Krzysztof Mroziewicz: Proza asów wywiadu

Print Friendly, PDF & Email

szpieg2013-12-09.

Trzy książki trzech szpiegów to dorobek ostatnich trzech lat na tym styku. W świecie plony spotkamy bogatsze: Graham Green, John le Carré, w przeszłości – Daniel Defoe. Na okładkach najczęściej czytamy, że utwór pochodzi spod pióra byłego oficera wywiadu. W żadnym wypadku nie jest to prawdą. Byłych oficerów wywiadu spotykamy jedynie na cmentarzu. Nigdy nie mówią oni, ani nie piszą prawdy, na wszystko muszą mieć zgodę własnych central i wszędzie używają własnej „legendy” (w wywiadzie termin ten znaczy coś innego niż na okładce księgi z baśniami. Zgadza się tylko „baśń” o nich samych).

Różni asów skala talentu – zarówno w pracy wywiadowczej jak i w obszarze fantazji pisarskiej. Wszyscy trzej zajmowali się realizacją interesów zewnętrznych państwa, co nie oznacza, ze cenzura a zatem i prokurator, którzy sprawdzają, ile tajemnicy ujawniono, nie mieli tu wiele roboty.

Prawdziwe pisarstwo będące czystą literaturą bez odpisanych z życiorysu faktów znajdujemy w prozie „Severskiego”[i]: wszystko tam, łącznie z nazwiskiem, zostało zmyślone. Broni się bardzo umiejętnie:

 

Szpieg – mleczny brat dziennikarza

Rozmowa autentyczna

O: Oficer wywiadu 40 procent czasu spędza na pisaniu.

P: Analizy?

O: Nie, mówimy o oficerze operacyjno-rozpoznawczym, jakim byłem przez ponad 30 lat. Pisze się scenariusz jakiegoś przedsięwzięcia. Musi on podlegać pewnym rygorom, metodologii ale i technice pisarskiej. Potrzeba swojego rodzaju uczciwości…

P: A nie cynizmu?

O: Moje książki są bardzo podobne do rozbudowanego reportażu. Plan przewiduje zdarzenia, które wiążą się czasem z ryzykiem życia. Naczelnik, dyrektor, w wyjątkowych sytuacjach premier, prezydent, podejmują decyzję, jeśli przedsięwzięcie jest ważne z punktu widzenia polityki państwa. Taki scenariusz musi być przejrzysty i logiczny w swojej konstrukcji. Szef chce mieć pewność, że podejmuje decyzję słuszną. Nigdy scenariusz nie przystaje zbyt dokładnie do tego, co może się zdarzyć. Muszą występować warianty awaryjne na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. A potem pisze się reportaż z tego, co się zrobiło… Dziennikarz i szpieg to mleczni bracia… Byłem, widziałem, zrobiłem.

P:Zabiłem?

O:Oficerowi nie wolno, chyba że w stanie wyższej konieczności. Ze scenariusza wynika mnóstwo pobocznych wątków, które czasem zanikają. Niejeden mógłby być osobną powieścią.

P: Ale w pańskiej „twórczości” służbowej nie używał pan technik, które prowadzą do pastiszu „Ulissesa” Joyce’a czy „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa. A w książkach to jest.

O: Oficer powinien znać literaturę, musi znać podstawowe kanony. Nie musi znać „Ulissesa”, ale powinien wiedzieć, jakie to dzieło ma znaczenie. To nie jest tak, że ja mam do obserwacji tylko jakichś facetów takiego czy owakiego pokroju, na przykład wojskowych rosyjskich.

P: Kiedy pan przeszedł na drugą stronę z rzeczywistości wywiadowczej do literackiej, to musi pan kodować nawet niewinne informacje, żeby rezydent GRU z ambasady, który potrafi być pańskim „krytykiem literackim” nie wyłapał szczegółów, które się panu wymsknęły. Pewnie pomimo dwu czy trzech nałożonych na siebie szyfrów dostrzeże coś, co jest ważne dla fachowca jako tajemnica?

