Andrzej Lubowski, wykształcony w Polsce (SGH) obywatel amerykański, związany z tamtejszymi firmami energetycznymi, technologią i bankowością, ma świadomość, że prognozowanie jest trudne. Dlatego w swojej książce cytuje ojca fizyki atomowej Nielsa Bohra: „Przewidywanie jest niezwykle trudne, szczególnie jeśli chodzi o przyszłość”.

Autor książki „Świat 2040. Czy Zachód musi przegrać” pokusił się jednak o prognozę – i to aż do tytułowego roku 2040. Ma jednak świadomość niebezpieczeństw i raf na ścieżce, na którą wkracza. Wie również, że same wskaźniki ekonomiczne do dobrych prognoz nie wystarczą. Z tego powodu albo podważa, albo powątpiewa w ustalenia tak renomowanych ośrodków jak Goldman Sachs czy Citi Bank, nie mówiąc o niektórych Noblistach (Robert Fogel). Słusznie zaznacza: „Przewidywanie to jednak zajęcie arcytrudne, bo życie roi się, i zawsze roiło, od niespodzianek, przypadków, zbiegów okoliczności wykraczających poza naszą wyobraźnię”.

Dopiero z taką świadomością możemy – ostrożnie – ruszać w podbój przyszłości. Lubowski  kreśli rzadką w polskiej literaturze wizję holistyczną, całościową, globalną. Dotarł do wielu punktów, zjeździł sporo świata, w tym nie tylko USA czy Europę, ale też Japonię, Indie, wyspy Pacyfiku czy Chiny. Śmiało, choć krótko, kreśli wizje dotyczące kontynentów, regionów czy poszczególnych, głównych graczy na światowej scenie. Niemal suchej nitki nie zostawia na Rosji, ponuro – wbrew niektórym innym prognozom – kreśli przyszłość tak Afryki, jak Ameryki Łacińskiej. Natomiast najwięcej miejsca, w czym nie jest odosobniony, poświęca przyszłości Azji, no i w jej kontekście zastanawia się, „czy Zachód musi przegrać?”

Marazm na Zachodzie

Lubowski pisze barwnie, dosadnie, stawia wiele śmiałych tez, niekoniecznie dla nas przyjemnych. Dość miłosiernie traktuje USA, ostrzej atakując jedynie wszechmocny kompleks militarno-przemysłowy Jednakże dochodzi do wniosku, że „Ameryce nie grozi bankructwo, a dolarowi rychła detronizacja”. Zarazem jednak dodaje: „Stany Zjednoczone stają w obliczu wyzwań, których większość społeczeństwa po prostu nie jest świadoma, a większość polityków unika jak diabeł święconej wody”.

Jakie to wyzwania? W sensie ekonomicznym dwa są najgroźniejsze, zwane przez Autora „armaty i pigułki”, czyli nadmierne zbrojenia oraz wysokie koszty leczenia coraz dłużej żyjących obywateli. Obok tego atakuje amerykańską demokrację, która – w jego ocenie – „zrobiła gigantyczny krok do tyłu”. A to przede wszystkim dlatego, że doszło do „nieograniczonej władzy pieniądza” w polityce, począwszy od kampanii wyborczych, a w efekcie „społeczeństwo… zalewa koktajl ignorancji, demagogii, fanatyzmu i pokerowych zagrywek”.

Tu Autor pozwala sobie na indywidualna ocenę: „Gdy słucham wielu członków Kongresu, nachodzą mnie pytania: nawiedzony? idiota? ignorant? czy zwykła swołocz? Najczęściej to śmierdzący koktajl cynizmu i hipokryzji”. Czy tak jest tylko w USA, czy może na całym Zachodzie? – chciałoby się zapytać.

W ten sposób Lubowski zmierza ku jednemu z lejtmotywów swej pracy, jakim jest jakość rządzenia oraz efektywność rządów. W tym kontekście jeszcze ostrzej niż USA atakuję Unię Europejską. Uważa, że „prosperity uśpiła Europę”. Cytuje jednego ekspertów, który mówi: „Wspólny hymn i rozwieszenie flag nie znaczy, że Europejczycy zbudowali wspólnotę”. I to jest właśnie pięta achillesowa europejskiego projektu: brak głębokiego poczucia wspólnoty.

Przy czym lista zarzutów wobec UE jest znacznie dłuższa: po zmęczeniu rynkiem przyszło zmęczenie integracją; cały projekt integracyjny zżera zmora biurokracji, system świadczeń socjalnych jest nadmiernie rozdęty, a „mechanizm integracji gospodarczej jest niesprawny”.

