Anna Kiedrzynek: Reportaż nie zginie

Niedawno pisaliśmy o Wakacyjnej Akademii Reportażu im. Ryszarda Kapuścińskiego, która od kilku lat zbiera się latem w Siennicy, k/Krasnystawu. Z ostatniego tomu zbioru prac studentów tej jedynej w swoim rodzaju Akademii wybraliśmy i polecamy uwadze wywiad z Małgorzatą Szejnert, jaki przeprowadziła Anna Kiedrzynek.


Anna Kiedrzynek: Pochodzący z „Wyspy klucz” fragment o buttonhooku, małym przedmiocie do zapinania guzików, zapada w pamięć bardziej niż wielkie liczby, statystyki czy znaczące fakty historyczne. Co jeszcze reportaż zawdzięcza szczegółom?

Małgorzata Szejnert: Szczegół w reportażu działa jak kamera. Przenosi nas na miejsce zdarzenia, zjawisko zamienia na obraz. Podwójna funkcja buttonhooka – jako instrumentu medycznego, służącego Amerykanom do wykrywania jaglicy u imigrantów na Ellis Island, oraz jako narzędzia, za pomocą którego damy zapinały swoje suknie i buciki – pokazuje ówczesne rozwarstwienie społeczne. Pozwala także zrozumieć dramat inspekcji dokonywanych na wyspie.

Z kolei opis cudownie zdobionych buttonhooków firmy Tiffany trochę ten ponury obraz rozjaśnia. W ten właśnie sposób szczegół przesuwa reportaż w stronę literatury.

Szczegół miał też w PRL-u zdolność usypiania cenzury. Trudno jest mi dziś w to uwierzyć, kiedy czytam np. Pani reportaże ze zbioru „Ulica z latarnią”. Diagnoza systemu komunistycznego, momentami bezlitosna, nie leżała na dnie opisywanych w nich zdarzeń, ona przez nie przeświecała, wręcz biła po oczach. Cenzorzy tego nie widzieli czy nie chcieli widzieć?

Był to rodzaj układu. Władza wiedziała, że napięcie społeczne potrzebuje ujścia, więc dopuszczała do niego w sposób kontrolowany. Reportaż świetnie się do tego nadawał, bo nie mówił wprost o rzeczach drażliwych, nie bratał się z gatunkami publicystycznymi i drukowały go pisma o skromnym nakładzie, przeznaczone dla inteligencji: „Literatura” czy „Kultura”. Bywało i tak, że władze lokalne pozwalały na publikację takich tekstów, bo schlebiało im, że nie wspierają wyłącznie propagandy. Dlatego w Białymstoku mogły powstać „Kontrasty”. Zresztą, to, czego większość reporterów unikała wtedy z powodu swoich przekonań politycznych – mam tu na myśli łączenie reportażu z publicystyką – przetrwało do dziś.

Podobnie jak poetyka małego realizmu. Szczegół wiąże tradycję polskiej szkoły reportażu z tekstami, jakie ukazały się po 1989 roku. Jednak w wywiadzie udzielonym Agnieszce Wójcińskiej wspomina Pani, że na początku istnienia w „Gazecie Wyborczej” działu reportażu „zafiksowanie się na drobiazgi” bardzo wam przeszkadzało. To, co wcześniej dawało wolność, stało się w nowych czasach pewnym ograniczeniem. Jak wyglądał proces jego pokonywania i dochodzenia do nowej formuły pisania?

Ale czy rzeczywiście stworzyliśmy nową formułę? Mam wrażenie, że od czasów komunistycznych niewiele się w reportażu zmieniło. Oczywiście, możliwości wyjazdów zagranicznych i zadawania władzom kłopotliwych pytań są nieporównywalnie większe. Ba, wtedy prawie w ogóle ich nie było. Ale cała reszta? Polski reportaż nadal nie formułuje jednoznacznych wniosków, unika ocen, jest zamknięty w formie literackiej i nieco „arystokratyczny”. Takie były teksty drukowane w „Literaturze” i podobne można dziś czytać w „Gazecie Wyborczej”. Te ostatnie mają na pewno większą energię, są bardziej zwarte i dynamiczniejsze, bo autorzy muszą liczyć się z wytrzymałością czytelnika. Zamiast problemów z cenzurą mamy dziś kłopot z wszechobecnością obrazków, stąd zmiany w sposobie pisania. Nie są one jednak na tyle znaczące, żeby tę ciągłość unieważnić.

