Passa. Rozmawia Jan Ordyński

„Passa“ – „wywiad rzeka“ przeprowadzony z Danielem Passentem przez Jana Ordyńskiego i wydany w formie książkowej przez wydawnictwo “Czerwone i Czarne“ to znakomita lektura.

Spacer przez całe życie Passenta, uznanego w rankingu Press 2011 za najlepszego polskiego felietonistę, zaczyna się od wstrząsającego opisu dzieciństwa: żydowskie dziecko przechowywane podczas wojny w „szafie” u polskiej rodziny.  I paradoks: jego rodzice zostali zadenuncjonowani przez Polaków i zamordowani przez Niemców. Nikt nie wie, gdzie i kiedy. Passent mówi Janowi Ordyńskiemu: Dzieciństwo mam amputowane. Od najmłodszych lat byłem pogodzony z tym, że nie mam Rodziców, a właściwie, że oni nie żyją, nie istnieją, że ich nawet nie pamiętam, że nie mam żadnej fotografii Matki i tylko jedno zdjęcie Ojca, które odzyskałem już jako człowiek dorosły, w Paryżu.

Ta książka to niezwykły zapis niezwykłej biografii. Dla naszych czytelników wybraliśmy fragmenty pierwszego rozdziału książki.

 „Zaczynamy od końca“.

– Zaczynamy jak Pan Bóg przykazał. Urodziłeś się…

– Wolałbym od końca. Jestem przygotowany – dzieci odchowane, wnuki dorastają, praca wykonana, życie posprzątane. Kiedy pięć lat temu urodził się mój wnuk, Kubuś, w klinice na Placu Starynkiewicza, w gabinecie doktora Piotra Marianowskiego, rozpłakałem się ze szczęścia. Dostałem od życia wszystko. Pora na rachunek. W gazetach pełno jest ludzi, którzy wystawiają rachunki innym. Własnych nie regulują. Ja uważam, że czas się pakować. Od pewnego czasu Agnieszka Osiecka miała w swoim pokoju małe zielone pudełko, a w nim najważniejsze dokumenty – metrykę urodzenia, zaświadczenie z banku, akt własności mieszkania. Ta książka to moje zielone pudełko.

– Zacznijmy zatem od twojej metryki. Urodziłeś się 28 kwietnia 1938 roku w Stanisławowie. Co wiesz o swoich rodzicach?

–  Dzieciństwo mam amputowane. Od najmłodszych lat byłem pogodzony z tym, że nie mam rodziców, a właściwie, że oni nie żyją, nie istnieją, że ich nawet nie pamiętam, że nie mam żadnej fotografii Matki i tylko jedno zdjęcie Ojca, które odzyskałem już jako człowiek dorosły, w Paryżu.

– Cały czas o tym myślisz?

– Nie. Byłoby gorzej, gdybym Ich pamiętał, miał przed sobą Ich twarze, głosy, zapachy. Tymczasem ja od razu zobaczyłem świat bez Rodziców, w pewnym sensie bez Boga. Reakcją było zasklepienie się w sobie. Przez wiele, wiele lat nie interesowałem się swoim dzieciństwem ani rodziną. Wolałem nie wracać do tamtych czasów. Strach przed poznaniem prawdy odczuwam do teraz, zarówno tamtej prawdy, okupacyjnej, jak i prawdy dzisiejszej. Kiedy mam przeczytać wyniki biopsji – odkładam to na później. Kiedy widzę w gazecie „pasztet” na siebie, robię wycinek, ale niekoniecznie go czytam. Raczej odkładam na strych. Nie ja jeden. Podobnie postępował Andrzej Wajda. Kiedy nakręcił „Człowieka z marmuru”, robiłem z nim wywiad dla „Polityki”, skonfiskowany potem przez cenzurę. Zachował mi się pożółkły maszynopis, z proroczą dekretacją Rakowskiego: „Red. Passent (do prywatnego archiwum)”. I tak w tym prywatnym archiwum sobie leży. Siedzieliśmy w domku Wajdy na Żoliborzu, gdzie jesteśmy sąsiadami. Miałem ze sobą garść nieprzyjemnych wycinków. Zapytałem go, jak znosi te wszystkie ataki na siebie, mając na myśli „Żołnierza Wolności” i innych czerwonych patriotów spod znaku Moczara. „ – Skrzętnie zbieram recenzje – odpowiedział Wajda – i mam zamiar je przestudiować kiedyś, kiedy z jakichś tam powodów nie będę robił filmów…” Dzisiaj Wajda ma już Bogu dzięki 85 lat i ciągle nie ma czasu zajrzeć do tamtych wycinków. Ciągle go szarpią, a on robi swoje. Lepiej, gorzej, ale robi. Za to ja oglądam się za siebie. I wiesz, co ci powiem? Że nikt nie był mi w stanie zaszkodzić tak bardzo, jak ja sam. 