O: Jeżeli tu z panem siedzę i rozmawiam, to znaczy, że niczego w książkach nie ujawniłem. Żadnych tajemnic państwowych. U nas problemem oficera wywiadu jest jego pamięć. Pamięć, której nie jesteśmy właścicielami. Oficer żyje w świecie „legendowanym”, kodowanym, także w domu, wśród rodziny, znajomych. Natomiast tajne są daty, nazwiska, kraje, okoliczności, które mogą identyfikować nasze zainteresowania. Nie można powiedzieć: „tak, spędziłem pół roku w Iranie”. Bo cóż ja tam robiłem? Szpiegowałem. Między stałymi punktami rzeczywistości wywiadowczej istnieje przestrzeń wypełniona prywatnością, marzeniami, ludzkimi wrażeniami, uczuciami. To jest materiał, który ja wykorzystuję w swoich książkach. Coś takiego, jak archiwum NKWD (w powieści „Nielegalni”) rzeczywiście się zdarzyło. Ale nie tu, nie w tym czasie, trochę to nie tak wyglądało. Zastosowałem metody, których używałem w pracy, aby opisywana rzeczywistość nie była łatwa do identyfikacji.

P: Czy romans może być instrumentem szpiegostwa?

O: Pokutują mity o wykorzystywaniu seksualności do celów pozaerotycznych.

P: KGB prowadziła wydział seks-szpiegostwa. Che Guevara zginął w Boliwii zdradzony przez kochankę-absolwentkę akademii Andropowa.

O: Oczywiście, w tamtych czasach tak postępowano. Ja mówię o służbach państwa demokratycznego, które nie powinny żywić się podłością.

P: Buduje pan etos kolegów?

O: Nikt o nich u nas nie pisał. A jest o kim. Co nie znaczy, że robię im przysługę. Ale trzeba pewne sfery rozdzielić. Czym innym jest wywiad a czym innym agentura. Agentowi wolno dużo więcej niż oficerowi. Seks jest dopuszczalny w celu osiągnięcia celu. Przez agenturę. Nie przez oficera. Przypadek Petraeusa[ii] to zupełnie inna sprawa. To był szef. Czy seks mógł grozić szantażem wobec niego? Nie wydaje mi się. Jest taka zasada, że nie opłaca się pozyskiwać szefa wywiadu. Lepiej pozyskać jego zastępcę. Drugiego zastępcę. Sprawa Petraeusa ma charakter raczej obyczajowy. Tu chodzi o nieodpowiedzialność tego człowieka.

P: Aż taka moc sprawcza tkwi w rajstopach?

O: Pewnie że tak. Największa siła w tym tkwi. Ja nigdy nie pozyskałem nikogo do współpracy na podstawie materiałów obciążających. Taki facet nie ma motywacji, daje się łatwo odwrócić. Koszty weryfikacji pozyskanych od niego danych będą większe, niż kupienie informacji. Inna rzecz, że prowadzi się grę wywiadów. Chodzi o to, żeby agent jedynie był. Żeby mu przeciwnik deptał po nogach. Ktoś, kto daje się łatwo zwerbować, jest od razu podejrzany. Lepszy będzie taki, który robi to motywowany. W 90 procentach przypadków ma motywy finansowe. Albo chęć zaspokojenia potrzeb. Nie zawsze oczekuje pieniędzy. Czasami chce podobać się kobietom, albo dąży do zagrania szefowi na nosie. Albo pragnie udowodnić coś samemu sobie.

P: Czy w historii wywiadów zdarzają się takie przypadki, jak raport Macierewicza?

O:Takie osobowości jak Macierewicz nie są znane, może w starożytnym Rzymie był ktoś podobny z wbudowanym mechanizmem autodestrukcji. To jest w skali światowej niespotykane. Nie było żadnych służb za czasów Macierewicza. Zostały zniszczone. Może należało je zreformować, zwłaszcza wojskowe. Wojskowy (jak Petraeus) nie może stać na czele wywiadu. Ale postępowanie Macierewicza legitymizował de facto prezydent.

P: Mamy w Polsce agentów wpływu. Rozgłośnie, pisma, nawet niektórych polityków. Nie głoszą oni poglądów potężnego beneficjenta, często mają poglądy odmienne. Ale robią „dym” i „syf”. Działają i to za darmo, na korzyść tego, komu zależy na bałaganie w Polsce…

O: Czy za darmo?…

P: Trzeba aż profesora Brzezińskiego[iii], żeby to nazwać po imieniu?

