Jerzy Dzięciołowski: Wszystko się popieprzyło

Print Friendly, PDF & Email

Wykonuję codziennie 20–30 telefonów do znajomych i mniej znajomych dla podtrzymania egzystencji wydawnictwa. I ta liczba rozmów mi wystarcza. Panie z Netii, banków, sprzedawcy komórek (częściej panowie) chcą mi dać więcej. Najlepiej między godz. 17.00 a 19.00 w domu. Najpierw chcą wiedzieć, czy ja to ja. Bo takie mają procedury. Zupełnie nie chcą wiedzieć, czy ja chcę mieć więcej. Kiedyś grzecznie odpowiadałem. Ale się odzwyczaiłem. To, co mnie zaczyna uwierać coraz bardziej, to pozbawianie mnie prywatności. Także tej w autobusie, kiedy posiadacze komórek donoszą mi, co i jak im się układało. Adam Leszczyński cytuje w „Gazecie Wyborczej” (z 18–19 lutego) Piotra Czerskiego, autora manifestu „My, dzieci sieci”:

„My nie korzystamy z sieci, my w niej i z nią żyjemy. W sieci nawiązywaliśmy przyjaźnie i kłóciliśmy się, w sieci przygotowywaliśmy ściągi na klasówki, w sieci umawialiśmy się na imprezy i wspólną naukę, w sieci zakochiwaliśmy się i rozstawaliśmy ze sobą (…). Sieć to my – komunikujący się ze sobą w naturalny dla nas sposób…”

Moja potrzeba prywatności, niestety, nijak się ma do wrażliwości „dzieci z sieci”. Jest taka leśniczówka w drodze do Szczytna, z dala od technologii, w której nie ma elektryczności, a zasięg zanika. Jest studnia, drwa do kuchni i świece do oświetlenia.

Po stole łażą pliszki, na strychu rządzą szerszenie, zalatują żurawie. Kiedy mogę, jadę do tej leśniczówki. To już ostatnie takie oazy. Ten świat i świat pokolenia dzieci z sieci są jak krzyk i cisza.

Z powodu remontu mieszkania postanowiłem zrobić porządek w piwnicy (żeby mieć gdzie złożyć rzeczy, które za ileś lat wyrzucę). Zjechałem na poziom minus 1. W ciemności przy windzie leżał człowiek. Zapaliłem latarkę. Zapytał, czy mi nie przeszkadza: – bo wie pan, ta z szóstego piętra, taka wyszczekana, nasyła na mnie policję. Było zimno. – Mam tu składane łóżko – powiedziałem – to może pan skorzysta? Odmówił. – Zimno, ale idzie ku lepszemu – zauważył. – Ja po sobie sprzątam – dodał. – Łóżko by przeszkadzało. Wie pan, człowiek na klatce to śmieć. Tak mi się w życiu popieprzyło. Ale dziękuję.

Zgasiłem latarkę. Zrobiło się ciemno. Zniknął człowiek. Poszedłem robić porządek w piwnicy.

Angielscy badacze doszli do wniosku, że każdego dnia na przeciętnego obywatela spada 2000 bodźców. Nie wiadomo, czy to prawda, ale tak czy inaczej to znaczy, że trudno mieć święty spokój. I trudno wiedzieć, czego się trzymać. Prof. Andrzej Koźmiński, twórca Akademii Leona Koźmińskiego, która wyrosła na konkurentkę Szkoły Głównej Handlowej, pisze w felietonie w „Rzeczpospolitej” (z 21 lutego), że „w krajach uważanych za ikony kapitalizmu państwo nie rezygnuje z regulacyjnego oddziaływania na gospodarkę i z własności najcenniejszych aktywów. I podaje przykłady: „Państwo francuskie posiada 85 proc. udziałów w gigancie energetycznym EDF, japońskie – 50 proc. udziałów w Japan Tabacco, niemieckie – 32 proc. w Deutsche Telekom. Chiński premier Wen Jiabao twierdzi, że rynek jest potrzebny do alokacji zasobów, ale w ramach określanych przez politykę makroekonomiczną i regulacyjne oddziaływanie rządu”. John Maynard Keynes, twórca szkoły pozytywnego wpływu interwencji państwa na gospodarkę, który zaczął przewracać się w grobie pod wpływem przekonania innych ekonomistów o nieomylności „niewidzialnej ręki rynku” – niechybnie by się uspokoił. Tyle że do gier gospodarczych na globalną skalę weszli nowi starzy gracze – agencje ratingowe. Kiedyś Standard and Poors był wyrocznią. Obecnie już nie. Dziś działa 28 agencji ratingowych w 11 krajach. A Unia Europejska chce sobie zafundować własną.

Paweł Rożyński, publicysta „Rzepy”, w tekście o prognozach gospodarczych (z 8 lutego) pisze, że tylu błędnych prognoz i w Polsce, i na świecie jeszcze nie było. W grudniu renomowany „Financial Times” dawał strefie euro dziesięć dni. Kryzysu w 2008 roku wielu analityków w ogóle nie zauważyło. Zawiodła giełda uchodząca za barometr gospodarki. Miał być kataklizm w realnej gospodarce, a indeksy idą w górę. Styczeń był najlepszym miesiącem na parkietach od lat.

Nie można się dziwić, że Amerykanie obserwują powodzenie zupy pomidorowej w puszkach i z tego wnioskują, jak się będzie działo. Grecja, którą tak teraz hołubimy oraz tworzymy pozory, że nie zbankrutuje (chociaż już jest bankrutem, bo nie spłaca zobowiązań, co nie przeszkadza branży turystycznej mieć rekordowych przychodów), ogłosiła w 2004 roku, że sfinansuje olimpiadę za 2 mld euro. Rzeczywisty koszt wyniósł 21 mld euro. Tragedia grecka pod tytułem: „Życie z ręką w kieszeni sąsiada” – trwa. Hiszpanie też lekko gospodarczo nadwerężeni, mają własne rozrywki. Tu i tam kibice z braku pracy ogłosili, że życzą sobie, by ich prochy po kremacji rozsypać na boiskach piłkarskich.

Każdy ma takie rozrywki, na jakie zasługuje. My, ponieważ jesteśmy gospodarczo dobrzy, rozrywamy się nie w bazie, a w nadbudowie. Narzeczona detektywa Rutkowskiego, oskarżona przez prasę o próbę samobójstwa, wyjaśniła, że weszła na parapet okienny, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Jedna rzecz jest w tym wszystkim stabilna: brydż w redakcji. Gramy od 40 lat w poniedziałki o 15.00.

Jerzy Dzięciołowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

2 komentarze

  1. M.Drabczyk 2012-03-02
  2. Marek M. Jakubiec 2012-03-04
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com