– Teraz sporządzasz rachunek sumienia?

– Sumienia? Raczej bilans.

Bojąc się prawdy o sobie, dotychczas nie spoglądałeś wstecz?

– Co ja mogłem zobaczyć za sobą? Nawet żadnych grobów – czeluść, pustka, czarna dziura. Jakże w tym Kosmosie zamordowanych odnaleźć swoją Rodzinę? Bałem się wnikać w tę historię. W niechęci do przeszłości przejawia się mój egoizm i fatalizm, obrona własnego spokoju, skupienie się na sprawach własnych i rodziny. Agnieszka Osiecka napisała o mnie: „Całe życie walczy o spokój”. Tamte sprawy – kto, kiedy, dlaczego, gdzie zabił moich Rodziców, wymordował moją Rodzinę – jakie to ma znaczenie, skoro Ich nie ma?

Kiedy toczą się kolejne spory o pogrom kielecki, o Jedwabne, o Treblinkę, ostatnio na marginesie książek Jana Tomasza Grossa, Barbary Engelking, Jana Grabowskiego, w których padają pytania: Polacy – bohaterowie czy hieny? – mam jedną odpowiedź: Spójrzcie na mnie – ja zostałem ocalony, a mój ojciec i matka – zdradzeni. O czym tu więcej mówić?

– Mówiłeś, że po wojnie nie chciałeś wyjaśniać losu swoich rodziców, oddaliłeś tę traumatyczną historię od siebie. Czemu w tej książce wracasz do tego?

– Głównie dlatego, że zostaje coraz mniej czasu, żeby to odkładać na później. Ta książka jest dobrą okazją, żeby zajrzeć do korzeni. Zastanawiałem się nad napisaniem autobiografii. Nie podejmowałem się, bo uważałem, że to jest praca dla mnie samego za duża. Lepiej czuję krótkie formy – felieton, monolog, skecz. Chociaż dwie moje książki, „Choroba dyplomatyczna” i „Codziennik” zostały dobrze przyjęte. Ale one też składały się z mniejszych całości. Jestem dziennikarzem, a nie pisarzem. Kiedy otrzymałem propozycję, żeby pisać tę książkę z twoim współudziałem, doszedłem do wniosku, że to jest ten moment, że należy podsumować swoje dotychczasowe życie i ty będziesz dla mnie dopingiem oraz sumieniem. A gdy już przystąpiliśmy do pracy, nie miałem wątpliwości, że to powinna być książka uczciwa, przynajmniej w moim mniemaniu, tak, jak ja to widzę, świadectwo, bilans ponad 70 lat życia i nie ma co omijać żadnych kwestii, jak moje pochodzenie, czy moje grzechy. W tej książce uważam tylko, żeby nie dotknąć osób, które były – czy są – częścią mojego życia prywatnego. Nie dlatego zdecydowałem się na tę książkę, żeby się rozliczyć, bo trudno być sędzią we własnej sprawie, a chętnych do rozliczania mojej osoby nie brak, i nie dlatego, by powrócić do swoich korzenieni, tylko dlatego, że czas na podsumowanie, bo mogę nie zdążyć. Oczekiwana długość życia mężczyzny w Polsce wynosi 75 lat. Ja już przeżyłem tyle lat, co Stalin. Amerykański historyk Timothy Snyder, w znakomitej książce „Skrwawione ziemie” pisze o Stalinie per „starzec”. Pora więc i mnie likwidować moje imperium.

Myślisz o śmierci?

