Jerzy Łukaszewski: Genialny złoczyńca

Print Friendly, PDF & Email

2013-08-31.

Rozmawiając o malarstwie nie sposób uniknąć czasem szczególnego rodzaju tej sztuki, jaką są fałszerstwa. Istniały od zawsze i co ciekawe – od zawsze było wśród motywów ich dokonywania coś więcej, niż sama tylko chęć zysku. Oczywiście, nie powinno jej się lekceważyć, ale …

Swego czasu młody Michał Anioł podrobił powierzony mu szkic cudzego autorstwa chcąc udowodnić, że potrafi równie dobrze rysować, jak mistrz. Do tego stopnia, że właściciel nie odróżnił pracy młodego rzeźbiarza od oryginału.

Sama zręczność ręki, to jednak za mało. Buonarotti wiedział o tym doskonale i to on właśnie jest autorem pierwszego chyba opisanego fałszerstwa świadczącego o dobrej znajomości technologii malarstwa.

Szkic to sprawa prosta, nawet dziś jesteśmy w stanie wydłubać ze starych witraży ołów i sporządzić z niego stylus, tak że analiza wykaże zgodność czasową materiału z deklarowaną datą powstania dzieła.

A co np. z marmurową rzeźbą? Michał Anioł postarzał takie w dość niecodzienny sposób. Wystarczyło zakopać obiekt w ziemi i przez ok. roku  … oddawać nań mocz.

Z nastaniem epoki farb fabrycznych, sytuacja fałszerzy stała się pod tym względem prostsza. Przynajmniej w takich przypadkach, jak np. Pablo Picasso, który wykonywał tysiące rysunków i szkiców także w trakcie spotkań z przyjaciółmi, na skrawkach papieru, serwetkach kawiarnianych itp. Takich rzeczy nikt przecież nie ewidencjonował, a właścicielkami tych „bazgrołów” stawały się m.in. kelnerki.

Zdarzało się później, że ktoś podchodził do Picassa i prosił o złożenie autografu na obrazku, który mistrz kiedyś zrobił w kawiarni i zostawił go tam niepodpisanym. Picasso na ogół bez szczególnego zastanawiania się podpisywał i w ten sposób uwiarygodniał bardzo często podsunięty mu … rysunek fałszerza. Farby jakich używał mistrz były powszechnie dostępne, materiały podkładowe też … proste, prawda? Do dziś tak naprawdę nie wiadomo, ile istnieje jego „małych form” i ile z nich jest dziełem fałszerzy.

Byli jednak w historii fałszerze, którzy w dziejach tej profesji zapisali się złotymi zgłoskami. I to nie tylko ze względu na swój talent, ale przede wszystkim ogromną wiedzę fachową i ciężką pracę, jaką wykonali, zanim zainkasowali jakiekolwiek pieniądze.

Na jednym z holenderskich cmentarzy jest skromny grób, nie rzucający się w oczy. Chyba tylko osoby z branży, lub historycy sztuki wiedzą, że leży tam jeden z najbardziej tajemniczych artystów XX wieku. Geniusz fałszerstwa – Han van Meegeren.

Jego życiorys to niemal klasyka, jeśli chodzi o motywy dokonywania wielkich przestępstw w tej dziedzinie z całym swoistym romantyzmem, żonglerką emocjami, absurdalnymi sytuacjami i oczywiście, brzękiem złota w dużych ilościach. Ale to także opowieść o niezwykłej wiedzy i umiejętności jej wykorzystania, o czym często zapominają amatorzy łatwych zarobków.

Meegeren próbując najpierw kilku malarzy holenderskich, na których zawsze jest popyt na rynku sztuki, postanowił ostatecznie fałszować Vermeera.

Dlaczego fałszować? Niewątpliwie z chęci zysku, ale nie tylko. Życiorys Hana wskazuje, że co najmniej równorzędnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji była chęć zagrania na nosie tzw. wybitnym fachowcom, bogom branży, których opinie były niepodważalne, słowo miało wagę Ewangelii, a których wyroki wyrządziły mu w jego „oficjalnym” życiu niejedną krzywdę. M.in. nie przyjęto go do Akademii Sztuki, jako „nie umiejącego malować portretów”.

Dlaczego Vermeera? Tu odpowiedź jest prostsza. Jeden z największych malarzy europejskich stworzył dużo dzieł, ale niewiele z jego obrazów dochowało się do dziś. Była więc możliwość „odnajdywania się” niby to zaginionych produkcji mistrza, co gra pewną rolę w tak prowadzonym fałszerskim procederze, gdzie przecież potrzebna jest także dokumentacja pochodzenia dzieła.

Poza tym Meegeren „czuł” Vermeera, a to warunek niezbędny dla stworzenia fałszerstwa doskonałego. Musiał umieć nie tylko malować, jak Vermeer. Musiał myśleć, jak on.

Prace Vermeera są bardzo cenione nie tylko ze względów materialnych, kiedy więc zaczęły się pojawiać „nowe” jego obrazy, na rynku sztuki zapanowało poruszenie.

Najpierw pojawili się „Uczniowie w Emaus”.

Oczywiście, uznanie obrazu za dzieło Vermeera poprzedzone było skrzętnymi badaniami.  Grzech pychy i niewiedzy popełniają ci, którzy uważają ekspertów za nadętych bubków wysysających swe opinie z palucha. Ryzyko i odpowiedzialność, także materialna, jest zbyt duża, by mogli sobie na to pozwolić.