To wszystko naraz sprawia, iż Europa zamienia się w „najbardziej luksusowy dom starców”, albo tez „muzeum” (to nawet tytuł podrozdziału!). I dlatego „i na prawicy, i na lewicy pojawiają się i zyskują na znaczeniu partie eurosceptyczne”.

Gdzie tkwi praprzyczyna? Tu Autor też jest dosadny: „z chwilą gdy państwo wycofuje się z aktywnego uczestnictwa w życiu publicznym, rośnie siła bankiera, w miejsce państwa wciska się kler, terytorium zdobywa mafia”.

Wyzwania za Wschodu

Podczas gdy cały Zachód cierpi na bolączki, schorzenia i kryzys, po 2008 pojawili się nowi dynamiczni gracze, zbiorowo zwani wschodzącymi rynkami. Co u nas jeszcze stosunkowo rzadkie, Lubowski poświęca im nie mniej uwagi niż Zachodowi. Najwyraźniej nie jest zwolennikiem tezy, że G-20 (o której nie pisze) zastąpi G-7, ma też spore wątpliwości co do spójności i przyszłości grupy BRIC (usuwa końcowe „S”, co oznacza, że traktuje – nie on jeden – RPA za gracza mało znaczącego).

W tym kontekście sporo miejsca – i słusznie – poświęca azjatyckim tygrysom gospodarczym, ale najwięcej dwóm kolosom – Indiom i Chinom. Co do Indii, podobnie jak zresztą Japonii, jest sceptyczny i wstrzemięźliwy. Dostrzega ich potencjał i plusy, ale widzi też poważne mankamenty. Japonia to przede wszystkim ograniczenia demograficzne, ale też strukturalne – brak reform (nie ma jeszcze w tej książce o Abenomice). Z kolei Indie to nadal niesamowite kontrasty i różnorodność, z czego trudno zbudować spójny obraz, a cóż dopiero spójną przyszłość.

Choć Autor nie jest ekspertem od Chin, popełniając w ich opisie drobne błędy (wojna z Wietnamem to nie 1984, lecz 1979 rok; chińskie rezerwy, to nie 2,3 lecz 3,5 biliona dolarów, itp.), on także za główne wyzwanie dla Zachodu uznaje Państwo Środka. Zwraca uwagę, że idzie już nie tylko o fakty dokonane, jakimi są chińska ekspansja, a czasami dominacja na rynkach, czy tamtejsze rezerwy walutowe, lecz kolejne wyzwania w postaci monopolu na rynkach metali rzadkich, czy też walki o patenty i wysokie technologie.

W tym kontekście jak najbardziej słuszna jest uwaga, zgodne z którą istniejąca do niedawna swego rodzaju symbioza, zwana nawet Chimeryką, między rynkiem amerykańskim a chińskim, a w ramach której Chińczycy tanio produkowali i sprzedawali, a Amerykanie tanio kupowali i konsumowali dobiega końca. Zamiast tego nadchodzi epoka, gdy „Ameryka chce utrzymać rolę pierwszego skrzypka w Azji, Chiny (zaś) uważają, że ta rola im się należy… Ameryka nie podda Pacyfiku walkowerem. Dlatego Ocean Spokojny będzie taki tylko z nazwy”.

Najciekawsze – i najbardziej odkrywcze – są jednakże zarówno tezy wyjściowe A. Lubowskiego, jak też jego konkluzje. Na Wstępie tomu pisze on bowiem coś, co warto zacytować nieco dłużej:

„Jeśli Chiny nie staną się demokracją – a na to się nie zanosi – to rywalizacja dotyczyć będzie nie tylko dostępu do rzadkich czy źródeł ropy i gazu na wodach Pacyfiku, ale przełoży się na walkę idei i wartości, sposobów organizacji społeczeństw i metod rozstrzygania sporów. Stawka jest więc ogromna, czego nie wydaja się, przynajmniej na co dzień, dostrzegać politycy Zachodu, sparaliżowani dogmatami i wewnętrznymi animozjami, kroczący z dumnie wypiętą piersią od kryzysu do kryzysu, wszystkich własnej produkcji. Trudno to określić inaczej niż niepohamowane instynkty samobójcze”.