O: Profesor Brzeziński wypowiedział święte słowa. Piszę w książkach o odprawie u generała Lebiedzia (szefa Służby Wywiadu Zagranicznego) z udziałem wszystkich świętych, na której nie byłem. Jej atmosfera i padające tam wypowiedzi są prawdopodobne. Formy zainteresowania Polską to spekulacje będące rezultatem 30 lat mojej pracy w wywiadzie. One są podobne do prawdy. Mogą różnić się od rzeczywistości w szczegółach. Chodziło mi o podkreślenie ciągłości w śledzeniu spraw polskich przez rosyjski wywiad. Z krótką przerwą na PRL. Dziś ich podejście jest takie samo, jakim było przed wojną. Polska nie jest źródłem ważnych informacji dla Rosji. Szwecja jest. Także źródłem technologii informatycznej. Rola Szwecji w świecie jest dla Rosji znacząca. Co jest interesujące dla Rosji w Polsce? Po każdej aferze u nas Rosjanie albo stukają się kieliszkami albo rozdają odznaczenia. Albo coś zrobili, albo zaoszczędzili pieniędzy, bo Polacy sami to zrobili. Ważne dla nich jest to, aby Polska była krajem takim, jakim jest. Dokładnie takim jakim jest. Profesor Brzeziński podał kwintesencję. Dla Moskwy prawica jest darem boskim. Nie lewica. Lewica wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej, wprowadziła nas do NATO. Kwaśniewski był najgorszym z punktu widzenia interesów Rosji prezydentem Polski. Polityka jagiellońska, którą krytykuję, była najmniej korzystnym elementem polskiej polityki wschodniej ostatnich lat. Rosja chce odbudować strefę wpływów ZSRR. Ukrainę przeciąga na swoją stronę, Białoruś ma w garści, Litwa jest wroga Polsce. Czegóż więcej trzeba? Popchnąć te kraje na wschód tą naszą wielkomocarstwową butą? Wzrost gospodarczy Polski to zupełnie inny aspekt. Ich ciężarówki idą jedna za druga. Nie są zainteresowani, żeby u nas był kryzys. Wprost przeciwnie, my jesteśmy konsumentem. Wektory z punktu widzenia celów politycznych układają się w wywiadzie klarownie. Czy jesteśmy dla nich zagrożeniem z tymi „Patriotami” bez głowic? Nie jesteśmy nawet dla Kaliningradu, gdzie ludność gdyby mogła – odłączyłaby tę enklawę od Federacji. Za odejściem głosowaliby nawet wojskowi. Ale nie za odejściem do Polski. Rosja nie jest krajem tak jednolitym, jak się naszym politykom wydaje. Musi być obecna w Europie i zrobi wszystko. Ukrainy nie puści.

P: Chińczycy jej wchodzą na Syberię.

O: I to jest prawda. Chiny to dla Rosji zgryz ogromny. Będą państwem równorzędnym z USA za 50 lat. Nad Chinami wisi syberyjska pustka pełna surowców. Jeśli będą to mieć, zapanują nad światem. Ale Rosja jest mocarstwem. I się rozwija. Od czasu powstania Związku Radzieckiego ma te same służby. Federacja to Spec-kracja. To jest jedyny kraj na świecie, gdzie służby specjalne mają swoje własne państwo.

P: Czy Władimir Władimirowicz, jak go pan nazywa w powieściach, był dobrym szpiegiem?

O: Gdyby był dobrym szpiegiem, to byśmy coś wiedzieli o jego osiągnięciach. Szpieg nie działa w próżni. Przeciwnik nie wie o nim, jeśli on niewiele robi. Ale był to pułkownik wygodny dla Jelcyna, bo nieskompromitowany.

P:A co byśmy powiedzieli o Suworowie?

O: Znam go i Gordijewskiego też. To wojskowy, który dał nogę przy pierwszej okazji.

