Stefan Bratkowski: Forbes jako krokodyl

Print Friendly, PDF & Email

gielda2013-10-01.

Nie będę Steve’a Forbesa posądzał, że dał się kupić tym, którzy zarabiają lub mogą zarabiać na utrzymaniu OFE w ich dotychczasowej wersji. Nie będę snuł takich podejrzeń dlatego, że Forbes reprezentuje interesy finansjery i nie ma w tym niczego nieuczciwego. Natomiast sądzę, i to z głębokim przekonaniem, że wymysły i epitety nie licują z naszym zawodem. Tak samo jak wprowadzanie czytelnika w błąd fałszywym przedstawieniem sytuacji. Chyba, że samemu się jej nie zna. Określeń, na jakie to zasługuje, nie będę cytował.

Przypomnę: właścicielem składek emerytalnych (faktycznie – swoistego podatku emerytalnego) nie jest ani płatnik, ani sam ubezpieczony, tylko ZUS, państwowy system emerytalny, zgodnie z przyjętymi powszechnie bismarckowskimi zasadami – których Forbes najprawdopodobniej nie zna.

Państwowy system ubezpieczeń emerytalnych obejmuje wszystkich pracujących bez względu na wysokość ich zarobków i pobieranych składek, emerytury wypłaca ZUS jako właściciel całej sumy pobieranych składek. Jest tym właścicielem nadal i dzięki temu statusowi wypłacać może dzisiaj emerytury z pieniędzy, pobieranych od pracujących dzisiaj przyszłych emerytów. Żeby zrozumieć dlaczego, przypomnieć sobie trzeba, że jeszcze w latach osiemdziesiątych (co zauważył pierwszy Aleksander Paszyński), wpływy ZUS-u były wyższe od wydatków. Nagromadzone rezerwy ZUS-u, podobnie jak skromne oszczędności Polaków w PKO, w wyniku inflacji po reformie 1988 r. straciły wielokrotnie na wartości i reforma Balcerowicza nie mogła ich uratować.

ZUS prowadzi konta przyszłych emerytów, sumujące wpłaty, jak i wyznacza wysokość emerytur stosownie do wysokości pobranych wpłat, ale nikt nie jest indywidualnym prywatnym właścicielem pobranych odeń pieniędzy; nawet dziś prywatnie jest tylko właścicielem swojego zdania, na konto którego OFE nie może (nie powinno móc) przekazać zapisanych na niego w ZUS pieniędzy, bo to pieniądze ZUS, a nie jego.

Brać do gry na giełdzie, mocą ustawy, a nie mocą zgody tych, którzy mogliby na tym stracić, było czymś co najmniej nieostrożnym – nawet, jeśli jest się gronem geniuszy, którym sukces pomógłby wytłumaczyć tę ewidentną nieuczciwość. Czymś zupełnie innym są prywatne ubezpieczenia emerytalne, powstające z dobrowolnych wpłat do prywatnego funduszu emerytalnego – który gra swoimi środkami na giełdzie bądź lokuje te środki w długofalowo coraz cenniejszych nieruchomościach.

ZUS mógłby sam grać na giełdzie jakąś częścią swoich avoirów – ale nie wiem, czy państwu jako dysponentowi ZUS-u nawet mocą ustawy byłoby wolno podjąć takie ryzyko. Państwo może podejmować ryzyko, przeznaczając swe pieniądze na jakiś niepewny co do szans osiągnięcia cel, jak np. cel jakichś badań naukowych, ale – na cel, a nie na hazard. Jeśli zaś ma ZUS oddawać te swoje środki do gry komuś trzeciemu, prywatnemu przedsiębiorcy, powinien sobie  zapewnić sukcesywne, okresowe wpłaty procentu od zysków, kontrolując gospodarkę zakontraktowanej firmy giełdowej – z pełną dla ZUS-u przejrzystością! By mieć prawo zerwać kontrakt przy jakichkolwiek, nawet potencjalnych swoich stratach.

Gospodarka polska ma kłopoty z budżetem państwa – w określonym procencie właśnie z powodu tych przymusowo uposażonych publicznymi pieniędzmi OFE. Kosztują one tak drogo budżet w skutek prywatyzacji publicznych pieniędzy, które – choć w posiadaniu OFE i użytkowane na ich korzyść – mają być spłacane jednak z budżetu. A to ma dziś określony wpływ na wysokość długu publicznego. I nie jest to kwestia zawiści w stosunku do ludzi, którzy się nieźle przy OFE urządzili.

