Stefan Bratkowski – Jak (naprawdę) zreformować system emerytalny

Ministrowi i jego współpracownikom. Oraz Kancelarii Premiera

Najpierw oczywistości, wszystkim (teoretycznie) znane. Dotychczasowy system emerytalny spełniał wymagania czasów, gdy należało udzielić pomocy na starość – najniżej zarabiającym. Był cennym politycznie wynalazkiem społecznym, który doradzili Bismarckowi inteligentni fachowcy – zdjął tym „ubezpieczeniem na starość” wiatr z żagli lewicowym i chrześcijańsko-demokratycznym przeciwnikom. Szedł za nim cały świat. Ale po niecałych stu latach, w społeczeństwach zamożnych i bliskich ogólnej zamożności, w społeczeństwach ludzi znacznie dłużej żyjących, państwowy system emerytalny stracił swoje ekonomiczne oparcie. Problem rodzi się z naszego zdrowia: żyjemy współcześnie znacznie dłużej, społeczeństwo starzeje się i same podstawy ekonomiczne systemów emerytalnych) – załamują się kompletnie. I przy tych założeniach systemu to nieuchronne.

Próbowaliśmy – bracia Bratkowscy – w naszej „Grze o jutro 2”przedstawić, jak mógłby rozwijać się racjonalny system emerytalny, gdyby ten obecny, „podatkowy”, przekształcić w oszczędnościowy, w którym odkładane pieniądze rosłyby dzięki oprocentowaniu. Niestety, utrzymujemy się przy naiwności rzekomej „reformy”, przedłużającej tylko lata pracy, reformy pozornej, bo niczego nie gwarantującej. Mimo europejskich zaleceń ten system musi zbankrutować, wcześniej czy później. Coraz większe pieniądze przychodzi ściągać z pracujących i zarabiających, a więc – wydawać coraz więcej pieniędzy przyszłych emerytów, by utrzymać dzisiejszych emerytów, czyli tych nie zarabiających już członków społeczeństwa. Zamiast, by emeryci utrzymywali się z odłożonych przez siebie oszczędności.

To nie nowa sytuacja: dokładnie 40 lat temu Milton Friedman atakował amerykańskie ubezpieczenia emerytalne, wypłacające emerytury ze „składek”, czyli praktycznie – podatków od aktualnie zarabiających. W roku 1950 na jedną osobę, pobierającą emeryturę, przypadało w USA siedemnastu pracujących, zarabiających i płacących podatki, a już w roku 1970 tylko trzech. W Polsce dziś jeszcze mniej! Wskazywał Friedman przy tym, że wbrew założeniom system wcale nie forytował warstw uboższych – młodzi ludzie z biedniejszych rodzin zaczynali z reguły pracować wcześniej od tych z rodzin zamożnych, wcześniej więc płacili owe podatki, zaś osiągnąwszy wiek podeszły, umierali wcześniej, a więc krócej pobierali świadczenia z systemu… Jednocześnie milion dolarów osobistego rocznego dochodu z dywidend nie przekreślał prawa do świadczeń emerytalnych, choć ograniczały to prawo zarobki z pracy, przekraczające wtedy 4500 dol. rocznie!

Przez lata ubezpieczenia „na starość” nie były popularnym tematem w wielkiej ekonomii, bo nie liczyły się swoją skalą środków jako poważny partner gospodarki finansowej. Jeszcze w latach 60. wieku XX Paul Samuelson bronić wręcz musiał samego oszczędzania i jego roli w przyszłych inwestycjach. Dopiero teraz zobowiązania systemów emerytalnych urosły swymi rozmiarami do wielkiego problemu.

Chore systemy

Systemy ubezpieczeń społecznych chorują dosłownie wszędzie. W zakresie „ubezpieczeń na starość”, czyli emerytalnych, najbardziej. Otwarta, publiczna dyskusja nad systemem emerytalnym, nad jego ustrojem i zasadami, ułatwiłaby życie rządowi, który nie musiałby dostarczać opozycji pretekstów do zapowiadanych już awantur. Dlatego warto podjąć dyskusję już teraz.

