypospolitej wciąż silnie oddziałuje na wyobraźnię społeczną: „Polska międzywojenna była krajem słabym, absolutnie uzależnionym od układu sił w Europie. Przypomnijmy, że ówczesna bieda i trudności rozwojowe wynikały miedzy innymi z tego, że przez długie lata obydwie granice, i zachodnia, i wschodnia, były szczelnie zamknięte. Przez Gdańsk [który w okresie międzywojennym był miastem wydzielonym] szło 80 proc. polskiego importu i eksportu!

Taka była prawda, tylko my przez dziesięciolecia przymykaliśmy na nią oczy, bo tamta Polska była niepodległa, a PRL – to było zniewolenie. (…) Mimo to konstruowanie wokół tego czasu jakiegoś idealnego mitu Niepodległej i Suwerennej, gdy trwało nieustanne, śmiertelne zagrożenie, gdy trzeba było zawierać trudne i z góry nieefektywne sojusze, jest rzeczą śmieszną i dziwaczną – manipulacją na pamięci historycznej.

To dzisiaj, we wspólnocie z prawie trzydziestu innymi krajami Europy, mamy możliwości zabezpieczenia się i przed trudnościami wewnętrznymi, i przed zagrożeniami z zewnątrz. Niepoważne są też zarzuty niszczenia – przez związek z Unią Europejską – tradycji narodowej, ograniczania świadomości, wynaradawiania, dominacji pamięci europejskiej nad narodową itd. W Brukseli nie stawia się postulatów budowy „pamięci europejskiej”. Europa chce się opierać na pamięci historycznej poszczególnych narodów, które powinny się dobrze rozumieć, wzajemnie szanować i uznawać. Sądzę, że gdybyśmy mogli zapytać o zdanie polityków realistów z dwudziestolecia, a do takich zaliczam Piłsudskiego, to usłyszelibyśmy, że w obecnym układzie europejskim pewniej by się czuli niż w swoich czasach”.

Zapomniane dwudziestolecie

Do okresu międzywojennego nawiązuje też dyrektor powstającego w Gdańsku Muzeum II Wojny Światowej Paweł Machcewicz. W wywiadzie zatytułowanym „Szkoda, że II Rzeczpospolita od lat nie istnieje w debacie publicznej”, przeprowadzonym w „Polska. The Times” (nr 90/2011) przez Jarosława Zalesińskiego, Machcewicz podkreśla, że okres ten jest nie tyle dziś idealizowany, co zapomniany: „Tak naprawdę wiedza i refleksja związane z dwudziestoleciem znalazły się na marginesach debaty publicznej w Polsce. A ponadto spotykamy się nie tylko z idealizacją, ale też z niesprawiedliwą krytyką. Chciałbym przypomnieć głośny tekst ministra Radosława Sikorskiego, opublikowany w „Gazecie Wyborczej” przed 1 września 2009 roku. Minister Sikorski napisał w nim, że II RP była państwem niezdolnym do rozwoju i modernizacji. Tymczasem Polska lat 30., przy całym jej zacofaniu, była państwem na poziomie rozwoju cywilizacyjnego porównywalnym z Hiszpanią czy Portugalią. Dystans na naszą niekorzyść zaczął się powiększać znacznie później, za czasów PRL. (…)

II RP –  mówi Paweł Machcewicz – ma w wielu dziedzinach ogromny i aktualny dorobek, do którego powinniśmy nawiązywać. Ale w dzisiejszych ocenach II RP brak jest krytycznej refleksji, która by oddzielała to, co wartościowe, od tego, co było porażką lub wręcz stanowiło ciemne karty i co powinno być lekcją czy przestrogą dzisiaj. (…) Ciemne strony dotyczą różnych spraw. Nie poddajemy na przykład do dzisiaj głębszej refleksji zamachu majowego [dokonanego przez Piłsudskiego w roku 1926]. Mówi się o nim ogólnikowo, ale unika się pytania, czy użycie armii przeciwko demokratycznym władzom tylko dlatego, że skład tych władz nie odpowiadał Piłsudskiemu i jego otoczeniu, nie jest działaniem, które powinniśmy oceniać zdecydowanie negatywnie. Zwłaszcza odkąd żyjemy w realiach demokratycznych. Dotyczy to również zaostrzenia kursu wobec opozycji, poczynając od roku 1930.

Drugim obszarem ciemnych spraw jest niewątpliwie antysemityzm dużej części obozu narodowego. (…)Niemniej, język prasy Stronnictwa Narodowego czy zwłaszcza radykalnego odłamu, czyli O[obozu] N[arodowo] R[adykalnego], jest językiem nienawiści wobec Żydów, który prowadził do przemocy. To jedna z najciemniejszych kart II RP.

Bardzo krótkowzroczna była też polityka wobec mniejszości narodowych. Co prawda, zderzenie z nacjonalizmem ukraińskim było nieuchronne, ale na przykład burzenie cerkwi prawosławnych w 1938 roku było działaniem samobójczym, które miało wpływ na postawy Ukraińców wobec Polaków w czasie wojny”.