P: Jego ambasada w Wiedniu zajmowała się dezinformacją elektroniczną…

O: Inspiracja i dezinformacja, którymi posługują się Rosjanie, została doprowadzona do perfekcji. To jest oczywiście technika znana od czasu faraonów. Podobnie jak „nielegałowie”. Nielegałów Sowieci zasadzili jeszcze w latach trzydziestych. Na rozmnożenie. Są długie lata uśpieni. Jeśli w USA złapano jedenastu, to ilu ich jeszcze jest? Czasami „budzi się” synów. Bywa, że wnuków. A to najlepsza technika. I najdroższa. Jak to się ma do inspiracji i dezinformacji? Są wykorzystywani do subtelnego wsączania w środowisko, w którym żyją, fałszywych sygnałów na temat mocodawcy, które mają urabiać opinię. Katastrofa samolotu w Smoleńsku to wymarzona okazja do prowadzenia dezinformacji, którą może uprawiać trzech-czterech sterowanych nielegałów w Polsce. Budują kolejne koncepcje spiskowe, żeby ciągle się gotowało. Nielegała prawie nie można złapać. To może być każdy. Sąsiad, Polak, on się niczym nie różni. Jego technika, język, sposób bycia, wszystko, on się może normalnie spotykać wszędzie, nawet w Sejmie. Nielegał nie musi werbować. Nawet nie może. Wystarczy, że podpowiada, sączy, sugeruje. Rosyjski wywiad działa z perspektywą dziesięcioleci. W latach międzywojennych przez dwadzieścia lat dezinformowali Brytyjczyków. Przez dwadzieścia lat Wielka Brytania miała błędne wyobrażenia o Związku Radzieckim. To bardzo wyrafinowana technika polegająca na wstawianiu do dokumentu tylko jednego zera. To metoda perfidna. W społeczeństwach nordyckich nie wychodzi, bo tam stawi im czoło struktura ścisła. Nam zawsze można coś wetknąć.

P: Jakie wnioski wyciągnął generał Petraeus z sowieckich doświadczeń w Afganistanie?

O: Żadnych. Zresztą Rosjanie też ich nie wyciągnęli. To podburzusze Rosji. Podobnie jak Iran. Wojska sowieckie, które wprowadzono do Afganistanu, szykowane były na Iran jeszcze w czasach szacha. W Iranie by sobie poradziły. Oficerowie znali perski. W porozumieniu z Anglią mieli podzielić Iran na pół. Góra ich, południe Anglii. Obalono szacha. Chomeini był dla Sowietów pożyteczny i Iran nadal jest. By sparafrazować klasyka „do Afganistanu, podobnie jak do Czeczenii nie wchodzimy, bo tam są góry”.

P: Gdyby miał pan agenta na bardzo wysokim szczeblu, zwerbowanego kiedyś, kiedy nie wiedziano, że będzie bardzo wysoko, to czy nadałby mu pan kryptonim zaczynający się od dwu pierwszych liter prawdziwego nazwiska?

O: Oczywiście, że nie. Ja miałem takich „informatorów”. Nazywa się ich kontaktami informacyjnymi. Polityk bywa gadatliwy, plecie coś, najczęściej jednak pilnuje się. Nie wypaple tajemnic. Powołuję się na niego, bo kazali mi coś ocenić, oceniam to na podstawie wielu informacji i źródeł, ale z nim rozmawiam czasami o hubie Maryni i wstawiam go do tekstu. Nie informacja jest najważniejsza, ale źródło.

P: Jaki wywiad jest najlepszy?

O: Są takie dwa – żydowski i angielski. Był kiedyś polski… Wywiad musi myśleć o pojutrze.

P: Pana życiorys widoczny jest w powieściach. Pochodzi pan z pokolenia kontestatorów. Che Guevara?

O: To był mój idol. Chciałem jechać do Wietnamu jako ochotnik. Walczyć. Mój ojciec, komendant szkoły chemicznej wyleciał za to z pracy.

P: Więcej czasu spędził pan w wywiadzie PRL czy teraz?

O: Teraz, w wolnej Polsce.

P:Mówiliście wtedy prawdę?

O: My zawsze mówimy prawdę. My musimy mówić prawdę. Jak jest. Za mówienie prawdy nikt jeszcze w wywiadzie nie został ukarany. Jaruzelski wszystko wiedział. Ale… był pasywny.

P: Jakichś pisarzy ulubionych pan czyta?

