Jerzy Łukaszewski: Młoteczek na czarowniczki

Print Friendly, PDF & Email

czae32013-11-09.

Ponieważ mamy XXI wiek i zgodnie z logiką procesu rozwojowego jesteśmy coraz bardziej podatni na „intelektualną falę odbojową”, czego przejawem jest choćby zwiększająca się stale liczba egzorcystów (nie tylko w Polsce), wydało mi się stosownym wrzucić temat, niby dziś egzotyczny, niby zapomniany, a jednak czekający wciąż gdzieś na uboczu naszego życia, by w sprzyjających okolicznościach powrócić i zająć należne mu miejsce pośród najważniejszych regulatorów społecznego współżycia.

Mam na myśli procesy o czary.

Eks poseł Ryszard Nowak wprawdzie wywęszy już każdą siłę zła, jaka czyha na duszę nadwiślańskiego ludu, ale na stosy musi jeszcze poczekać.

By zająć czymś ten czas oczekiwania, przypomnijmy sobie, jak to ongiś bywało.

Najpierw mały rys historyczny.

Niektórych zaskoczy może fakt, że procesy o czary w Polsce nie były domeną sądów kościelnych, a świeckich.  Pierwsza znana regulacja prawna na ten temat pochodzi z r. 1543 i mówi, że jeśli na skutek czarów ktoś poniósł szkodę, taka sprawa rozstrzygana ma być przed sądem świeckim.

Wątpliwości co do takiego usytuowania spraw o czary mieli wszyscy. Można nawet powiedzieć, że o lokalizację tych procesów trwała kilkaset lat walka pomiędzy różnymi środowiskami.

Ks. Florian Czartoryski w broszurze  „Instructio romana” z 1657 r. wymienia szereg nadużyć, jakie w tego typu sprawach popełniły sądy świeckie i radzi, by temat należał do wyłącznej kompetencji teologów. Fryderyk Spée  w 1680 roku wykłada w „Czarownicy powołanej”, iż „wedle prawa naturalnego czary sądzone winny być przez duchownych”, ks. Gamalski w 1742 roku w książeczce „Przestrogi  duchowne sędziom” gromi sądy świeckie za ich „niechrześcijańskie i nieludzkie obchodzenie się z podsądnymi”.

Można by tak długo wymieniać, ale może lepiej wyjaśnić rzecz od razu. Trochę inaczej każe nam spojrzeć na ten spór kompetencyjny fakt, że po udowodnieniu winy oskarżonej/go, wyrok orzekał zwykle także konfiskatę majątku. Było się o co bić, tym bardziej, że oskarżonymi niekoniecznie były osoby ubogie.

To istotne, bowiem czasem spotykamy się z błędnym sądem, iż oskarżenie o czary było sposobem na eliminację z gromady osób z marginesu społecznego, klasy zaś wyższe były przed tego rodzaju opresjami chronione. Takiemu ujęciu przeczą konkretne przykłady, jak ten z XVII w z Wejherowa,  kiedy to skazane za czary zostały żona burmistrza Skórkiewicza i właścicielka domu Katarzyna Wilmówna.

W 1776 roku ostatecznie zdecydowano na sejmie warszawskim, że zniesiona zostaje kara śmierci za czary i co więcej – tortury jako środek dowodowy w trakcie procesu.

Działo się tak mniej więcej w tym samym czasie w całej Europie. We Francji w 1731, w Niemczech w 1748, w Szwajcarii w 1780, w Hiszpanii w 1781 oraz etapami w połowie XVIII wieku w Anglii.

Źródło wiary w gusła, czary, magię jest tak stare, jak stara jest ludzkość, przy czym na ogół wiara ta nie łączy się jednoznacznie ze złem, które trzeba wytępić. Przeciwnie, w kulturach pierwotnych mamy najczęściej do czynienia z „dobrą magią”.

Jednoznaczne potępienie tych praktyk następuje dopiero wraz z nadejściem chrześcijaństwa.

W Biblii mamy co najmniej dwa przypadki, gdy mowa jest o magii. Pierwszy to przypadek Mojżesza, który daje „przedstawienie” przed faraonem w towarzystwie swego brata Aarona. Oczywiście, kościelni egzegeci nie mają  wątpliwości, że to nie magia, a cuda boże, choć historycy twierdzą, że opis sceny u faraona do złudzenia przypomina „sztuczki magiczne” fundowane ludowi egipskiemu przez kapłanów celem „utwierdzenia go w wierze” i wszechpotędze kapłańskiej kasty.

Jest to zresztą jeden z argumentów tych, którzy twierdzą, że Mojżesz nie był wcale Izraelitą.

Drugi przypadek to znany z Nowego Testamentu Szymon Mag. Tu już nie ma żadnego tłumaczenia, jest jednoznaczne potępienie jako wyznacznik stanowiska przyszłego Kościoła.

Ten drogowskaz  towarzyszy Kościołowi po dziś dzień.

Aby przybliżyć czytelnikowi sam przebieg procesu, posłużę się zapisem rozprawy z 1695 roku, jaka odbyła się w kaszubskim Staniszewie (w tekście jako Stayszewo). Jest on bardzo charakterystyczny, by nie rzec – sztampowy i dlatego właśnie nadający się na przykład.

Dodam tylko, że bywały w dawnych czasach okolice wyjątkowo „obfitujące” w czarownice. Wieś Staniszewo do takich właśnie należała. Etnografia kaszubska opisuje różne sposoby uchronienia się przed czarami.