ZUS, który gromadzi nasze oszczędności emerytalne, nie pomnaża ich. Nasz system emerytalny nie jest systemem oszczędnościowym, choć takim się wielu naszym obywatelom wydaje. Ci, którzy opłacają „składki”, czyli precyzyjnie mówiąc – podatki na rzecz systemu emerytalnego, nie są właścicielami wpłaconych pieniędzy. Właścicielem jest ZUS, który jako właściciel operuje całością zgromadzonych środków. Dlatego system nazywa się „ubezpieczeniem emerytalnym”, choć nie ma to nic wspólnego z normalnym trybem ubezpieczenia przed ryzykiem strat. Tu ryzykuje w praktyce system, nie „ubezpieczeni”. System ryzykuje, że „ubezpieczony” pożyje dłużej niż przeciętna, spodziewana długość życia, a systemowi nie starczy na świadczenia dla niego. System korzysta więc, jeśli żyjemy krócej, bo więcej mu zostaje dla innych.

Dlatego, póki czas należy obrócić nasz system emerytalny, oparty w dotychczasowych założeniach na bismarckowskiej „ordynacji ubezpieczeniowej”, w system oszczędnościowy, pewny i bezpieczny, który jak najmniej ryzykuje swymi lokatami oszczędności „kontraktowych” (a i to ubezpieczając je od ryzyka). Jeśli to ma być system oszczędnościowy, pieniądze muszą być przywiązane do osoby wkładcy. Właściciel odkładanych obowiązkowo pieniędzy, odprowadzanych na dane konto przez pracodawcę, nie mógł by wydać ich przed określonym czasem na co innego. I zawsze by wiedział, ile się uzbierało. Także z jego dodatkowych, dobrowolnych, też oprocentowanych wpłat.

Pieniądz powinien rodzić pieniądz

Powinno być zasadą, że środki z oszczędności emerytalnych nie mogą być przechowywane bez oprocentowania, muszą być uczciwie inwestowane, czyli w przedsięwzięcia o więcej niż tylko prawdopodobnych przychodach. I nie w papiery skarbowe, które obciążają nas, podatników, a nie „pracują” w obrocie gospodarczym. Proszę policzyć: odkładane 500 zł miesięcznie, ulokowane na 5%, z kapitalizowaniem odsetków, na procent składany,  po 40 latach pracy czyni z wpłaconych 240 tys. zł – ponad 900 tys. zł. Daje to – przez dalszych 15 lat życia po 5 tys. miesięcznie, a przy ulokowaniu tych zaoszczędzonych pieniędzy na dobrze oprocentowanym koncie – utrzymanie przez ponad 20 lat…

Proszę nam nie tłumaczyć, że dla oszczędnościowego systemu emerytalnego nie ma wzorców ani doświadczeń. Są cenne doświadczenia, cząstkowe wprawdzie, ale sprawdzające się bez zarzutu. Anglia stosuje poza emeryturami państwowymi również company pensions – emerytury, na które gromadzi się środki w przedsiębiorstwach, środki przez nie na ten cel desygnowane, użytkowane przez firmę jako kapitał zasilający, oprocentowane nie gorzej niż wkłady bankowe. Obok tych emerytur – system bardziej dla nas pouczający: personal pensions, czyli gromadzenie środków, inwestowanych przez samego zainteresowanego, w banku lub w innej instytucji finansowej na korzystnie oprocentowanej, gwarantowanej, długoterminowej lokacie emerytalnej.

Najlepiej sprawdzony sposób samodzielnego inwestowania w ubezpieczenie emerytalne znają USA, które zresztą zdopingowały Anglię do powyższego uzupełnienia planu Beveridge’a, czyli tych państwowych ubezpieczeń społecznych. Otóż w Ameryce można wpłacać swe środki na Individual Retirement Account, indywidualny rachunek emerytalny, w swojej „unii kredytowej”, a z wpłacanych sum parę tysięcy dolarów rocznie jest wolne od podatku. Dana unia kredytowa (związek kredytowy, jak powinniśmy to poprawniej tłumaczyć, nic to wspólnego z polskimi SKOKami ) obraca tymi pieniędzmi, przyzwoicie oprocentowanymi, i oczywiście zarabia na swoich kredytach, by finansować odpowiednim procentem i wzrost środków na rachunkach emerytalnych. IRA stał się bardzo popularnym sposobem samodzielnego finansowania emerytur…

Na takiej zasadzie można oprzeć państwowy, uregulowany ustawowo system emerytalny, jasny i zrozumiały, a co najważniejsze – efektywny, pomnażający gromadzone pieniądze.

