Agnieszka Wróblewska: Najpiękniejsze słowo – utopia

Print Friendly, PDF & Email

modzelewski2013-09-18. W wywiadzie dla weekendowej „Gazety Wyborczej” prof. Karol Modzelewski, historyk i jeden z prekursorów polskiego przełomu ustrojowego powiedział, że „jeśli nadstawiać tyłek, to w imię czegoś, co ma charakter ideału”. Więc, mówi, dla kapitalizmu nie dałby się wsadzić do więzienia, bo kapitalizmowi nie trzeba pomagać – sam się robi. Tak się jednak składa, że w Polsce t.zw. Ludowej trzeba było kapitalizmowi pomóc. Ludzie chcieli wprawdzie równości i sprawiedliwości, ale na co dzień patrzyli z zazdrością na kapitalistyczny Zachód. Nie dlatego że tam była równość i braterstwo, tylko dlatego że w sklepach było mięso, lekarstwa nie tylko w Peweksach i więcej możliwości, żeby na to wszystko zarobić. Tak więc narażając się na więzienie, czyli walcząc z panującym ustrojem, chcąc nie chcąc profesor siedział za kapitalizm.

Bo jak nie za kapitalizm, to za co? W 1964 roku razem z Jackiem Kuroniem napisał „List otwarty do Partii”, w którym postanowili przestrzec partię, że jeśli nie naprawi systemu politycznego, nieuchronnie doprowadzi kraj do rewolucji. Za tę przestrogę przesiedzieli parę lat w więzieniu, bo z partią się nie żartowało, a dziś Karol Modzelewski mówi, że nie lubi tego tekstu – „przewidywać, że nowa rewolucja zmiecie władzę partyjnej biurokracji i nastanie jutrzenka sprawiedliwości, to była obrzydliwa utopia.” I obiecuje, że na produkcje nowych utopii nikt go już nie namówi.

Według tamtej utopii, od której Autor się dziś odcina, dyrektorów fabryk mieli wybierać robotnicy większością głosów. Jednak po obaleniu PRL-u, szczęśliwie bez rewolucji, ta idea wcale nie wszystkim wydawała się utopią. A nawet sam Modzelewski uważał wtedy, że zmiana ustroju na rynkowy może być, ale bez kapitalistów. Fakt, że najbliżsi przyjaciele z konspiracji przyłączyli się do tej zmiany ustrojowej jaka się dokonała – Jacek Kuroń został ministrem w nowym rządzie – traktował jak coś w rodzaju zdrady. W 1993 roku napisał książkę pt. „Dokąd od komunizmu”, w której odcina się od przyjętego modelu transformacji i tym samym od kolegów za to, że „porzucili wartości uznawane dotąd za naczelne kryterium polityki społeczno-gospodarczej”. Jeszcze w tej książce wierzył, że zręcznie operując cenami i podatkami można stworzyć tu gospodarkę rynkową bez wyrzeczeń. Gospodarka była wprawdzie w PRL-u kiepska, ale można ją naprawić ochraniając stare fabryki. Fabrykę jako organizm społeczny traktowało się kiedyś jak wartość społeczną, miejsce uświęcone, więc nalegał, żeby ratować te fabryki z PRL-u za wszelką cenę.

Cena

Była to jednak cena niemożliwa do przyjęcia, bo towary pochodzące z przemysłu socjalistycznego, kierowane dotąd głównie na mało wymagające rynki wschodnie, (które zresztą też się rozpadły) nie miały szans utrzymać się w światowej konkurencji. Po to, żeby towar z polskich fabryk znalazł kupca na świecie, należało ten przemysł wyposażyć w całkiem inne technologie. Taka przeróbka wymagała wielkiego szmalu, tymczasem w ówczesnej Polsce nie było pieniędzy, zwłaszcza tych prawdziwych. Gdyby były – partia nie oddałaby władzy. Kasa u schyłku 80. lat tak świeciła pustką, że nawet na lekarstwa z importu nie starczało. Kapitał mieli zagraniczni kapitaliści, jeśli więc chcieliśmy przerobić fabryki tak, żeby produkowany towar nadający się do sprzedaży, trzeba było wpuścić tu kapitalistów z ich pieniędzmi.

