Domicella Bożekowska: Orły, orzełki

Print Friendly, PDF & Email

Mimo całego narodowego sentymentu, nigdy mi się nie spodobał. Ten mój równolatek, orzeł biały prof. Zygmunta Kamińskiego, za Peerelu pozbawiony korony i popchnięty jeszcze dalej w stronę papieroplastyki. Bo ten przedwojenny był bardziej „pierzasty”. Znielubiłam go do reszty przy okazji jednej chałtury z okresu średniego Peerelu, kiedy wykonywałam do Sali Kongresowej w PKiN jego możliwie wierną, dwumetrowej średnicy replikę ze styropianu. Pewnie na jakiś zjazd PZPR. Wycinając w bloku styropianu jego korpus w kształcie pietruchy, pokryty ni to pierzem, ni to rybimi łuskami, klęłam jak szewc. Wstrętne były mi te kurtyzowane do kształtu monety czy guzika wojskowego płaszcza lotki, (ni to miecze, ni to wiosełka od kajaka) czy wielokrotna kotwica ogona. I formalnie najbrzydsze, te udka. I głowa z otwartym dziobem, co nie kojarzyła mi się wcale z ekspresyjnym kanonem herbarza, tylko z umęczonym ptakiem przywiązanym do jakiegoś palika w siedzibie rzymskiego legionu, w słonecznym skwarze, próbującym się w ten sposób ochłodzić. Bo tam się to zaczęło. I  dlatego w całej naszej „strefie akwilarnej” (od  aquila – orzeł) w Europie przeważają herbowe orły ze zwisającymi lotkami. One się tak –biedne – chłodziły.

Zarobiłam na nim chyba, po odliczeniu podatku, 9800 zł. W tydzień. (Nikt już nie pamięta pogardliwego określenia „artysta za dwa trzysta”, tyle dostawał wtedy miesięcznie „plastyk zakładowy”.)

Taki on jest. Ten nasz orzeł, czy jak wolą niektórzy „orzełek” (jak „pieniążki”, „sosiku” i masełko), który musiał wrócić na koszulki reprezentacji.

Gdyby kto chciał moją opinię zakwestionować z pozycji”profesjonalnych”, że np. całość się liczy, nie zaś detale, powiem że dla mnie dobre dzieło sztuki jest jak drzewo. Pół kilometra dystansu a ja widzę: klon. Podchodzę bliżej, faktura kory… aha, klon. Zrywam z gałęzi liść – kontur i struktura żyłek – klon. Albo kiedy widzę w Prado tę królewską rodzinę. Kompozycja barw, światła i przestrzeni. I bliżej – twarze, co totalnie nagie, nawet jeśli umalowane. I całkiem z bliska: trzymająca różę dłoń infantki,namalowana z taką niezrównaną nonszalancją, że wydaje się dziełem jakiegoś impresjonisty. A to przecież 150 lat wcześniejsze.

Ale to nie był mój pierwszy orzeł. Już kilka lat wcześniej nabyłam za 20 zł. znakomite, choć marnie wydane dzieło trzech autorów: Stanisława Russockiego, Stefana Kuczyńskiego i Juliusza Willaume. „Godło, barwy i hymn Rzeczypospolitej.” Chciałam poznać temat, aby solidnie wykonać zlecenie na tablicę z orłem. To był okres kolejnej w Peerelu decentralizacji. Oni tak mieli: zaczynali centralnie, ale nie wychodziło, więc zaczynali decentralizować. Z czego się robił bałagan, więc zaczynali koordynować. Co doprowadzało do kolejnej centralizacji. Wtedy akurat była decentralizacja, więc pozwolili władzom lokalnym na nieco indywidualizmu. Nie, żeby można było zdjąć te obowiązkowe portrety, ale dopuszczono koloryt lokalny „na odcinku” orła. Pan wojewoda, czy nawet burmistrz  mógł sobie zafundować jakąś ładniejszą tablicę z orłem. Więc rzeźbiłam dla nich te orły na tablicach dębowych (łatwiej) lub lipowych (bo bielsze) starając się dostosowywać regionalne historyczne wzorce. Była to praca niezwykle przyjemna – krajowe drewna pachną cudnie, człowiek się nie paprze, nie marznie, wysiłek też nie taki jak przy kamieniu, a i hałas niewielki. Komplementy Kolegów z Komisji Artystycznej naszego pośrednika zleceniowego „ART.” i żadnego kwękania „czynnika społecznego”, nagminnego w konkursach (do dzisiaj), którego mowa zaczyna się klasycznie od „ja się na tym nie znam, ale…”. I jedyne ograniczenie mojej swobody – ten prostokątny format „państwowej” tarczy herbowej. Więc wszystkie moje ówczesne orły powtarzały kanon rozpostartych skrzydeł siedzącego orła, który się wietrzy. Ile ich było? nie pamiętam. W każdym razie daleko mi do osiągnięć znakomitego płk. Zbigniewa Zająca, który już w 1970 r. zdokumentował ponad sto najstarszych przedstawień orła (głównie z pieczęci) i mistrzowsko wykuł je w blasze miedzianej i mosiężnej. 