O: Bułhakowa, Gogola, Babla, choć żydowska Odessa to nie Rosja. Także szwedzką prozę kryminalną lat 60., A z polskich – Pawlikowską-Jasnorzewską, Baczyńskiego…

Patriot-a

Generał Marian Zacharski, oficer wywiadu PRL skazany w USA na dożywocie za szkody, jakie wyrządził Amerykanom kupując od zdrajcy dokumentację systemów obronnych „Patriot”, został potem wymieniony na agentów USA wykrytych przez kontrwywiad krajów Układu Warszawskiego. Kiedy w nowej Polsce został szefem Urzędu Ochrony Państwa, zapytałem w ambasadzie USA, co się stanie, jeśli gen. Zacharski uda się w podróż oficjalną do USA. Wysoki rangą dyplomata powiedział mi, że odsiedzi wtedy wyrok do końca i kolejnej wymiany szpiegów już nie doczeka.

Życiorys generała, gdyby mógł swobodnie pisać, nadaje się na fascynującą książkę z dziedziny literatury faktu. Tymczasem dwa tomy autobiografii Zacharskiego to jedynie „legenda”. Ciekawa, ale fachowemu czytelnikowi wskazująca od razu miejsca, w których czytamy nieprawdę. Zdradza autora zarówno zbyt sumienne przywiązanie do zasad pracy wywiadu jak i znacznie niższej rangi, niż w przypadku jego kolegi „Severskiego”, umiejętności „krycia” prawdy różnego rodzaju zasłonami. Zacharski zajął się jednak ponadto jako pisarz-reporter życiorysem człowieka, o którym do tej pory niczego prawie nie wiedzieliśmy, rotmistrza Jerzego Sosnowskiego, oficera wywiadu wojskowego II RP w Berlinie, którego osiągnięcia przewyższają wszystko, co wiadomo o sukcesach jakiegokolwiek wywiadu w jakimkolwiek okresie i miejscu na świecie.

Celowo piszę „co wiadomo”, bo zapewne znaleźlibyśmy przykłady jeszcze bardziej spektakularnych operacji, gdyby na ich trop dało się kiedykolwiek wpaść. Przypadek rotmistrza Sosnowskiego to zarazem dramat osobisty na miarę tragedii szekspirowskiej. Do Zacharskiego nie ma co mieć pretensji o to, że Szekspirem nie jest. Nikt by sobie z tym życiorysem nie poradził. Oficer kawalerii, mistrz jazdy konnej, triumfator wyścigów i gonitw na prestiżowych torach Europy został wysłany do Berlina jako bajecznie bogaty playboy z rozkazem dotarcia do najtajniejszych planów wojskowych Rzeszy. Szalenie atrakcyjny mężczyzna w typie bohaterów filmowych jak Rudolf Valentino czy mąż Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Jan Gwalbert Henryk Pawlikowski, którego żywcem przypominał, dysponował był nieograniczonymi funduszami. I kiepską „legendą”, jako syn barona von Nałęcz, niby milionera, co było dziecinnie proste do zweryfikowania i wyśmiania.

Płaciła biedna Rzeczpospolita. Kochankom mógł kupować najdroższe kosmetyki, kreacje i samochody. Ponadto płacił ekstra za tajemnice. Uwiódł wszystkie sekretarki Reichswehry, które zatrudnione na upokarzających etatach w hitlerowskim ministerstwie wojny, przeżywały z Sosnowskim chwile operetkowego szczęścia, kąpiąc się w szampanie Krug, nosząc (lub raczej zdejmując) suknie od ówczesnych super-kreatorów mody, rozbijając się najmodniejszymi kabrioletami, na które nie byłoby nigdy stać ich ojców, feldmarszałków z pruskich rodzin arystokratycznych, których Hitler nienawidził. Fuehrer zatrudniał je w ministerstwie, żeby ukryć faktycznie zatrudnionych mężczyzn. Rotmistrz rozkochał je w sobie, co Zacharski opisuje z zazdrością alter ego, wcielając się w rolę ówczesnego playboya do tego stopnia, że cytuje dialogi łóżkowe, które muszą być przecież wytworem nie najwyszukańszej w tym przypadku fantazji.