Obcy kapitał, a w ślad za nim i obyczaje obce wartościom socjalistycznym, budziły liczne konflikty. To był trudny okres ta transformacja i do dziś wielu ludzi wierzy w to, co Karol Modzelewski pisał w 1993 roku w swojej książce – można było stare fabryki uratować i obcych kapitalistów nie wpuszczać. Do języka codziennego weszło na stałe pojęcie – wyprzedaż kraju. Ciągle to pojęcie żyje, chociaż dzięki kapitałowi który tu dotarł, fabryki w Polsce się zmieniły i eksport kwitnie. A dzięki temu, że jest co eksportować przeżywamy jakoś obecny kryzys.

Myślę, że od utopii proponowanej w tamtej książce prof. Modzelewski też się dzisiaj odcina, chociaż nadal mówi z żalem, że „z triady: wolność, równość, braterstwo, wyszła nam tylko wolność”. Szkoda, rzecz jasna, że tamte nadzieje okazały się tylko piękną utopią, bo nie ma piękniejszych idei niż utopijne. Trudno jednak przypuszczać, że człowiek o tak wybitnym umyśle ciągle wierzy, że system regulowany przez urzędników mógłby lepiej przysłużyć się wzbogacaniu wartości społecznych niż słabiej regulowany rynek.

Rozmówca profesora, red. Grzegorz Sroczyński, zazdrości jednak profesorowi życia w czasach, kiedy wymyślało się takie piękne utopie i w nie wierzyło. Chciałby, żeby nadal ludzie pisali manifesty z wiarą, że można urządzić świat bardziej sprawiedliwy. Tęskni jednak niepotrzebnie, bo tych co głoszą proste recepty na skomplikowane problemy ekonomiczne i dzisiaj wcale u nas nie brakuje. Także tęsknota do ideału, jakim byłoby niewątpliwie życie w kraju gdzie panuje równość i braterstwo, ciągle jest obecna. Taka tęsknota towarzyszyła wszystkim zrywom społecznym od zarania społeczeństwa, przynajmniej w czasach nowożytnych, i takie hasła nadal są nośne. Chociaż, jak dotąd, nikomu nie udało się utrzymać na dłużej tego co deklarowali na fali rewolucyjnego uniesienia.

Karol Modzelewski wspomina z sympatią przykłady naprawdę pięknej jedności w okresie karnawału „Solidarności” w Polsce. Kierowcy w jednej firmie np. odmówili przyjęcia podwyżki płac i zażądali, żeby pieniądze na te podwyżki przydzielić sprzątaczkom. Tylko czy takie gesty dałoby się wprowadzić do powszechnego użytku? Sam Modzelewski przyznaje, że Polacy lubią równość… ale w sytuacjach odświętnych. Chyba nie tylko Polacy. Nie jesteśmy ulepieni z innej gliny niż inni ludzie. A człowiekowi, jak wiadomo, ręce zginają się ku sobie i na ogół tylko „od święta” zmienia swoją naturę i potrafi być bezinteresowny. Co nie znaczy, że hasła głoszone w sytuacjach „odświętnych” nic po sobie nie zostawiają, bo przecież świat się zmienia na lepszy. Ludzkość jest teraz bardziej niż kiedyś wrażliwa na cudze cierpienie i bardziej skłonna do humanitarnych gestów. Działają liczne organizacje poza rządowe – im lepiej urządzony i cywilizowany kraj, tym działa ich więcej. Ta działalność jest potrzebna wszystkim, także samym działaczom bo wyzwala z człowieka lepszą, bezinteresowną część jego natury. Ludzie zrzeszają się po to żeby pomagać innym, żeby bogatsi dzielili się z biedniejszymi, żeby bezradni nie zostawali bez opieki, żeby upowszechniać kulturę itp. Takie organizacje skutecznie wspomagają aparat państwowy, społeczny, gospodarczy. To jest przecież działalność ideowa, chociaż nie rewolucyjna.