Ale to się prędko skończyło, bo w ramach kolejnej koordynacji lokalnym władcom przykrócono cugle i oczywiście musiało się to uzewnętrznić optycznie. Nowe portrety w gabinetach i zarządzenie, że może im towarzyszyć tylko kanoniczne godło. Więc zakonserwowałam moje cudowne dłuta (założę się, że nikt w Polsce nie ma takich) i poszłam robić co innego.

My, rzeźbiarze, na pewno nie jesteśmy jedyni, co przywiązują się, wręcz kochają ulubione narzędzia. Czasem przechodzi to – jak dla mnie –  w fanatyzm, np. u miłośników morderczych samochodów i mieczów. Czasem sentyment ma inne źródło. Mam do dziś komplet literniczych dłutek widiowych, które odkupiłam od Janka Himilsbacha, kiedy już zrezygnował z kucia nagrobków („człowiek zapierdala w kamień, że aż mu głowa odskakuje, i co z tego ma?”), więc wykupiłam na Bródnie przy cmentarzu ten zgrabny komplecik (300 zł.), co czasem za delikatny, ale jak biorę któreś do ręki przypominam sobie Jasia, z którym nigdy się nie przyjaźniłam, ale go miło powspominać, a i dłutka są super.

Sprawa tego orła jakoś mnie jednak dalej drążyła bo nie odłożyłam na półkę wzmiankowanej książeczki. Znalazłam tam różne rzeczy. Np. tego pierwszego zupełnie, z monety Bolesława Chrobrego. Ptak ni to paw, ni to gołębica, więc niektórzy go interpretują jako Ducha Świętego. Mnie osobiście kojarzy się on najbardziej z ptaszkiem niejakiego Schulza z serialu komiksowego Peanuts. On nazywał się Woodstock.

Potem właśnie ta cała seria od naszych lokalnych książąt. Jedne wkomponowane do trójkąta rycerskiej tarczy, inne z pieczęci, albo z monet, więc do okręgu. Te ze sztandarów, najswobodniejsze i różnorodne formalnie.

I barok, który wepchnął naszego orła w pionowy owal, co dla mnie najciekawsze. Bo wtedy zrozumiałam: orzeł polski to nie ten siedzący, co wietrzy sobie skrzydła, i nie ten , bezsensowny, co siedzi na tyłku i trzyma w łapach jakieś insygnia, jak np. carski. To orzeł który atakuje i w ostatnim momencie robi z siebie spadochron. Bo spada przecież z wielką szybkością i musi wyhamować. Szpony i dziób są oczywiście skierowane na ofiarę.

Na płaskiej tarczy przedstawienie tego byłoby bardzo trudne, więc rozwarte szpony są na płask, a głowa i szyja z profilu.

Spróbowałam szukać nowego podejścia do tematu. Zaczynam zwykle od tradycyjnego studium, więc było tak i tym razem. Szkicyk ten na pewno zachował mi się gdzieś, bo nic nie wyrzucam, ale z tegoż powodu nie odnajdę go teraz, tak samo jak jego przyzwoitego zdjęcia w pokładach czarno-białych negatywów.

Pobieżne przekopanie warstw z tamtej epoki przyniosło mizerny rezultat. Jedna pokancerowana fotka i trochę późniejszy szkicyk rysunkowy, na którym jednak już widać koncepcję, którą parę lat później zrealizowałam.