Na początku lat 90. walczyła Pani o to, żeby „Gazeta” nie rezygnowała z reportażu. Czy ta determinacja była spowodowana przekonaniem, że jeśli zniknie on z łamów „Wyborczej”, to wtedy w ogóle może przestać istnieć?

Dla mnie obecność reportażu w prasie była czymś oczywistym. Ale równie oczywiste było, że trzeba o niego walczyć. Z punktu widzenia kierownictwa redakcji jest to gatunek kompletnie nieopłacalny – wymaga czasu, ogromnego nakładu pracy, kosztownych delegacji, zajmuje w gazecie dużo bezcennego miejsca. Ale ja zawsze miałam silne przekonanie, że reportaż jest prasie potrzebny, a ludzi, którzy się nim zajmują, należy chronić. Być może, podświadomie, obawiałam się tego, o czym pani mówi. Reportaż w „Gazecie” jednak ocalał i nikt chyba tego nie żałuje.

A jak wyglądały początki? Od razu pojawił się pomysł, by „Wyborcza” drukowała reportaże?

Nie, na początku zajmowaliśmy się tylko informacją. Drukowaliśmy to, co mogło sprzyjać wyborom 4 czerwca. Od czasu do czasu zamieszczaliśmy minireportaż o jakimś kandydacie lub kandydatce. Pamiętam, że jeden z takich tekstów zatytułowałam: „Ta pierś jest moja”. Chodziło o to, że jedna z kandydatek nosiła przypięty znaczek Solidarności i ktoś zarzucił jej demonstracyjne obnoszenie się ze swoją przynależnością polityczną.

Odpowiedziała na to: „Ten znaczek jest mój i ta pierś jest moja!”. Niektórzy uznali tytuł za lekkomyślny – „Gazeta” stoi przed poważnym zadaniem, jest współodpowiedzialna za wygranie przez Solidarność wyborów, a ja tytułuję tekst tak lekko, trochę nieprzyzwoicie. Argumentowałam, że nie mają racji, bo to jest przecież REPORTAŻ… Jednak czas na prawdziwy reportaż przyszedł później, gdy „Gazeta” zaczęła się rozrastać. Opuściłam na jakiś czas redakcję, bo kończyłam książkę „Śród żywych duchów”. Wtedy przyszła do niej Hanna Krall. Zorganizowała dział i skupiła w nim i wokół niego kilka bardzo utalentowanych osób: Mariusza Szczygła, Wojtka Tochmana, Pawła Smoleńskiego, Lidkę Ostałowską, Włodka Kalickiego, Irenę Morawską… Gdy wróciłam, był już świetnie obsadzony.

Szukaliście tematów wspólnie czy każdy robił to na własną rękę?

Tematów szukaliśmy wszędzie i przez cały czas. W rozmowach, w prasie codziennej, w listach przychodzących do redakcji. „Gazeta” od początku była otoczona ludźmi, czytelnicy przychodzili do niej z problemami, które nabrzmiewały przez lata. Solidarność także dostarczała wielu pomysłów. Mieliśmy zebrania i na nich obgadywaliśmy to, co każdemu udało się znaleźć. Rozmawialiśmy bez końca o tym, czym warto się zająć, kto ewentualnie powinien napisać dany tekst i dlaczego. Jeśli na przykład pojawiał się temat o bandach ulicznych, dostawał go Jacek Hugo-Bader, bo to on miał szczególną zdolność rozmawiania z tymi, którym się nie udało: buntownikami, kryminalistami, ludźmi marginesu… Irena Morawska doskonale czuła się na prowincji. Z kolei Włodek Kalicki umiał wykorzystać reportaż do wielkich tematów historycznych i kulturalnych.

A na czym konkretnie polegała Pani rola? Na szukaniu tematów i redagowaniu?