– Tak, zdaję sobie sprawę, że nie jestem nieśmiertelny. W młodości bałem się śmierci, wiele lat temu napisałem o tym felieton. Z biegiem lat oswoiłem się z tą myślą, a nawet – jak wspomniałem w naszej pierwszej rozmowie – jestem przygotowany. Nie udaję chojraka, nie mówię „niech ta śmierć się pojawi, to ja jej pokażę, gdzie raki zimują”. Nie, po prostu jestem pogodzony, nie uciekam w religię, nie wierzę w życie pozagrobowe, nie szukam żadnego innego pocieszenia. Chciałbym umrzeć tak, jak mój teść, człowiek wielkiej dobroci, Stanisław Orawiński, który w ostatnim dniu swojego życia przywiózł mi do domu obiad, bo byłem chory, po czym wrócił do siebie, położył się spać i zasnął na wieki.

Ale coś jednak o swoich rodzicach musisz wiedzieć.

– Tyle, co syn napłakał. Mój Ojciec nazywał się Bernard Passenstein, mówiono na niego „Berek”, a matka Izabela („Bela”, „Bajla”) z domu Mitz, pisane też Mic. Passenstein to rzadkie wśród Żydów nazwisko, występowało tylko w Warszawie. Ojciec był najmłodszy z rodzeństwa.

Z nikim z tego rodzeństwa się nie zetknąłeś?

– Tylko z Anną Prawin, siostrą mojego Ojca. Ciotka Anna (i jej mąż, Jakub Prawin) wychowywali mnie po wojnie. Opowiadali mi, że kiedy najstarszy brat Ojca, Marek (Prawinowie nie powiedzieliby „Mojżesz”), stanął na nogi i zaczął zarabiać – wsparł mojego ojca, najmłodszego w rodzinie, który wyjechał na studia do Francji. Tym samym rozpoczął w mojej rodzinie tradycję studiów zagranicznych, którą kontynuował mój wuj, Jakub Prawin, a w następnych pokoleniach ja i Agata. W czasach mojego ojca i pokolenia wuja studia zagranicą były trochę wymuszone przez numerus clausus w Polsce. Nigdy nie próbowałem odszukać śladów Ojca na uczelni francuskiej, jedne wskazówki prowadzą na uniwersytet w Nancy, drugie do Paryża. Chciałbym to jeszcze zrobić. Ale zastanawiam się, czy ma sens poświęcenie reszty życia na poznanie jego początków, a nawet prapoczątków? Ojciec był inżynierem agronomem. Specjalność – kwiaty. W latach sześćdziesiątych dostałem zaproszenie z Paryża od przyjaciół ojca z czasów studiów, Ewy Rotbard i Josepha Frenkla. To ładny gest – po wojnie i trzydziestu latach zaprosić syna kolegi do Paryża. Zamieszkałem u tego drugiego. Był dobrze prosperującym adwokatem. Mecenas Joseph Frenkiel, „Avocat a la Courd’Appel”. Mieszkał w X. dzielnicy, na bulwarze Saint Martin, pod numerem 6, blisko Rue Saint Denis. Na elewacji solidnej przedwojennej kamienicy widniał szyld jego kancelarii. Sam zajmował eleganckie mieszkanie i gabinet na pierwszym piętrze, a mnie ulokował na poddaszu. Biedniutkie to było poddasze i malutkie, jak to mansarda. Umywalka z zimną wodą i ubikacja kucana, wspólna, na korytarzu, taka, jakie pamiętałem ze studiów w Rosji. Sąsiednia mansarda była zapieczętowana, lokatorka została stamtąd zabrana chyba przez policję i odstawiona do szpitala, była psychicznie chora. Kiedyś w nocy usłyszałem jak wróciła, usiłowała się dostać do swojej zaplombowanej mansardy, płakała. Nie znałem na tyle francuskiego, żeby się z nią dogadać. Odprowadziłem ją do pobliskiego hoteliku i zapłaciłem za jedną noc. Więcej jej nie widziałem. W mansardzie tylko w jednej części można się było wyprostować, było tam miejsce na łóżko i stolik z krzesłem. Przypomniał mi się pokoik Majakowskiego w Paryżu:

„Od stołu do szafy 
od szafy pod stół 
w pokoju łapię się ścian.

 Hotel Istria objąwszy mnie wpół 
trzyma ciasno 
na rue de Campagne.”