Monografia Sosnowskiego oparta jest na imponującym zbiorze dokumentów archiwalnych, wiarogodnych, bo pochodzących z zasobów kontrwywiadu niemieckiego. Z profesjonalną znajomością rzeczy Zacharski opisuje lekceważące zaniedbania Sosnowskiego co się tyczy konspiracji, tromtadrację rodem z gonitwy, lekkomyślność bon-vivanta, a zarazem nieporadność kontrwywiadowczą Niemców, ich pazerność i upadek obyczajów lat 20-30 w Berlinie. Nie brak też dowodów na wyjątkową nieżyczliwość centrali, która w przypadkach super zdobyczy szpiegowskich nie dawała im wiary. Dzięki romansom Sosnowskiego kierownictwo wywiadu polskiego a także marszałek Piłsudski, póki żył i mógł chronić rotmistrza, mieli dostęp do informacji o prowadzonej na gigantyczną skalę praktyce zbrojenia i szkolenia wojsk niemieckich na terytorium Związku Sowieckiego. Na tej podstawie marszałek sugerował Francji wspólne uderzenie prewencyjne na Niemcy, zanim będzie za późno. Sosnowski, a zatem i Piłsudski wiedział o toaście marszałka Tuchaczewskiego wygłoszonym na początku lat 30. w Berlinie – „za rychłe spotkanie w Warszawie!”.

Urzędnikiem niższej rangi był tam wtedy w ambasadzie polskiej Konstanty Ildefons Gałczyński, ale ani z biografii poety ani z historii asa wywiadu nic nam nie wiadomo, że się znali. Być może nie wiedzieli o sobie, a jeśli nawet bywali na tych samych przedstawieniach w teatrzyku „Katakombe”, to gwiazdami byli tam Sosnowski i Inge Bartsch, lecz nie Gałczyński.

Wyjątkowa niefrasobliwość rotmistrza oraz lekceważenie kolejnych ostrzeżeń musiało skończyć się katastrofą. Sosnowskiego aresztowano na spektakularnym przyjęciu pożegnalnym, z którego Sosnowski miał zniknąć na zawsze, ale nie zdążył. Skazano go, jako cudzoziemca z paszportem dyplomatycznym t y l k o na dożywotnie więzienie, a jego kochanki na ś c i ę c i e. Wpadka nastąpiła z powodu zazdrości i zemsty jednej z nich, cygańskiej tancerki z Budapesztu, której obiecał karierę filmową. Sosnowski, podobnie jak później autor książki o nim, został wymieniony na szpiegów niemieckich skazanych w Polsce. Trafił od razu przed komisję złożoną z kolegów z centrali, którzy zamiast odznaczyć go i wielbić, postawili rotmistrza przed sądem i skazali.

Odsiedział rok do wojny, potem wleczony był w ramach ewakuacji na wschód, trafił w ręce NKWD, zawiedziony i rozgoryczony opowiedział swoim nowym katom o zdradzie Rzeczypospolitej, za jaką uważał skazanie i wyrok, wobec tego nie uważał, że mówiąc Sowietom ze szczegółami na temat swojej pracy, dopuszcza się kolejnej zdrady. Dowody archiwalne z tego okresu nie są już tak akuratne jak dokumenty niemieckie, dlatego fascynująca ze względu na walory dokumentalne książka Zacharskiego staje się pod koniec niejasna co do dalszych losów rotmistrza. Podobno umarł w Charkowie, podczas gdy według innych przekazów, których najwyraźniej Zacharski nie zna, Sosnowski miał uczyć zawodu szpiega adeptów sowieckich w szkole NKWD co by dowodziło, że szpiegostwo to nie zawód. To natura.

Służby specjalne Pana Boga

– czyli Jezuici, współbracia obecnego papieża, Franciszka. Mamy – obok bestsellerów „Severskiego”, dwu tomów autobiografii, księgi o rotmistrzu oraz kolejnej księgi o wywiadzie II RP pióra Mariana Zacharskiego, trzecie skrzydło tryptyku – spowiedź jezuity, który był jednocześnie oficerem wywiadu PRL w stolicy apostolskiej, „Kret w Watykanie. Prawda Turowskiego” .