Nie znam żadnych racjonalnych argumentów, podważających prawdę powyższych opinii. Byłbym zobowiązany, gdyby moi – mam nadzieję – nadal przyjaciele, Leszek Balcerowicz, i ci trochę mniej wielcy jak Marek Goliszewski i inni, zechcieli podważyć którekolwiek zdanie powyższego tekstu. Nie trzeba stwarzać przykrego wrażenia, że interesy osobiste lub grupowe biorą górę nad interesem publicznym.

Pokpiwałem z krokodylich łez nad naszą gospodarką – z oczu krokodyli Kaczyńskich o łakomych zębach ewentualnych domiarów, czyli „karnych podatków”. Także krokodyle łzy Forbesa, wraz z epitetami, kosztują naszą gospodarkę – obniżają wartość polskich obligacji. Opinie moich przyjaciół, nie ukrywajmy, również.

Przypomnę też na użytek innych Czytelników (co stoi i w mojej książce o dziejach banków, bankierów i obrotu pieniężnego): giełda powstała, pierwotnie w Anglii, dla ułatwienia obrotu papierami wartościowymi, dla jego sprawności i tempa, a nie jako środek rozwoju gospodarczego. Firma sprzedaje na giełdzie swe akcje, by pozyskać pieniądze na rozwój, który przy okazji podniesie kurs jej akcji – ale bywa, że przy załamaniu, sprzedając mniej swych produktów lub usług, płacąc zaś odsetki od wyemitowanych akcji, firma traci tyle, że staje na granicy bankructwa. Albo i nawet pada. Znamy takie doświadczenia. To naturalne ryzyko gry w giełdowym hazardzie i z pewnością to nie jest interes dla ZUS-u.

Zarabia na giełdzie firma, która emituje swoje akcje i może obrócić uzyskane za nie środki na swój rozwój. Tylko to jednak można uważać za „czwarty filar rozwoju”. Z samego obrotu giełdowego nie wynikają środki na jakikolwiek rozwój gospodarczy. Tylko ten, kto osiąga zyski z gry, może je inwestować. Jeśli chce. Do dziś działa zaś i pozagiełdowy obrót akcjami. Akcji choćby spółek takich jak spółdzielnie w obrocie giełdowym nie ma.

Dzisiejsza galaktyczna chmura wirtualnych środków, zrodzonych z samej gry giełdowej, niczym się nie przyczyniła w USA do wyjścia z depresji; przeciwnie, od krachu giełdowego się zaczęło. Najwięksi mogołowie giełdy ostrzegają przed następnym. Jeśli nie powróci się w USA do ustawy Glassa-Steagalla, a w Europie nie zainstaluje analogicznej, by rozdzielić banki kredytowe i inwestycyjne (po polsku dawniej – lokacyjne), krach jest, moim skromnym zdaniem, wcześniej czy później, nieuchronny. I to na olbrzymią skalę. Żadna gospodarka nie wytrzyma takiej nadpłynności. Banki kredytują, co widać i u nas, byle kogo, byle jak, byle wziął. Kiedy przyjdzie ludności te kredyty spłacać „prawdziwymi”, zarobionymi pracą pieniędzmi, przyjdzie i katastrofa; już dziś podobno połowa rodzin w Niemczech jest zadłużona powyżej swoich możliwości płatniczych. Umorzy się pewnie te zobowiązania – jako drobny ułamek skali nadpłynności. Ale czy w tych warunkach opłaci się komukolwiek cokolwiek produkować? Przy tak gigantycznej inflacji pieniądza bankowego? Trzeba będzie jakiegoś międzynarodowego Schachta (tego z 1923 r.), Grabskiego bądź Balcerowicza, by za zgodą reprezentacji całej ludzkości przerachować te biliony dolarów na bliższe realnej wartości…

Stefan Bratkowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.0/10 (9 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +12 (from 16 votes)
Stefan Bratkowski: Forbes jako krokodyl, 9.0 out of 10 based on 9 ratings

22 komentarze

  1. Stanisław Stupkiewicz sr 2013-10-01
  2. niezależny ekspert 2013-10-01
    • Stary outsider 2013-10-02
      • niezależny ekspert 2013-10-02
  3. elantern 2013-10-01
    • Anna 2013-10-02
      • elantern 2013-10-02
        • Goldfinger 2013-10-02
  4. omszały głaz 2013-10-02
    • cenobita 2013-10-02
      • SAWA 2013-10-02
        • bisnetus 2013-10-03
      • adam furtak 2013-10-03
    • Stanisław Stupkiewicz sr 2013-10-03
      • omszały głaz 2013-10-03
  5. PIRS 2013-10-02
  6. elantern 2013-10-02
  7. cenobita 2013-10-04
  8. cenobita 2013-10-05
  9. elantern 2013-10-05
  10. MaSZ 2013-10-05
  11. Andy 2013-10-06