Jak opłacić transformację

Najtrudniejszy problem: środki na przejście od systemu podatkowego do takiego jak wyżej, oszczędnościowego. Oprócz bowiem paru milionów młodych ludzi, których rachunki otworzy się z podjęciem pierwsze pracy (lub którzy otworzą sobie rachunki emerytalne, z wpłatami od rodziców) trzeba dofinansować rachunki tych, którzy już pracują lub – już nie pracują.

Teoretycznie jest z czego: PRL włączywszy ubezpieczenia społeczne do budżetu, wydawała poprzez budżet – dziesiątkami lat! – nadwyżki wpłat, ściąganych przez ZUS, nad wypłatami.

Aparat partyjno-państwowy zaś, po pierwsze, zawłaszczył nieruchomości, będące własnością systemu ubezpieczeń społecznych i przez lata czerpał z nich przychody (nie ma tu nic do rzeczy fakt, że w sporej części użytkował pomieszczenia darmo; liczy się wysokość przychodów, które mógłby z wynajmu tych nieruchomości czerpać system ubezpieczeń społecznych). Państwo, po drugie, zagarnęło także inne lokaty, czyli udziały systemu ubezpieczeń społecznych w wysoce rentownych przedsiębiorstwach, wcale niemałe (nie mówiąc już o solidnych jeszcze, przedwojennych papierach skarbowych).

Wypadałoby obliczyć te należności. Nie dla iluzorycznych satysfakcji statystycznych. Są to wartości za okres 1952–2009 łącznie – w skali stu kilkudziesięciu miliardów zł, dużo, jednakże (to prawda) za mało, by z tych środków utrzymać obecnych emerytów przez dalsze lata i dopłacić tym już od lat pracującym, którzy dopiero teraz będą mogli założyć swoje rachunki emerytalne. Nawet jeśli oszacowaliśmy te środki zbyt skromnie, jeśli przy rzetelnym obrachunku wyszłoby to dwa razy tyle, też nie wystarczy. Gospodarka „realnego socjalizmu” wielu wartości nie pomnażała, przejadała czasem i to, czego nie miała (kredyty zagraniczne). Co nawet ukradła, to zmarnowała. Ale – co najważniejsze – w tej chwili tych środków budżet po prostu nie ma. Dopłaca do ubezpieczeń społecznych dziesiątki miliardów złotych, bo „składki”, czyli podatki z ZUSu nie starczają.

Tymczasem środki, które wypracowali dzisiejsi emeryci i które im zawłaszczano, szły na utrzymanie aparatu państwowo-partyjnego, a lokowano je też w rozmaitych przedsięwzięciach, wśród nich i wysoce dochodowych jak – powiedzmy – KGHM, czy też przynoszące dochód elektrownie. Tak więc oprócz zwrotu nieruchomości i udziałów w dochodowych przedsiębiorstwach można systemowi emerytalnemu przekazać własność innych udziałów, dziś należących do Skarbu Państwa, oczywiście dochodowych. Innymi słowy, tę spłatę zawłaszczonych środków można by rozłożyć na szereg lat – skoro nie wszyscy przechodzą na emerytury w tym samym czasie.