W badaniach nad „nowym Vermeerem” brali udział m.in. dyrektor Centralnego Laboratorium Muzeów Belgijskich w Brukseli, dyrektor galerii w Rijkmuseum, inspektor holenderskiego Ministerstwa Sprawiedliwości, ekspert z Fogg Museum Uniwersytetu Harvarda, docent mikrochemii z politechniki w Delft, dyrektor fabryki farb i lakierów Sikkensa, specjalista z Instytutu Krystalograficznego w Groningen, drugi z Instytutu Krystalograficznego w Oxfordzie i wielu innych.

To byli najwięksi spece swoich czasów. Chcąc ich przechytrzyć, trzeba było być po prostu lepszym od nich.  Po prostu.

Ostatecznie obraz uznano za oryginał i dano mu miejsce w galerii. Już z tego faktu wynika, że Meegeren musiał dysponować ogromną wiedzą, bo Vermeer jak większość malarzy miał swoje indywidualne upodobania zarówno artystyczne, jak i technologiczne. Samo pozyskanie potrzebnych materiałów jest stosunkowo proste, ich właściwe wykorzystanie – już nie. A pamiętać należy, że do „obowiązków” fałszerza należały takie szczegóły, jak np. odpowiedni kąt trzymania pędzla, charakterystyczny dla starego mistrza. To wszystko trzeba było ćwiczyć miesiącami.

Pozwolę sobie na małą dygresję.

Czytając książkę F. Arnaua „Sztuka fałszerzy, fałszerze sztuki” zawierającą mnóstwo detali z zakresu technik fałszerskich, postanowiłem je kiedyś wypróbować, by sprawdzić wiarygodność autora. Zebrawszy cały magazyn technologiczny konieczny w takich wypadkach namalowałem ukraińskiego ślepca, dida – lirnika

a następnie poddałem obróbce. Zgodnie z wiedzą czerpaną nie tylko z książki Arnaua, bo i Cenniniego przecież u nas wydano i podręcznik Leonarda, postarzałem malowidło.

A jednak, by osiągnąć taki efekt krakelur

potrzeba było 20 lat!

Piszę o tym dlatego, że na pozór wydaje się, iż są rzeczy nie do przeskoczenia. Nie ma technologii potrafiącej zastąpić upływający czas. Nie ma?

Van Meegeren nie miał 20 lat czasu. On musiał swoje dzieło przedstawić w ciągu kilku miesięcy. Jego wiedza i umiejętności musiały być więc większe, niż te, jakich nabyć można z dostępnych powszechnie lektur.

Podziwu godna jest też cierpliwość, jaką musiał wykazać, by ostatecznie odnieść tryumf. Bo odniósł tryumf. Autentyczności jego obrazów nie podważył nikt. Przy takim sukcesie odrzuconego niegdyś przez „środowisko” malarza  pieniądze, nawet największe, zdawały się być sprawą drugorzędną.

Kariera fałszerza zakończyła się po wojnie z powodów politycznych. Otóż po II wojnie światowej eksperci państwowej służby ochrony zabytków znaleźli w zbiorach Göringa obraz namalowany niewątpliwie przez Vermeera. Okazało się, iż nie było to dzieło zrabowane przez okupanta, ale kupione u marszanda, którego nazwisko dało się ustalić. Ten wskazał van Meegerena jako źródło pochodzenia.

Han van Meegeren stanął w 1947 roku przed sądem oskarżony o sprzedaż dzieł kultury narodowej okupantowi. Groziło mu nawet dożywocie.

Ponieważ kara za fałszerstwo to były góra 4 lata, Han przyznał się do autorstwa tego i innych obrazów sygnowanych nazwiskiem Vermeera.

W świecie ekspertów zawrzało. Niemal jednogłośnie odrzucili oni możliwość, by autorem dzieł, które opiniowali, był niepozorny starszy pan.

Sąd zarządził eksperyment. Meegeren miał malować pod nadzorem na sali sądowej. Zrobił to.

 

Namalował jedną zupełnie nową pracę i powtórnie znany już obraz „Uczniowie w Emaus”.

Wyrok brzmiał: 1 rok więzienia.

Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z obu stron oceanu posypały się zamówienia. Była okazja żyć za pieniądze z własnych obrazów. Niestety, Meegeren nie wykorzystał okazji. Zmarł w więzieniu 30 grudnia 1947 roku.

A jednak na tym nie skończyła się jego historia. Przez następne kilkadziesiąt lat trwały boje o autorstwo wskazanych przez niego „Vermeerów”. W kilku przypadkach wątpliwości nie rozwiano do dziś. Meegeren, jak jego stary mistrz, nie zdradził wszystkich sekretów swojego warsztatu, a eksperci nie byli w stanie ich odkryć sami.

Historia Hana van Meegerena jest bardzo pouczająca. Niezależnie od faktu, że przestępstwo jest zawsze przestępstwem pokazuje, że nawet w takim fachu na sukces mogą liczyć jedynie ci, którzy do zamierzonych zadań podejdą poważnie i z pełnym poświęceniem.

Po prostu wiedza i praca. Po prostu.

Jerzy Łukaszewski

Nasza druga ankieta; weź udział koniecznie!

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +13 (from 13 votes)
Jerzy Łukaszewski: Genialny złoczyńca, 10.0 out of 10 based on 10 ratings

5 komentarzy

  1. de mowski 2013-09-01
  2. Jerzy Łukaszewski 2013-09-01
  3. de mowski 2013-09-01
  4. jmp eip 2013-09-02
  5. de mowski 2013-09-03