Historia magistra vitae?

Podkreśla Machcewicz: „Od dobrych dziesięciu lat II RP jest prawie nieobecna w dyskursie. A szkoda. (…) Myślę, że tracimy coś ważnego. Gdybyśmy byli świadomi dyskusji o odzyskanym państwie i jego niedostatkach, które w II RP były toczone, może w nieco dojrzalszy sposób patrzylibyśmy na III RP i jej braki.

Warto by przypomnieć choćby zupełnie dziś zapomnianą powieść „Generał Barcz” Kadena-Bandrowskiego. To bardzo gorzki obraz pierwszych lat niepodległości. Ale jednocześnie bardzo mądry. Nie ma w nim negowania polskiej niepodległości, tylko gorzkie stwierdzenie, że inaczej być nie może. Tak wygląda demokracja, tak wygląda właściwie każde państwo. Musimy na jego rzecz działać, mimo, ze przeżywamy wielkie rozczarowanie. Nurt krytyki III RP i projekt IV RP, który z niego wynika, abstrahuje od tego, że i tamto państwo z okresu dwudziestolecia także nie było idealne. To świadectwo braku ciągłości w refleksji nad polską państwowością i jej niedostatkami”.

Próbuje ową ciągłość ocalić Wielowieyski wskazując w swej książce pewne analogie między sytuacją Polski okresu międzywojennego i tej, jaka powstała w wyniku obrad Okrągłego Stołu. W cytowanym wyżej wywiadzie mówi: „Kiedy Piłsudski wybił Polskę na niepodległość, „wywalczył Polskę” (…), to zaraz dochodzi do głosu sarmatyzm [czego wyrazem były] porozumienia między endecją a częścią ludowców (…). Ten pakt odzwierciedlał świadomość i interesy większości Polaków. Piłsudski odpowiedział zamachem stanu.

Podobna sytuacja miała miejsce w naszych czasach. Trzeba powiedzieć, że obok grup inteligentów opozycyjnych wobec ustroju PRL był przede wszystkim Kościół z dwoma wybitnymi kardynałami. Pomimo pewnych sympatii ze strony prymasa Wyszyńskiego do ruchu narodowego, do idei zwartości i spójności narodowej, przyjmował on w konfrontacji z komunistami opcję demokratyczno-liberalną, podobnie jak jeszcze bardziej zdecydowany kardynał Wojtyła. Tak więc Kościół nas wspierał w pełni, czego wyraźnym znakiem był wydany przez prymasa zakaz podejmowania projektu – proponowanych przez komunistów – katolickich związków zawodowych. „Bo my walczymy tutaj o coś większego”. Obaj współpracownicy prymasa, abp. Dąbrowski i ks. Orszulik realizowali to polecenie, a ich następcy też je szanowali.

Odwrót do sarmatyzmu

Kiedy zabrakło tych przywódców, nastąpił odwrót. Dzisiaj w wolnej Polsce, mimo laicyzacji i różnicowania się postaw moralnych, Kościół wyraża w pewnym zakresie konserwatywne odczucia i przekonania większości, postępuje za nią, a nie stara się wprowadzać społeczeństwa na nowe drogi. (…) Nam się w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych o tyle udało, że Kościół przyjmował wtedy zdecydowanie orientację liberalno-demokratyczną, a nie sarmacką. A teraz, cóż, zmierzamy ku „normalności”. (…)

Lata dziewięćdziesiąte przyniosły zderzenie z budzącym się na nowo (…) naszym polskim sarmatyzmem: przywiązaniem do idei narodu, nieufnością wobec obcych, niechęcią do zbytniej otwartości, do jakichś nowinek z Zachodu, do dużych zmian itd. Sprzyjały odradzaniu się sarmatyzmu wszystkie, zrozumiałe zresztą, niedomogi demokracji oraz bolesne koszty transformacji. (…) No i Kościół bardzo szybko do tego klimatu się dostroił. Ojciec Święty Jan Paweł II musiał osobiście interweniować, by przechylić szalę w referendum europejskim”.

Jak widać, ocena zamachu stanu, jakiego dokonał Piłsudski w roku 1926, wcale nie jest jednoznaczna. Z punktu widzenia analiz przeprowadzanych przez Wielowieyskiego było to działanie zmierzające do zablokowania zabójczej dla państwowości opcji sarmackiej. Machcewicz nie przesądza tego tak radykalnie – stawia pytanie o prawomocność podobnych, zdecydowanie dyktatorskich akcji politycznych w systemie demokratycznym. Wypada więc na koniec przypomnieć, że w latach osiemdziesiątych na łamach „Kultury” Jerzy Giedroyc napisał, mając oczywiście na myśli zamach majowy, że w określonych okolicznościach podobne decyzje bywają konieczne, przeciw czemu w listach do redakcji protestowali profesor Krystyna Marek oraz Adam Michnik.

 

Leszek Szaruga

Nowaja Polsza

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)