Diabli zresztą wiedzą, jak to w przypadku jezuitów bywa, czy Turowski jest jego prawdziwy nazwiskiem. Powołuje się na kontakty ze środowiskiem studenckim okresu kontrkultury w Krakowie (STU, „Student”) jako poeta, ale nikogo takiego tam nie znaliśmy. Autorzy „legendy” słabo widać rozpracowali kontestatorów. Został wypatrzony – jak twierdzi – jako kandydat do szkoły wywiadu przez werbownika, który skierował go do pracy w zakonie jezuitów. Rąbka tajemnicy udało się słuchaczom (Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski) spowiedzi odsłonić odnośnie do metod pozyskiwania agentów. Jeśli jakiś student i zarazem amator przygody chciałby trafić do wywiadu i pracować w służbach specjalnych jako zawodowiec – niech nie stara się o to, zaszkodzi sobie.

Wywiad, podobnie jak dyplomacja watykańska, typuje kandydatów do werbunku według własnych kryteriów i sam do nich podchodzi. Amatorzy przygód są poza ich zainteresowaniem. Aliści Turowski został zaproszony. Jego biografia przed-wywiadowcza sugeruje, że jako młodzian wyrazisty, zwracający na siebie uwagę, był bez szans. Turowskiego znano w Krakowie jako działacza Związku Młodzieży Socjalistycznej, a więc przez „Studenta” Maciejewskiego, Szumowskiego, Chudzińskiego i Zagajewskiego nie mógł być akceptowany. Trafił do zakonu i został poddany „uśpieniu” na okres nowicjatu. Szykowano go do ślubów i dalszych studiów w ważnych ośrodkach, z których trafiało się na szczyty. Nie jest wykluczone, że wywiad miał w hierarchii zakonu podwójnych agentów. Prace lustratorskie samych księży dowodzą istnienia w kręgach kościelnych masy duchownych po werbunku. Żadna z prac nie podaje jednak, bo nie może z powodu podwójnej tajemnicy – spowiedzi i służbowej, że oficerem w sutannie bywało się za zgodą biskupa, który doskonale wiedział, co podwładny mu kapłan robi dla swojej cywilnej lub mundurowej centrali.

Czasami robił to, czego oczekiwali zwierzchnicy jedni, a kiedy indziej wypełniał dyspozycje zwierzchników drugich. Turowski spędził dużo czasu w zakonie pracując tam na dwie strony dopóki jedno nie zaczęło przeszkadzać drugiemu z powodów wyznaniowych. Do zakonu trafił jako agnostyk, lecz w zakonie doznał powołania. Jako rusycysta po pierwszych studiach (mógł studiować razem z Andrzejem Załuckim, późniejszym ambasadorem III RP w Moskwie), pracował w Radiu Watykańskim i relacjonował pielgrzymki papieża Wojtyły dla słuchaczy z ZSRR. Bywało, że Jan Paweł II pytał go jak Krakus Krakusa o to i o owo. Raz nawet zapytał „Jaka jest twoja prawdziwa misja?”, jak gdyby wszystko wiedział, a Turowski odpowiedział zgodnie z prawdą „chronić bezpieczeństwa Waszej Świątobliwości”, bo takie zadanie dostał z centrali wywiadu. Władze PRL bały się wtedy zamachu na papieża. Zakładały, że do zamachu dojdzie. Może miały dane o przygotowaniach.

Turowskiemu zaczęła w pewnym momencie przeszkadzać schizofrenia czyli rozdwojenie jaźni – coś, co jest koniecznym talentem oficera wywiadu. Jesteś dla świata zewnętrznego, nawet dla rodziny, kimś, kim nie jesteś. Twoja prawdziwa tożsamość musi być najgłębszą tajemnicą. I tak było długi czas, choć przecież trudno zachować w tajemnicy dane osoby w Krakowie niemal publicznej. Tu widać słabość „legendy”. Ale kiedy już Turowski zaakceptował swoją schizofrenię pierwotną, urzędową, nałożyła się na nią druga schizofrenia, która wymagała godzenia obowiązków oficera i duchownego, który zaczął wierzyć. Władze zakonne a może wywiad watykański, najlepszy na świecie (zapomniał o nim „Severski” przedstawiając wyżej swoją klasyfikację), zaczęły najwyraźniej coś podejrzewać i wysłały go z Rzymu do Paryża na studia. Młyny kościelne mielą powoli. Może zastanawiano się nad „odwróceniem” jezuity.