Z tych wpływów można by też finansować dotowanie rachunków emerytalnych matek, chowających dzieci – swoistymi premiami za każde dziecko. Chyba, że zdecydujemy się finansować je nie z papierów wartościowych, a z pieniędzy publicznych, tj. podatków. Przypomnę, że ten okropny Milton Friedman dla tych, którym brakuje środków do minimum przeżycia, proponował „ujemny podatek dochodowy”, dopłatę z systemu podatkowego do wysokości tego minimum. Sądzę, że nasi podatnicy (których nigdy nikt o nic nie pytał, jak i żadnych w świecie) zgodziliby się, by z podatków uzupełniano nie jak w USA dochody osobiste (temu służą inne środki), a niedostateczne oszczędności emerytalne. Zwłaszcza – matek…

Przez pewien czas należałoby utrzymać, w części tylko, powszechny system „podatkowy” – na dopłaty wyrównawcze dla tych, którzy nie mogli wcześniej prowadzić swoich rachunków emerytalnych, i dla tych, którzy już nie pracują. Tak, by przez 10 lat móc dopłacić te potrzebne ok. 100 – 120 mld zł.

System emerytalny jako bank

Lokaty emerytalne mogłyby być gromadzone jako oszczędności „kontraktowe” w systemie emerytalnym lub za jego wiedzą – w upoważnionych bankach bądź instytucjach oszczędnościowych z bezpieczeństwem pupilarnym. System emerytalny gromadziłby środki dwoma rodzajami wpłat – potrąceń w przypadku pracy kontraktowej, potrąceń obowiązkowych, kontrolowanych, powiedzmy, przez Urzędy Skarbowe, które dysponują rejestrami dochodów osobistych każdego z obywateli, oraz wpłat dobrowolnych, jak w IRA czy personal pensions, których część byłaby wolna od podatku.. Obrócilibyśmy tym samym system emerytalny w potężny bank, ponieważ musiałby on sam dbać o swoje środki – korzystnie je lokując. Lokując w kredytach (jak unie kredytowe) i w nieruchomościach z wynajmem pomieszczeń w budowanych lub kupowanych budynkach.

Proponowany system emerytalny nie powinien (raczej) być bankiem lokacyjnym (inwestycyjnym). Taki bank nie ogranicza się do lokowania swoich środków, do zakupu dobrze obranych akcji; kontroluje finanse przedsiębiorstwa, którego udziały kupił. To wymaga fachowców najwyższej klasy, których koszt podniósłby koszty własne systemu.

Żeby uniknąć ryzyka, warto przestudiować doświadczenia wszelkich systemów emerytalnych. Amerykańska federalna regulacja, Employee Retirement Income Security Act z 1974 r., ubezpieczała w USA oszczędności emerytalne, jednak tylko te z oszczędności „kontraktowych”. Nie z oszczędności „płynnych”, czerpanych z gry giełdowej.

Nowy partner na rynku kredytowym

Jak widać, możliwości tu są szerokie, doświadczeń różnych nie brakuje, a na rynku kredytowym pojawić się mógłby poważny partner, rozszerzający ten rynek. Skoro przyjdzie nam w ciągu następnych dwudziestu paru lat zbudować parę milionów mieszkań – klientów i jemu, i innym naszym bankom nie zabraknie. A ten bank mógłby sobie pozwolić na długoterminowy kredyt hipoteczny, pozwalający budować mieszkania czynszowe… Miało by wtedy gdzie młode pokolenie chować dzieci.

Może kogoś te wszystkie szanse zainteresują…? Rząd miałby coś do zaproponowania. Niech by wszyscy liczyli, co się bardziej opłaci.

Stefan Bratkowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
Stefan Bratkowski - Jak (naprawdę) zreformować system emerytalny, 9.0 out of 10 based on 1 rating

22 komentarze

  1. hazelhard 2012-02-09
    • Jan Cipiur 2012-02-10
      • hazelhard 2012-02-10
      • domicela 2012-02-12
        • jacek2 2012-02-14
      • K.J. Konsztowicz 2012-02-15
    • Incitatus 2012-02-11
      • hazelhard 2012-02-11
        • Incitatus 2012-02-13
  2. Warszawiak 2012-02-09
  3. Warszawiak 2012-02-09
  4. Reczek 2012-02-09
  5. cenobita 2012-02-09
  6. wersy 2012-02-10
  7. Adam 2012-02-10
  8. karolasek 2012-02-10
  9. Warszawiak 2012-02-10
  10. Leszek Rozenberg 2012-02-11
  11. eternal 2012-02-12
  12. Dodo 2012-02-15
  13. K.J. Konsztowicz 2012-02-16
  14. Wodziński 2012-02-19