Pan Frenkiel podprowadził mnie kiedyś do okna w swoim mieszkaniu i wskazał mi mansardę po drugiej stronie ulicy. „Tam mieszkaliśmy z twoim ojcem przez całe studia. Na kolację mieliśmy jednego śledzia na dwóch” – powiedział. Zauważyłem, że cały jego awans życiowy polegał na tym, że on z mansardy, czyli z poddasza na szóstym piętrze, awansował na dół, na pierwsze piętro, gdzie dorobił się eleganckiego mieszkania i kancelarii z widokiem na swoją młodość. Awansował o pięć pięter w dół. A mój Ojciec po studiach, zamiast zostać we Francji, wrócił do Warszawy, zamieszkał na Chłodnej 8. Nie wiem dlaczego w pewnym momencie znalazł się w Częstochowie. Tam, w 1936 roku ożenił się z pielęgniarką dyplomowaną Izabelą Mitz i znalazł pracę w Stanisławowie, gdzie dwa lata później urodziłem się ja.

– Więcej śladów ojca w Paryżu nie znalazłeś?

– Nie szukałem, bo jak wspomniałem, byłem zwrócony przodem do przodu. Zapisałem się do szkoły języka, Alliance Française, na bulwarze Raspail. Zajęcia prowadziła autorka podręcznika, madame Hameau. Niestety, pieniądze się kończyły i francuskiego się nie nauczyłem, podobnie jak gry na pianinie, czego się nadal wstydzę. Jednego i drugiego próbowałem. Prawin miał słuch absolutny, był znawcą muzyki klasycznej. Kiedy fałszowałem na pianinie, tupał w podłogę w swoim gabinecie, który był piętro wyżej. W filmie Wiesława Saniewskiego „Wygrany” jest świetna scena, jak mały chłopczyk ćwiczy na pianinie pod okiem matki. Za każdym razem, kiedy chłopiec się pomyli, sam automatycznie wyciąga rękę, którą matka bije. Fortepian to król instrumentów, ale także król cierpienia.

Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zostać człowiekiem kulturalnym, grać na pianinie, mówić po francusku, ale nie było mi to dane. Teraz mamy w rodzinie dwa pianina – Agnieszki Osieckiej i jej ojca, Wiktora. To drugie nie mieściło się w domu i oddaliśmy je na przechowanie w dobre ręce Ani Jopek. Agnieszka Osiecka była ostatnią osobą w naszej rodzinie, która znała francuski (choć i ona nie grała na pianinie). Po Jej śmierci nikt już nie władał tym językiem. To się zmieniło kilka lat temu, kiedy nasza córka Agata związała się z fotografikiem, Wojtkiem Wieteską, który ma za sobą francuską szkołę i Sorbonę.

Wtedy, w Paryżu, chciałem uczyć się dalej, ale ciągnęło mnie do Warszawy, do „Polityki”, do dziewczyny. Poza tym strach przed samowolnym przedłużeniem pobytu (w owym czasie rzecz ryzykowna, człowiek był własnością państwa), no i pieniądze – jak zdobyć „powszechny ekwiwalent”? Przed powrotem do Polski spotkałem się z Konstantym Jeleńskim z paryskiej „Kultury”, który mi zaproponował stypendium na pewien czas w Paryżu. Byłem tym wstrząśnięty, bo nie miałem jeszcze trzydziestki, dorobek miałem minimalny, a ryzyko wydawało się niewyobrażalne. Na wszelki wypadek przez „normalny” telefon zadzwoniłem po radę do ciotki Prawinowej i do Rakowskiego. Powiedziałem, jaką otrzymałem propozycję. Myśleli, że zwariowałem. Oboje kazali mi wracać.

Wróciłem, bo ja zawsze wracam. Wrócić do Polski to jakieś fatum, imperatyw w mojej rodzinie. Prawin, syn Adolfa Prawina, zawiadowcy maleńkiej stacyjki Łowczuwek-Pleśna koło Tarnowa, studiował we Wiedniu – wrócił. Mój ojciec studiował w Paryżu, pochodził z biednej rodziny – wrócił. Ja studiowałem w ZSRR i w USA – wróciłem. Agata ukończyła Harvard – wróciła. Wbrew moim sugestiom, bo radziłem jej robić tam doktorat, nie spieszyć się z powrotem. Ukończyła Harvard z wyróżnieniem. Miała wszystkie drzwi otwarte. Wybrała drzwi do Polski. Ona jeszcze przed wyjazdem na studia wiedziała, że wróci. „Żal i stąd wyjeżdżać – pisała do mnie z Warszawy – bo przyjaciele, no i Polacy, a ja wychowana w polskiej szkole na Słowackim i ‘Panu Tadeuszu’ i ‘Przedwiośniu’, to wiesz – patriotyzm. Naprawdę! Wcale się nie wygłupiam. (…) Bardzo kocham Polskę, a najbardziej brzozy i stare rowery. Poza tym wierzę, że Księżyc, na który teraz patrzę stąd – z Warszawy – jest piękniejszy od tego, który pilnuje w nocy Bostonu. I tak po części wyjeżdżam po to, aby wrócić. Dużej części. Poza tym nauczą mnie tam nowych rzeczy, które potem tutaj przywiozę i jak się oprę plecami o brzozę, to one do niej przepłyną”.