Odwrócenie musiałoby być skutkiem nawrócenia. Ustalenie, czy agnostyk w sutannie nawrócił się, to zadanie przewyższające możliwości wywiadu. Tu trzeba Pana Boga. Turowski wyprzedził Go i wycofał się ze służb specjalnych PRL nie zawiadamiając o tym centrali. Zszedł z posterunku bez rozkazu. Zdradził. Za to staje się przed sądem. Ale następowała właśnie rewolucja 1989 roku, władze wywiadu miały większe zmartwienia na głowie. I spowiedź przestaje od tego momentu być wiarogodna, ponieważ Turowski mówiąc milczy. Nie może powiedzieć, że zweryfikowano go pozytywnie, bo inaczej nie zostałby ambasadorem RP na Kubie u Fidela Castro. A zatem wybaczono mu zdradę! I zaakceptowano oficera, który pisał szyfrogramy o Karolu Wojtyle, na stanowisko, z którego kierował podległymi jego urzędowi delegaturami służb na niezatapialnym lotniskowcu komunizmu, na którym hasło kapitana brzmi donośnie: „(wykrzyknik do góry nogami) Socialismo o muerte!”. Jest to, warto tu podkreślić, parafraza drugiej części hasła Rewolucji Francuskiej „Liberté, egalité, fraternité – ou la mort”.

Turowski nic niestety nie ma do powiedzenia o pracy ambasadora, a szkoda. I tu jest zawodowcem.

Torebka lotnicza

Na koniec dwa zdania o książce Sławomira Cenckiewicza, który wydaje w tej samej oficynie „Zysk”, co piszący te słowa. Opublikował tam książkę historyczną, która jest skrajnie ostrą publicystyką o Lechu Wałęsie jako o płatnym donosicielu od grudnia 1970 roku, na którego kwity w liczbie paru tysięcy ukradli tacy ludzie, jak m.in. Marian Zacharski. Do książki powinna być dołączona torebka lotnicza.

 Krzysztof Mroziewicz

  • Vincent V. Severski Nielegalni Czarna Owca Warszawa 2011
  • Vincent V. Severski Niewierni Czarna Owca Warszawa 2012
  • Marian Zacharski Rotmistrz Zysk i S-ka Poznań 2011
  • Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski Kret w Watykanie. Prawda Turowskiego Biblioteka Gazety Wyborczej Warszawa 2013.

 


[i] Vincent V. Severski, oficer polskiego wywiadu w stanie spoczynku, mieszkający w Szwecji, autor bestsellerowych powieści szpiegowskich „Nielegalni”, „Niewierni” (wyd. Czarna Owca), porusza się na obszarze „literatury przywłaszczonego faktu” sprytnie i ryzykownie manewrując na styku rzeczywistości literackiej i wywiadowczej. W dotychczasowych książkach zademonstrował zdolności porównywalne ze sprawnością Stiga Larssona.

[ii] Gen.Petraeus, dowódca wojsk amerykańskich w Iraku i Afganistanie, pod koniec kariery szef CIA musiał podać się do dymisji w 2012 po ujawnieniu afery obyczajowej z własnym udziałem. Uległ dziennikarce, która pisała o nim książkę.

[iii] Prof. Zbigniew Brzeziński w filmie Katarzyny Kolendy-Zaleskiej powiedział, ze jeśli ktoś ma dowody na to, że pod Smoleńskiem dokonano zamachu, to niech je wyłoży. Inaczej jest to podłość.

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.0/10 (13 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +10 (from 14 votes)
Krzysztof Mroziewicz: Proza asów wywiadu, 9.0 out of 10 based on 13 ratings

6 komentarzy

  1. Roman Strokosz 2013-12-09
    • Roman Strokosz 2013-12-09
  2. Jerzy Łukaszewski 2013-12-09
    • Roman Strokosz 2013-12-10
  3. Alina Kwapisz-Kulińska 2013-12-10
  4. Jerzy Łukaszewski 2013-12-10