Prof. Wojciech Cellary: Młodzi w internetowej pułapce

Print Friendly, PDF & Email

Taki bunt młodego pokolenia jak ten, z którym mamy do czynienia w sprawie ACTA, musi mieć głębszą przyczynę niż dwie klauzule w jednym akcie prawnym.

Najczęściej bunt młodych jest wyrazem frustracji wynikającej z utraty nadziei na znalezienie w społeczeństwie miejsca zgodnego z ich ambicjami i aspiracjami. Prawdziwą przyczyną obserwowanego aktualnie buntu młodych, niekoniecznie przez nich uświadamianą, jest chybiona próba zbudowania w Polsce społeczeństwa opartego na wiedzy bez gospodarki opartej na wiedzy. Sprawdza się stara prawda, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze.

Rozważmy młodych ludzi w wieku produkcyjnym. Wszyscy namiętnie klikają w internecie. Ale wśród klikających można wyróżnić trzy grupy ludzi, z których każda klika w innym celu. •  Pierwsza grupa to pracujący w e-biznesie. Ci mają dobrze – klikają i za to im płacą, często nieźle. Kocham tę robotę – można od nich usłyszeć. •  Druga grupa to pracujący poza e-biznesem. Ci klikają po pracy. Dla nich klikanie to rozrywka, lepsza niż inne. •  Wreszcie trzecia grupa to bezrobotni, najczęściej z tytułem magistra. Dla nich klikanie to substytut życia. W internecie są tacy sami jak wszyscy inni, klikają na równo z innymi. Poza internetem nie są tacy sami, bo nie zarabiają własnych pieniędzy, więc na nic ich nie stać. Ile CV można wysłać, nie otrzymując nawet żadnej odpowiedzi? W końcu przestaje się je wysyłać, bo po co?

W realu są gorsi, w internecie są równi albo wirtualnie lepsi – mają więcej odsłon, więcej wpisów, zbierają więcej punktów za klikanie. Jest tylko jeden warunek – klikanie musi być za darmo. Musi być za darmo, bo oni są bezrobotni i nie mają pieniędzy na własne utrzymanie, a co dopiero na klikanie. I tu tkwi pułapka internetowa na młodych ludzi. Są wykształceni, mają tytuł magistra, mają wiedzę, po to studiowali, aby sprzedawać tę nabytą wiedzę w formie produktów i usług cyfrowych i z tak zarobionych pieniędzy żyć. Dostaną te – należne im – pieniądze, jeśli treści w internecie będą płatne, bo dzisiaj główną platformą dystrybucji wiedzy i twórczości jest internet. Ale oni tego nie chcą – chcą, aby treści w internecie były za darmo, bo oni nie mają na nie pieniędzy. Tylko że tak się nie da. Nie można jednocześnie chcieć zarabiać na sprzedaży własnej wiedzy i twórczości przez internet, i chcieć, aby cudza wiedza i twórczość były za darmo. To jest sprzeczne!

Jesteśmy na dobrej drodze do zbudowania w Polsce społeczeństwa wiedzy, przynajmniej nominalnie. Studiuje ponad połowa młodego pokolenia, mamy dwa miliony studentów, więc za chwilę będziemy mieć miliony absolwentów. To bardzo pozytywne zjawisko, jest tylko jedno „ale” – nie zbudowaliśmy w Polsce gospodarki opartej na wiedzy, która wykształconym ludziom dałaby pracę opartą na wiedzy zgodną z ich aspiracjami.

Gospodarka oparta na wiedzy polega na sprzedaży wiedzy i twórczości za pieniądze, z których to pieniędzy biorą się pensje pracowników i twórców. Podobnie jak w gospodarce opartej na surowcach nie rozdaje się ropy za darmo, tylko każe za nią płacić około 100 dolarów za baryłkę, tak samo w gospodarce opartej na wiedzy nie można oczekiwać rozdawania wiedzy za darmo. Jakby ropa była za darmo, to za chwilę by jej nie było, bo nie byłoby czym zapłacić pracownikom odpowiedzialnym za jej wydobycie, przetwórstwo i dystrybucję. Tak samo jest z wiedzą.

W gospodarce nic nie ma za darmo, bo wytworzenie czegokolwiek wymaga poniesienia kosztów, w tym osobowych, i wygenerowania zysku, z którego jest finansowany rozwój. Teoretycznie koszty darmowych treści w internecie mogą być pokrywane przez reklamodawców. Jednak totalną mrzonką jest oczekiwanie, że reklamodawcy zapłacą tyle za treści w internecie, że utrzymają się z tych pieniędzy miliony absolwentów wyższych uczelni. Podobną mrzonką jest oczekiwanie, że za tyle treści w internecie zapłacą podatnicy. Takie pieniądze mogą pochodzić tylko i wyłącznie od konsumentów wiedzy i twórczości.

