Paweł J. Dąbrowski: Pół kroku w dobrą stronę

management2014-01-14. Od dawna trwa krytyka nadmiernej biurokracji związanej z realizacją programów mających wspierać rozwój przedsiębiorczości. Nieomal tak samo długo powtarzane są obietnice uproszczenia procedur i  przekazania kluczowych decyzji najbardziej odpowiednim osobom – przedsiębiorcom. Najnowsze postanowienia PARP, dotyczące dofinansowania szkoleń w latach 2014-2020 zasługują jedynie na połowiczne poparcie. Na plus:

  • to już nie urzędnicy, ale przedsiębiorcy mają decydować o tym, jaka ma być tematyka i zakres szkoleń
  • oprócz szkoleń wsparcie otrzymać mogą przedsiębiorstwa na inne działania – coaching, mentoring, doradztwo..

Fajnie – cieszyć się należy, że urzędnicy uznali (wreszcie!), że przedsiębiorcy lepiej wiedzą niż oni, czego potrzebują. Hurra! Hurra! Wątpliwości budzą jednak ograniczenia.  Na pozór sensowne – instytucja świadcząca usługi będzie musiała:

  • mieć roczne obroty powyżej 60 tys. zł,
  • nie zalegać ze składkami ZUS i podatkami,
  • działać od co najmniej trzech lat, mieć doświadczoną kadrę, dobre referencje i przejść pozytywnie audyt.

Przyjrzyjmy się temu dokładniej:  ZUS, podatki – oczywiście tak.  A inne wymagania?  Rozpatrzmy na przypadkach:

Jacek – specjalista od marketingu już  od siedemnastu  lat łączy pracę na uczelni ze szkoleniami i doradztwem dla małych firm.  Ma ustaloną renomę, dobrych klientów. Jednakże, ponieważ to uczelnia pochłania większość jego czasu i energii, jego przychód z działalności szkoleniowo-doradczej wyniósł 40 tysięcy.  Wykluczony z dofinansowań.

Agata i Zdzisiek – Agata zajmuje się ergonomią, Zdzisiek prawem pracy, oboje mają po 8 lat stażu pracy. W związku z narastającymi trudnościami na uczelniach  (Agata) i redukcjami w firmach (Zdzisiek) postanowili założyć własną firmę, świadczącą usługi konsultingowe dla innowacyjnych, pragnących się rozwijać firm. Choć ich marzeniem jest praca dla najlepszych korporacji – mają przekonanie, że najpierw potrzebują „wykazać się” pracując dla mniejszych firm. Wykluczeni.

Maciek –12 lat temu założył firmę związaną z doskonaleniem procesów organizacyjnych; po 3 latach przyszedł sukces i uznanie.  Wszystko było by  fajnie, ale…  Półtora roku temu Maciek miał ciężki wypadek, który wyeliminował go z pracy.  Zespół się rozpadł.  Szczęśliwie zdrowie wraca i chciałyby na nowo rozkręcić działalność.  Wykluczony

A Krzysztof, który wrócił po trzech latach z Irlandii, Agnieszka, która była przez dwa lata na urlopie macierzyńskim, czy Artur, który w ostatnim roku skupił się na pisaniu książki, która miała go uwiarygodnić na rynku szkoleniowo-doradczym?  Wykluczeni!

Jak widać na powyższych przykładach, to co wygląda na sensowne wymagania, w zderzeniu z różnorodnością sytuacji ludzkich okazuje się szkodliwe.

Co więcej – wymaganie trzyletniego doświadczenia blokuje „dopływ nowej krwi” – nowych firm, szkoleniowców którzy często wchodzili by z nowymi pomysłami, rozwiązaniami. W dotychczasowym systemie sukces odnosiły te instytucje które specjalizowały się w… pisaniu projektów pod urzędnicze wymagania. A nowo (daj Bóg!) tworzący się rynek szkoleniowo-doradczy potrzebuje firm które wykażą się rozumieniem przedsiębiorców, a nie talentem w rozgryzaniu wielostronicowych instrukcji…

Rzeczy, która zwykle umykają autorom tego typu decyzji zza biurka podejmowanych, jest dynamika sytuacji związana z upływem czasu…  Trzyletni okres doświadczenia po następnych kilku latach zamieni się w pięcio- czy siedmioletnią przerwę w dostępie nowych firm do rynku.

Problem to audyt. Kto będzie go dokonywał? Praktycy – konkurenci, czy urzędnicy – niekoniecznie znający się na rzeczy? Inny problem z audytem to uznaniowość urzędnicza. Oczywiście, ustalone zostaną kryteria, ale wszelkie kryteria podlegają interpretacji… I co? Będziemy mieli do czynienia z wykazywaniem sobie nawzajem, kto jest mądrzejszy, czy poszukiwaniem skutecznych, brzęczących lub szeleszczących argumentów?

Z audytem znowu wiąże się problem czasu – jeśli nowy okres ma zacząć się w 2014, to do kiedy udałoby się dokonać przeglądu wszystkich chętnych firm? Co będzie decydowało o kolejności audytu, a zatem i o czasie wejścia na rynek?

Wreszcie – wymóg progu dochodowego (60 tys.), czy kosztów „audytu” (tysiąc, dwa?) który wygląda skromnie dla dobrze osadzonej firmy która zatrudnia kilka, czy kilkanaście osób wygląda zupełnie inaczej z perspektywy rozpoczynającej działanie, czy „odbijającej się od dna” firmy jednoosobowej.

Wreszcie – referencje. W proponowanych systemie ocenianym podmiotem jest instytucja. A tak naprawdę, to przedmiotem oceny klienta jest konkretny trener, doradca czy szkoleniowiec.

Tak więc, referencja dla spółki czy fundacji  bardzo mało nam mówi o kompetencjach osoby która będzie świadczyć usługi dla naszego przedsiębiorstwa.

Wniosek? Uwierzmy na nowo w rynek – to wolny rynek, może ew. wspierany, a nie wypierany przez programy pomocowe jest najlepszym rozwiązanie. Parafrazując Churchila – może bardzo złym, ale nie ma lepszego. Pozwólmy przedsiębiorcom dokonywać wyboru na własne ryzyko.. I pozwólmy tymże przedsiębiorcom dawać szansę nowym firmom szkoleniowym i doradczym.

dr Paweł J. Dąbrowski

Autor prowadzi własną firmę szkoleniowo-doradczą Kreatywne Strategie

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +2 (from 2 votes)

6 komentarzy

  1. bisnetus 2014-01-14
  2. P.J. Dąbrowski 2014-01-15
  3. Kazimierz Kurz 2014-01-17
  4. P.J. Dąbrowski 2014-01-17
  5. Kazimierz Kurz 2014-01-17
  6. P.J. Dąbrowski 2014-01-19