Więcej dyplomów, mało mądrości

Tak Autor zaczyna. A jak go kończy? Może już nie w tonie wisielczym, ale jednak w zatroskaniu i obawie – tak o dalsze losy Zachodu, jak też całej planety. Trudno się jednak z nim nie zgodzić tak co do prognoz, jak też konkluzji.

W przypadku pierwszych Lubowski słusznie zauważa: „W każdym praktycznie scenariuszu przyszłości, poza katastrofą nuklearną, masową zagładą lub tragedią ekologiczną monstrualnych rozmiarów, pojawia się szereg elementów wspólnych. Będziemy świadkami przyrostu ludności i starzenia się wielu społeczeństw, wielkich migracji i postępującej urbanizacji. Z żywnością ludzkość sobie poradzi, z wodą może być różnie”.

Powtórzmy jednak: tu chodzi nie o prognozę stricte ekonomiczną, lecz podejście holistyczne, całościowe. A w tym kontekście obok czynników i wskaźników gospodarczych nie mniejszą rolę, a chyba większą, mają nasze zachowania, jak też decyzje.

O czym Lubowski pisze dynamicznie i przenikliwie. Najpierw powołuje się na pisarza Isaaca Asimowa: „Najsmutniejsze jest dziś to, że nauka gromadzi wiedzę szybciej, niż społeczeństwo gromadzi mądrość”. A potem dodaje od siebie: „Coraz więcej dyplomów i coraz mniej zdrowego rozsądku, coraz więcej lekarstw i coraz mniej zdrowia. Pomnożyliśmy stan posiadania i zredukowaliśmy nasze wartości. Mówimy za dużo, a słuchamy za mało. Nauczyliśmy się, jak zarabiać na życie, a nie jak żyć. Dotarliśmy do Księżyca i z powrotem, a kłopot sprawia nam przejście na drugą stronę ulicy, aby się przywitać z sąsiadem. Opanowaliśmy atom, a nie jesteśmy w stanie opanować naszych uprzedzeń”.

Co więcej i co gorsza, „społeczeństwom i elitom świata Zachodu trudno się pogodzić z myślą, że zmienia się układ sił… Wyzwania, przed którymi stoi dziś świat Zachodu, wymagają wyobraźni, wrażliwości, zdecydowania i determinacji. Wszystkich tych składników boleśnie brakuje. Zachód nie jest już z siebie zadowolony. Zdaje sobie sprawę – przynajmniej jego światlejsze głowy muszą sobie zdawać sprawę – że źle się dzieje, że grunt usuwa się spod nóg, ale niewiele robi, by ten proces zahamować i odwrócić”.

Wołanie na puszczy?

Dlatego niczym memento powinna brzmieć w naszych uszach ta oto końcowa przestroga Autora: „Jeśli Ameryka nie chce skończyć tak jak Rzym i jeśli Europa nie aspiruje, aby przeobrazić się na krótko w komfortowy dom starców otoczony gniewnym tłumem młodych bezrobotnych, a potem stać się przyczynkiem do historii, to całemu Zachodowi potrzebne są pilne zmiany”.

Jakie? Autor oczywiście i na ten temat ma swoje przemyślenia, którymi dzieli się z czytelnikami. Warto zajrzeć do tego odważnego tomu, a jeszcze bardziej zastanowić się nad tym, czy jesteśmy w stanie zmienić się i spełnić końcowe postulaty Lubowskiego. Bowiem na dzisiaj sytuacja wygląda tak, że spełniają je jedynie Azjaci, nie ludzie Zachodu…

Co to może oznaczać? – łatwo się domyśleć. Oby było tylko tak, jak w innym końcowym postulacie Autora, który w tytułowym roku 2040 na czele świata i światowej gospodarki widzi te oto pięć podmiotów: 1) Chiny, 2) USA, 3) Japonia, 4) Indie, 5) Niemcy. Przy czym wyraźnie „pierwszą dwójkę będą stanowiły USA i Chiny”.  Szkoda, że nie zastanawia się, nie będąc ekspertem od Azji, nad tym, jak duży będzie wówczas dystans dzielący Chiny i USA. Będą w tej samej lidze, czy już jednak w innych? Co do tego prognostycy i eksperci mocno się różnią.

Jeśli jednak końcowych postulatów A. Lubowskiego i jemu podobnych elity Zachodu nie wezmą poważnie pod uwagę, to Zachód rzeczywiście może mocno przegrać. Ta gra już się toczy, a Autorowi należą się słowa pochwały, że trafił w tętno czasu. Kto go jednak posłucha?

Bogdan Góralczyk

Obserwator Finansowy