Tutaj dochodzimy do kolejnego problemu młodego pokolenia, a mianowicie użyteczności nabytej przez nich wiedzy. Na rynku wiedzy tylko wiedza użyteczna może uzyskać takie uznanie konsumentów, aby byli skłonni za nią zapłacić.

Rozważmy następujący przypadek. Mamy w Polsce nieco ponad 400 tys. nauczycieli uczących i około 100 tys. niezajmujących się bezpośrednio dydaktyką, np. nauczycieli-bibliotekarzy. Na tych 500 tys. nauczycieli przypada 200 tys. studentów kształcących się na nauczycieli, nie wspominając o absolwentach kierunków pedagogicznych z wcześniejszych lat. Jednocześnie redukujemy w Polsce liczbę szkół, bo nie ma dość dzieci, które można by uczyć, zwiększamy pensum nauczycielom, aby obniżyć koszty utrzymywania szkół, przedłużamy wiek emerytalny nauczycieli, czyli redukujemy miejsca pracy dla nauczycieli, i kształcimy setki tysięcy młodzieży na nauczycieli. Gołym okiem widać, że nie będzie dla nich miejsca na rynku pracy, więc albo podejmą pracę niezgodną z ich wykształceniem, często poniżej ich ambicji i aspiracji zawodowych, albo zasilą szeregi klikających bezrobotnych.

Podobnie można zadać pytanie, ile statystyczny Polak jest gotów zapłacić z własnych pieniędzy na przykład za usługi psychologiczne i socjologiczne, bo to są kierunki studiów bardzo chętnie wybierane przez młodzież? Od odpowiedzi na to pytanie zależy, ilu warto kształcić psychologów i socjologów, aby mogli się utrzymać ze sprzedaży usług opartych na nabytej wiedzy psychologicznej i socjologicznej. Niestety, kształcimy ponad potrzeby gospodarki opartej na wiedzy w Polsce, która cierpi na niedoinwestowanie, czego najlepszym przykładem są mizerne nakłady na naukę i innowacyjność. Dlaczego młodzi ludzie w wolnym kraju wybierają kierunki studiów, które nijak nie gwarantują im pracy? Może dlatego, że panicznie boją się matematyki, źle i za mało nauczanej w szkołach podstawowych i średnich, więc kierunki techniczne, po których dobrej pracy nie brakuje, wydają im się nie do skończenia.

Wracając do buntu, angielskie słowo „free” ma dwa znaczenia – wolny i darmowy. W tym buncie w Polsce nie chodzi o wolność, której nikt nie chce ograniczać, tylko o darmowość treści w internecie. Ta darmowość jest, niestety, rozumiana jako prawo do bezkarnej kradzieży. Jeśli ktoś kradnie w realu samochód, to pozbawia właściciela zarówno funkcjonalności (nie ma czym jeździć), jak i wartości ekonomicznej (stracił majątek). Jeśli ktoś kradnie w internecie piosenkę, nielegalnie ją kopiując, to nie pozbawia jej właściciela funkcjonalności (bo pomimo skopiowania nadal ją ma), tylko wartości. Dla właściciela piosenki wartej na rynku 100 tys. zł nie ma znaczenia, czy ktoś ukradnie mu ją w jednym kawałku, czy 100 tys. razy po złotówce. Młody człowiek w kradzieży złotówki nie widzi problemu, a sędzia orzeknie „niską szkodliwość czynu”. A problem jest, bo właśnie takie podejście na skalę masową do własności w internecie pociąga za sobą w konsekwencji bezrobocie dużej części młodzieży po studiach.

Bez ochrony własności intelektualnej w internecie nie powstanie gospodarka oparta na wiedzy, a bez niej nie ma po co studiować, bo po studiach nie będzie pracy. Dla wykształconych bezrobotnych i tych, którzy pracują nie w swoim wyuczonym zawodzie, poniżej swoich kwalifikacji i ambicji, internet ma coś z narkotyku – pozwala zapomnieć o tym strasznym realu. Tylko nie chodzi o to, aby zapomnieć, chodzi o to, aby go zmienić tak, aby za klikanie dostawali realne pieniądze, za które będą mogli utrzymać siebie i swoje rodziny.

 

Prof. dr.hab. inż. Wojciech Cellary

jest profesorem Katedry Technologii Informacyjnych Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

 

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz – http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
Prof. Wojciech Cellary: Młodzi w internetowej pułapce, 10.0 out of 10 based on 1 rating

4 komentarze

  1. Marceliński 2012-02-05
  2. narciarz2 2012-02-05
  3. Rudy Kocur 2012-04-01
  4. Rudy Kocur 2012-04-01
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com