Kiedyś szliśmy wieczorem przez kampus, przechodziliśmy koło Widener Library. Wysoko na górze w jednym z okien świeciło się światło. – Widzisz to okno? – zapytała. – Gdybym została germanistką tutaj, do końca życia siedziałabym w tym pokoju. I wróciła – do przyjaciół, do Agnieszki, do Polski, oraz – niestety – do dziennikarstwa.

– Dlaczego „niestety”?

– Bo to nędzny zawód, ale o tym potem.

Czy masz jakiś ślad rodziców w swojej pamięci z dzieciństwa ?

Właściwie żaden. Pamiętam epizod, który nie wiem, czy jest prawdziwy, czy to nie jest tylko wyobraźnia. Ojciec bierze mnie na ręce i przesadza przez wysoki mur. Może mnie oddaje na zawsze? Ale nie wiem, czy to nie jest związane z opowieściami o murach getta w Stanisławowie. Albo z oddaniem mnie pod opiekę Tadeuszowi Płońskiemu, który był naszym kontaktem na aryjską stronę. Mam też takie wspomnienie, że bałem się ojca, że był surowy. Ale na ile jest to prawdziwe, na ile były to opowieści cioci Ani – nie wiem.

W chwili rozstania z rodzicami miałem trzy lata. Jak wyglądał Ojciec – wiem z jedynej fotografii, jaka się zachowała – w Paryżu. W Polsce nie zachowała się żadna. Nie wiem, jak wyglądała moja Matka. Mało interesowałem się swoją rodziną i swoim pochodzeniem. Chyba ze strachu. No i oczywiście z głupoty. Przeszłość była straszna, ale nie powinienem był się od niej odwracać. Kto by jednak chciał od dziecka szukać grobów? To się kojarzyło z okupacją, ze śmiercią, której cudem uniknąłem.

– Jak to się stało?

– Moje koleje losu podobne były do losów garstki innych Żydów w Stanisławowie, którzy ocaleli. Dobrze opisała to Krystyna Winecka (Irena Wilder) we wspomnieniach „Od Stanisławowa do Australii”. Kiedy we wrześniu 1939 roku do Stanisławowa wkroczyli Rosjanie i rozpoczęła się sowietyzacja, część Żydów uciekła na Zachód, w głąb Polski, większość jednak pozostała. Część z nich została wywieziona, głównie do Azji Środkowej, nieliczni „dobrowolnie” pojechali na Wschód. Moja Rodzina się rozdzieliła. Prawinowie trafili na Wschód. Prawin trafił do Armii Czerwonej, jego rodzina zaś do Samarkandy. Był wśród nich znany później filozof marksistowsko-partyjny, Adam Schaff. Po wojnie Prawinowa opowiadała mi, że Schaff pisał swoją pracę doktorską na marginesach gazet, głównie „Prawdy”, bo papieru nie było.

Natomiast moi rodzice wyruszyli za Stanisławowa w kierunku zachodnim, może do Częstochowy, w każdym razie zaczęli się ukrywać, a mnie oddali pod opiekę znajomego ze Lwowa, pana Tadeusza Płońskiego, który miał tzw. dobry wygląd. Płoński przez całą okupację nadzorował i finansował ukrywanie mnie i moich rodziców, którzy jednak zostali zadenuncjowani i w 1944 roku rozstrzelani. Po wojnie Płoński skontaktował się z Prawinami, którzy mnie odebrali z ukrycia. Nigdy mi o tym nie opowiadali, wiedziałem tylko, że ukrywany byłem na Pradze. (…)

 Jan Ordyński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +2 (from 2 votes)
Passa. Rozmawia Jan Ordyński, 10.0 out of 10 based on 3 ratings

3 komentarze

  1. Teresa Stachurska 2012-03-08
  2. Morelowski 2012-03-08
  3. Angor 2012-04-04