Tak jak już powiedziałam, cały czas rozmawialiśmy. Moja rola polegała głównie na tym, żeby wszystko przegadać: wybór tematu, technikę pracy i to, o czym ma być tekst. Nie chodziło o stawianie tezy, tylko o zastanowienie się nad tym, czy historia jest ciekawa i warta opisania. Czasami po jednej z takich długich rozmów dochodziliśmy do wniosku, że tematu nie ma i należy szukać dalej. Kolejny etap pracy rozgrywał się już po przywiezieniu przez dziennikarza materiału. I znów: czy coś z tego będzie? A może tematem jest coś zupełnie innego, co zaskoczyło reportera tam, na miejscu? Pisanie także poprzedzały rozmowy – o tym jak zacząć, jakim językiem się posłużyć, jak skończyć, co pominąć. Nawet podczas redagowania gotowego tekstu zdarzały się radykalne przekształcenia.

Pamięta Pani reportaż, który takich przekształceń wymagał?

Razem z Ireną Morawską pracowałyśmy nad tekstem o młodej Polce, Emilii, przetrzymywanej w niewoli przez włoską pracodawczynię. Irena, po tym jak dostała sygnał, że taka sytuacja ma miejsce, pojechała do Włoch (zna język) i dotarła do tej dziewczyny. Uwolniła ją przy pomocy karabinierów, a potem sprowadziła do Polski. Robota reporterska była wspaniała, ale temat strasznie pachniał melodramatem. Dlatego podczas redagowania zdecydowałyśmy się na jego świadome podkręcenie. Nadałyśmy tekstowi formę ballady. Już sam tytuł: „Jak Emilię z Kalabrii od złej pani wykradłam” obrazuje naszą metodę. Zmrużenie oka zadziałało. Ale musiałyśmy też uważać, by dramat bohaterki nie wyparował z tej ballady i by pozostało w niej silne ostrzeżenie.

W recenzji „Buszu po polsku” opublikowanej w „Literaturze” w 1976 roku napisała Pani, że „reportaż jest znakiem czasu. Czas mija i reportaż mija. Fakt się wykrusza (…). Wykrusza się także komentarz. Najdłużej zostanie to, co najgłębiej sięga człowieka.”. Co Pani zdaniem zostanie z nowego pokolenia polskiego reportażu za 30, 40 lat? Jakich ogólnych prawd udało się dotknąć dziennikarzom „Gazety Wyborczej”?

Jeśli czytelnik sięgnie po te teksty za 30 lat, zobaczy w nich mocny i prawdziwy zapis transformacji ustrojowej. Reportaże z tego okresu nie tylko dokumentują jego radości czy dramaty, ale przede wszystkim uzmysławiają, że nic nie stało się nagle. Przeciwnie: zmiana dokonywała się długo i była dla wielu bolesna. Ten obraz trudno zrekonstruować z pojedynczych newsów, a w reportażu doskonale go widać.

Chciałabym wrócić jeszcze na chwilę do tajników pracy reporterskiej. We wstępie do zbioru „Ulica z latarnią” pisze Pani, że „coraz rzadziej zabieram się z zapałem do reporterskiego tematu. (…) Wyobraźnia głuchnie i coraz trudniej o emocje.” Czym był wtedy spowodowany ten kryzys? I czy moment znudzenia, zwątpienia, jest w tym zawodzie nieunikniony?