Bo ta Peerelka, w której rzekomo „nic nie było dobrego”(Wildstein) rozpieszczała nas trochę mniej niż tych „inżynierów dusz” od słowa pisanego i drukowanego, ale zawsze. Dzisiaj musiałabym wziąć kredyt w banku by zrealizować mojego orła, którego ot tak, z marszu, wyrzeźbiłam sobie na letnim plenerze w Zakładach Przemysłu Drzewnego w Hajnówce. Konstrukcję i tło dla białego, topolowego orła zrobiłam po prostu z mahoniu. Bo czerwony. Bez malowania. I po plenerze nikt nie wystawił mi rachunku za ten metr sześcienny drogiego, importowanego surowca. (u nich to w zakładzie szło jako odpad poprodukcyjny. Robili z mahoniu fornir do mebli. Jak maszyna już dalej nie mogła ścinać, zostawała calowa deska, albo taki wałek „ponożowy”o średnicy cá 12 cm.)

Wystawiłam go na wystawie poplenerowej, podobał się, ale co tam, panował akurat przymus Orła Państwowego, więc nie było nadziei, że ktoś kupi. Mimo że taka trzymetrowej wysokości ściana z dwumetrowym godłem mogła wizualnie ustawić całkiem sporą salę. A jednak się udało. Bo już parę lat później była rocznica XXX-lecia powstania Ludowego Wojska Polskiego. I wielka wystawa w Zachęcie. Zgłosiłam się natychmiast. Jak tylko zrobiłam tego orła, było dla mnie jasne, że pasuje on idealnie na godło wojsk powietrzno-desantowych. Spójrzcie na fotkę: te pionowe lotki, jak husarskie skrzydła, głowa i agresywne formy szponów… Pozostałe dziewięć form, jeszcze czytelne jako skrzydła i ogon, ale budzące silne skojarzenie z rozetą spadochronu…

 
Otwarcie wystawy, a na otwarciu osobiście gen. Jaruzelski, wtedy szef MON. Koledzy z zarządu ZPAP proszą, aby autorzy trzymali się w pobliżu swych dzieł, bo może pan generał będzie chciał zamienić z artystą parę słów.

Więc rzeczywiście chciał, w kilku zdaniach wyjaśniłam ideę tej dość niekonwencjonalnej formy. Podziękował i się pożegnał. Musiałam być jednak dość przejęta, bo nie zarejestrowałam, że na pożegnanie buchnął mnie w mankiet. Koledzy powiedzieli. Potem wystawa się skończyła i pojechałam do Zachęty odebrać z magazynu moją pracę. I okazało się że jej nie ma. Wojsko wzięło i zabrało. Bez zezwolenia, bez powiadomienia, ot tak.

Rozwściekłam się, nie zaakceptowałam sposobu załatwiania ani ich wyceny mojej rzeźby (dawali 110 tys. zł) i kazałam ją sobie odwieźć do pracowni. Mam go do dziś. Mam również  kopię mojego rozgniewanego listu do Pana Ministra, i uprzejmą odpowiedź, nie od niego, tylko od szefa GZP gen. Oliwy.

Każda sroczka – jak wiadomo – chwali swój ogonek. Dla odmiany pochwalę Kolegę. Peerelowski orzeł którego nie znacie, a mnie się bardzo podoba, to ten wykuty z żelaza, wieńczący kraty Grobu Nieznanego Żołnierza. Henryk Grunwald zaprojektował go i wykuł w 1945 r. Nawiązuje detalem do tematyki militarnej, a jednocześnie jest pięknym przykładem inspiracji artysty polską ludową wycinanką. Nic bym tam nie umiała poprawić.

Na koniec o „kręcinie”.

Uważam że to nowe godło PZPN nie jest wcale takie złe. Tworzy sugestję kulistego kształtu (piłki lub globu), są tu barwy narodowe i aluzja do godła państwowego. Jeśli skonstruowane w programie 3D, można to zapewne również animować (rotacja) jak globusy w programach informacyjnych TV różnych krajów. Wtedy pojawi się może podobny efekt, jak przy popisach gimnastyki artystycznej (z kolorowymi szarfami). Wadą projektu jest napis, którego krój przypomina „gazetki”, z gablotek świetlicowych PRLu. Taki szpetny wysoki

bloczek, który każdy amator mógł bez trudu przypiąć lub przykleić na arkuszu miękkiej pilśni. Bo np. do antykwy trzeba pewnej staranności i wyrobionego oka do ustawienia właściwych „świateł”. Tu zaś wystarczało trzymać równy odstęp. Zapewne zachowano go z dawnych czasów na żądanie zleceniodawców. Poza tym jest on płaski, łamie konwencję formalną reszty.

Domicella Bożekowska

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

3 komentarze

  1. elkaem 2012-01-29
  2. Domicella Bożekowska 2012-01-30
  3. elkaem 2012-01-30