 Nie te czasy

Na wrześniowej manifestacji związkowej w Warszawie nie domagano się wolności, co może znaczyć że wolności, szczęśliwie, Polakom wystarcza, ale hasła wzywające do solidarności i braterstwa często się powtarzały, czyli Karol Modzelewski ma rację – tego w dalszym ciągu ludziom brakuje.

Niestety jednak recepty na ten deficyt, wygłaszane i pisane na transparentach, to jakby pokłosie tamtej post-peerelowskiej utopii – z której, jak widać, nie jesteśmy wyleczeni. Wprawdzie nikt już nie domaga się wyrzucania z kraju obcych kapitalistów, ale postulaty, o które związki walczą nadal, wyrażają tęsknotę do zakładów pracy w takim pojęciu w jakim kiedyś istniały i do naprawiania stosunków w pracy tak, jak kiedyś się naprawiało. Duży przemysł państwowy jest naturalnym siedliskiem związków zawodowych, więc pewnie dlatego prawa i obowiązki pracownicze związkowcy chcieliby ustalać na państwowym szczeblu. Z rządem chcą negocjować stosunki pracy i płacy, tak jak negocjowała je kiedyś legendarna „Solidarność”.

Tylko że fabryk które stanowiły tamtą „wartość społeczną” już prawie nie ma. Podstawowa większość Polaków pracuje już gdzie indziej i inaczej. W dużym rozproszeniu, na własną odpowiedzialność, często się przenoszą, szybko decydują w jakiej firmie się zatrudnić, ile pracować i kiedy. Powrotu do zakładów pracy w dawnym kształcie nie ma – proces różnicowania w systemie zatrudnienia będzie się pogłębiał, a rząd ma w tych sprawach coraz mniej do powiedzenia. Postulaty związkowe mieszczą się gdzieś na uboczu tego nurtu. Nawet jeżeli po długiej batalii i wielogodzinnych nasiadówkach urzędników ze związkowcami władza się ugnie, to najmniej zarabiający mogą dostać o kilkadziesiąt złotych miesięcznie więcej. A żądania, żeby to rząd zmusił pracodawców do zwiększania płac – jest taką samą utopią jak tamta żeby lepiej zarabiający dobrowolnie oddawali część zarobków biedniejszym.

A Piotr Duda, jakby nic się na świecie nie zmieniło, przyjmuje pozę trybuna ludowego z czasów potęgi wielkiego przemysłu. Po jego zaciętej, marsowej minie widać, że czuje się partnerem dla rządu, w każdej chwili gotów zerwać rokowania, trzasnąć drzwiami i sparaliżować kraj.

Agnieszka Wróblewska

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 8.8/10 (9 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +12 (from 12 votes)
Agnieszka Wróblewska: Najpiękniejsze słowo - utopia, 8.8 out of 10 based on 9 ratings

14 komentarzy

  1. Jerzy Łukaszewski 2013-09-18
  2. PIRS 2013-09-18
    • borowicz bogumiła 2013-09-22
  3. Jerzy Łukaszewski 2013-09-18
    • SAWA 2013-09-19
  4. PIRS 2013-09-18
    • borowicz bogumiła 2013-09-22
  5. Jerzy Łukaszewski 2013-09-18
  6. Magog 2013-09-19
  7. nathan gurfinkiel 2013-09-19
    • Wróblewska 2013-09-20
  8. nathan gurfinkiel 2013-09-20
  9. Jerzy Łukaszewski 2013-09-22
    • SAWA 2013-09-22