„Wchodząc do takiej wsi, należy się zabezpieczyć. Jako środki zapobiegawcze uchodzą przede wszystkim wszelkie rzeczy poświęcane, poza tem można się zabezpieczyć przez obrócenie na ręby (na lewą stronę, przyp. aut.) jakiejś części ubrania, np. pończochy lub koszuli, lub przez zabranie ze sobą laski szakłakowej…”

Oto pełny zapis akt procesowych  z 1695 roku. Nie zmieniałem sposobu zapisu, by dać czytelnikowi poczuć „smaczek” właściwy dokumentom z owych czasów.

actio

 Czytając zeznania oskarżonej, czytelnik w pewnym momencie doznaje wrażenia, jakby to wszystko skądś znał. Już gdzieś to czytał.

Oczywiście, że tak!

Zeznania Katarzyny Mrówczyny są tak mało oryginalne, tak typowe, że można by ich użyć w jakimkolwiek innym procesie o czary. Oskarżona nie powiedziała niczego, czego wcześniej nie czytalibyśmy gdzie indziej. Dlaczego? To jest właśnie pytanie, które odkrywa przed nami całą przerażającą prawdę o tych procesach. Wszystkie zresztą postacie dramatu zachowują się wg określonego schematu, nie wykraczają ani na krok poza niewidzialne, a sztywne ramy nakreślone przez niedostrzegalnego dramaturga.

Możemy być w 100% pewni, że do tak skonstruowanego schematu pasowałby każdy. W taki sposób można by osądzić każdego bez wyjątku. I z takim samym efektem końcowym. Można wręcz powiedzieć, że sam proces, jego przebieg, procedury itd. to tylko maska, w której prawdziwość nikt nie wierzy, a pod którą kryją się innego rodzaju emocje, potrzeby i interesy, które tylko przy bardzo uważnym czytaniu tych akt da się zauważyć i to w postaci śladowej, zawoalowane, zakamuflowane, pokryte barwną szatą rytuału.

Samo zaistnienie takich procesów zwykle tłumaczy się ciemnotą ówczesnego społeczeństwa.

Czyli – kogo?

Czy ta ciemnota to poziom intelektualny reprezentowany przez wiejskiego parobka z XVII wieku? Pewnie bylibyśmy skłonni się zgodzić, gdyby nie to, iż to nie ten parobek tworzył prawa i nie on bywał autorem ideologicznego „podkładu” pod ich tworzenie, Wręcz przeciwnie, robili to luminarze tamtej epoki, ludzie ze wszech miar zasłużeni, nazywani światłymi, elitą ówczesnego społeczeństwa. Np. występuje w dokumencie nazwisko Jerzego Przebendowskiego, starosty mirachowskiego, kasztelana chełmińskiego, za którego zgodą ów proces się odbywał. Dobrze jest więc wiedzieć, że jest to ten sam Jerzy Przebendowski, który dbał wielce o oświatę, nawet wśród chłopów, dla których zakładał szkółki i których  dzieciom fundował stypendia m.in. w szkołach wejherowskich, gdy zdradzały ku temu talenty. Słynny „Młot na czarownice” ozdobiony jest nazwiskami Jakuba Sprengera i Henryka, „instytora zakonu Dominikanów i Teologów w Niemieckiej Ziemi Inquizytorów…, a więc osoby będące w posiadaniu wiedzy na najwyższym ówczesnym poziomie. Tę pozorną niespójność niech spróbuje czytelnik zrozumieć w czasie własnej obserwacji procesu, który został mu zaprezentowany.  Czy była ta „ciemnota” li tylko rzeczywistym ograniczeniem umysłowym, brakiem wiedzy i skłonnością do zabobonów, czy może także sposobem na załatwianie bardzo przyziemnych problemów wewnątrz lokalnych społeczności? Pewnie jedno i drugie na raz, ale w jakiej do siebie proporcji? Oto największa zagadka tego zjawiska.

Na koniec ciekawostka. Mimo zniesienia procesów o czary niemal w całej Europie, takie sprawy zdarzały się sporadycznie w różnych jej częściach. Podobno ostatni proces, w którym czary odgrywały pewną rolę odbył się w Anglii w … 1940 roku.

Jeśli chodzi o Polskę, to bodaj ostatnim był proces w Chałupach na Półwyspie Helskim w 1836 roku. Ponoć cała rzecz wydarzyła się za poduszczeniem jakiegoś „obcego przybłędy”, a jej efektem prócz utopienia czarownicy w morzu były wyroki po 5 lat dla osób w to zaangażowanych, jako że pruska władza uznała proces za przestępstwo.

Niby to wszystko przeszłość, ale kiedy czasem czyta się dyskusje na te tematy, człowiek ma wrażenie, że to narzędzie do walki z rozumem wciąż jest do „zagospodarowania”, że wciąż znajdzie chętnych, którzy się nim posłużą. I znajdą takich, którzy potraktują ich serio.

Jerzy Łukaszewski

 

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +10 (from 10 votes)
Jerzy Łukaszewski: Młoteczek na czarowniczki, 10.0 out of 10 based on 5 ratings

12 komentarzy

  1. narciarz2 2013-11-09
    • kwiatkowska 2013-11-10
      • BM 2013-11-10
  2. sugadaddy 2013-11-09
  3. PIRS 2013-11-09
  4. Jerzy Łukaszewski 2013-11-09
  5. SAWA 2013-11-09
  6. Jerzy Łukaszewski 2013-11-09
  7. narciarz2 2013-11-09
  8. Arko 2013-11-09
  9. czarownica z tubtina 2013-11-11
  10. Malgorzata Tymiankowska 2013-11-11
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com