Tomasz Lis: Człowiek roku

Premier Donald Tusk ma za sobą najgorszy miesiąc swoich rządów. Traf chciał, że nastąpił on po najbardziej udanym roku jego rządów.

Gdy rozmawiamy z premierem w jego kancelarii, na stoliku przed sobą kładzie odwróconą kartkę. Podnosi ją, gdy pada pytanie o cel jego rządów i o to, co jest dla niego miarą sukcesu. Na kartce są słupki pokazujące wzrost PKB w krajach Unii w ostatnim czteroleciu. Najwyższy jest polski – 15,5 proc. Następny w kolejności, słowacki, niemal dwa razy niższy. Dwie kartki, ta i ta druga, wyborcza, za pomocą której Polacy na kolejne cztery lata oddali rządy w jego ręce, premier uważa za poniekąd ostateczną miarę sukcesu, jaki osiągnął. Właściwie słusznie.

Ale czas mierzy się w polityce szczególną miarą. To, co wczoraj było oczywiste, dziś jest wątpliwe, co wczoraj było młodością i dynamizmem, dziś bywa anachronizmem. Gdy prawie dwa miesiące temu zastanawialiśmy się, kto najbardziej zasługuje na tytuł Człowieka Roku 2011, dyskusja była krótka, a decyzja – oczywista. Kto, jeśli nie człowiek, który w trudnej sytuacji pomógł Polsce zachować całkiem imponujący na tle innych gospodarczy wzrost, który drugi raz poprowadził swoją partię do wyborczego zwycięstwa.

Kiedy to wszystko było? W zamierzchłej epoce, zanim rządowi spadły na głowę recepty i ACTA. Tusk traci kontakt z rzeczywistością, Tusk jest arogancki i nonszalancki, Tusk stracił polityczną inicjatywę, Tusk stracił społeczny i polityczny słuch, władza wymyka się Tuskowi z rąk, Tusk się kiwa, ale nie jest mężem stanu, Tusk jest zmęczony, Tuskowi się nie chce, stracił motywację. Nie tylko recepty i ACTA spadły na jego głowę, lecz także tona zarzutów kierowanych z impetem i schadenfreude przez wrogów oraz z niedowierzaniem i konsternacją przez sympatyków.

Premier w rozmowie z nami podkreślał, że nie odrywa się od ziemi. Widzi dramatyczny kontrast między laurkami sprzed sylwestra a posylwestrowym laniem, które mu całkiem słusznie zafundowano. Ale nie sprawia wrażenia pobitego, zmęczonego, sfrustrowanego, zniechęconego i zepchniętego do defensywy. Nie sprawia też jednak wrażenia polityka gotowego do wielkiego kontrnatarcia.

Wielkiego kontrnatarcia nie będzie, bo filozofią Tuska jest „mierz zamiar według sił”, a przede wszystkim według politycznego kontekstu i społecznych nastrojów. Nie będzie więc żadnych kawaleryjskich szarż, żadnego „wszystko albo nic”, żadnego „teraz albo nigdy”. Będzie skalkulowane po aptekarsku ryzyko, będzie ostrożne definiowanie celów, permanentna kalkulacja możliwych zysków i strat. Jedni nazwą to wynikającą z doświadczenia polityczną mądrością, inni kunktatorstwem i oportunizmem. Premier nie będzie jednak ryzykował, by dać satysfakcję tym, którzy oczekują prawdziwej wizji, pójścia dla świętej sprawy aż do zatracenia, gotowości zapłacenia za nią ceny najwyższej – własnej władzy. To jest ten tuskizm – realizm, który jest i myślą, i głęboką emocją – żadnego marzycielstwa i fantazjowania.

Pozostaje oczywiście pytanie, czy w ogóle można być mężem stanu w erze internetu i 24-godzinnych kanałów informacyjnych i czy w naszej epoce mieliby prawo rządzić Churchillowie i de Gaulle’owie. Nie ma natomiast pytania, czy Donald Tusk chce to testować na własnej politycznej skórze. Nie chce. Pozostają nam więc miary bardziej współczesne. Możemy mierzyć Tuska Sarkozym, Obamą, Merkel i Cameronem albo Kaczyńskim, Marcinkiewiczem czy Buzkiem. Szczerze? Premierostwo Donalda Tuska mierzone jedną i drugą miarą wygląda naprawdę nieźle, nawet w oczach tych, którzy – jak ja – chcieliby jednak więcej i ambitniej.

Miejsce Donalda Tuska we współczesnej historii Polski wciąż pozostaje nieokreślone. Czy będzie zapamiętany jako najlepszy polski premier w historii? Możliwe. A może jako człowiek, który wygrał wprawdzie dwa razy wybory, ale jednak nie odczytał prawidłowo znaków czasu i zawiódł? Niewykluczone. A może po prostu jako polityk, który w diabelnie trudnym czasie zapewnił Polsce stabilizację i wzrost, czyli zrobił bardzo dużo, nawet gdyby to było mniej, niżby się chciało? Być może.

Ta ostateczna ocena musi poczekać. Sam premier dostał jednak w ostatnim czasie bezcenną lekcję. Nie można odpuścić ani sekundy, nie można opuszczać gardy, nie można zmniejszyć obrotów, nie można nawet na moment odetchnąć. I jeszcze jedno, nie można mieć bezwzględnego zaufania do swojego politycznego nosa. Człowiek, który podziwia Leo Messiego, musi pamiętać, co się dzieje w te wieczory, gdy fantastyczny zwód, na który wszyscy się nabierają, zawodzi.

Donald Tusk bezdyskusyjnie był człowiekiem roku 2011. Wśród laureatów nagrody są ludzie, którzy w naszej współczesnej historii zapisywali piękne karty, i tacy, którzy kończyli marnie. Donald Tusk swą historię wciąż pisze.

Tomasz Lis

 

www.wprost.pl

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

2 komentarze

  1. Kozłowski M 2012-02-10
  2. Anna Malinowska 2012-02-12