Wtedy moje zmęczenie wynikało z tego, że pracowaliśmy w warunkach strasznego ograniczenia. Owszem, nam, reporterom, pozwalano na więcej. Musieliśmy jednak szukać odpowiednich historii. Odpowiednich, czyli takich, o których dało się napisać rzetelnie, ale bez prowokowania cenzury. Haftowaliśmy obraz codzienności z najdrobniejszych zdarzeń, wiedząc, że prawie wszystkie wielkie tematy – jak na przykład wybuch w Rotundzie w 1979 roku – są zakazane albo przydzielane zaufanym dziennikarzom w ramach swoistej reglamentacji. Koncentrowanie się na drobiazgach miało swoje dobre strony, dzięki temu ukształtowała się poetyka małego realizmu, o której już rozmawiałyśmy. Ile jednak można? Oczy i palce bolały już od tego haftowania. Chciałam napisać coś naprawdę. Myślę, że stąd wzięło się wtedy we mnie to zmęczenie. A czy dopada ono reporterów tak w ogóle, bez względu na polityczne okoliczności? Oczywiście, że tak. Po pewnym czasie są nie tylko bardzo zmęczeni, ale też obojętnieją i tracą czujność. Sugerowałabym każdemu reporterowi rok przerwy po 10 (najwyżej!) latach pracy. Po to, żeby odbudował w sobie zdolność zauważania tematów. Ale czy to możliwe? Reporterzy prasowi musieliby mieć na to pieniądze, a zarabiają marnie. Nie są celebrytami. Kto chce być celebrytą, musi pożegnać się z reportażem.

Po publikacji książki Domosławskiego o Kapuścińskim towarzyszący reportażowi przymiotnik „literacki” zaczął budzić podejrzliwość. Pojawiły się głosy mówiące, że jest on sygnałem przyzwolenia na obecność fikcji. Czym jest według Pani literackość reportażu?

Reporter wykorzystuje środki, które dziennikarzowi informacyjnemu kompletnie nie są potrzebne. Opisuje miejsca i charakteryzuje postaci tak, jak zrobiłby to autor opowiadania czy noweli. Z jedną tylko różnicą: nie ma prawa zmyślać, a pisząc o bohaterze, musi zawsze pamiętać, że ponosi odpowiedzialność za każdą umieszczoną w tekście ocenę. Dlatego uczciwi reporterzy, zamiast oceniać, konfrontują informacje i sądy, gromadzą dokumenty, sprawdzają je i weryfikują. Literackość służy wyeksponowaniu efektów tej pracy.

Jednak na blogu Mariusza Szczygła można znaleźć fragment, w którym przywołuje ukute przez Panią określenie „kłamstwo formy”…

Jakie kłamstwo formy, ja nic takiego nie powiedziałam… To chyba Mariusz sam wymyślił. Ale trzymając się już tego określenia, mogłabym wskazać książkę, która do niego pasuje: byłby to „Cesarz” Kapuścińskiego. Daj Boże, aby każdy umiał tak „kłamać”.

Czyli wiadomo już, dlaczego polski reportaż jest literacki. A w jaki sposób przejawia się w nim wspomniana przez Panią „arystokratyczność”?

Na przykład w tym, że dziennikarze w Polsce za mało zajmują się reportażem śledczym, który wymaga docierania do ukrytych informacji, opisuje sprzężenie polityki z biznesem i jest związany z ryzykiem. Marzy mi się taki reportaż, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że rozwój dziennikarstwa śledczego zależy od wieloletnich doświadczeń i ogromnych nakładów finansowych. Czytam teraz „W cieniu świętej księgi” Arto Halonena i Kevina Fraziera. Dwaj dziennikarze dotarli do informacji na temat współpracy kilku najważniejszych światowych korporacji z nieżyjącym już turkmeńskim dyktatorem, Nijazowem. Firmy, które szczycą się własnymi kodeksami moralnymi, obiecywały przetłumaczenie i wydanie na Zachodzie napisanej przez niego bełkotliwej „świętej księgi turkmeńskiej”, Ruhnamy. W zamian za ten gest Nijazow zawierał z nimi kontrakty. Halonen i Frazier wykorzystali malowniczy szczegół, jakim jest Ruhnama, po to, aby w fascynujący sposób pokazać proces zdobywania informacji o cynicznych interesach Zachodu z jednym z najokrutniejszych reżimów świata. Pobyty Arto w Turkmenistanie wiązały się z dużym ryzykiem, pracował tam w ścisłej konspiracji. Efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania. „W cieniu świętej księgi” powinno być lekturą obowiązkową dla każdego dziennikarza.

Mariusz Szczygieł w swojej antologii „20” wspomina, jak tłumaczyła Pani reporterom na początku lat 90., że ich zadaniem jest rozpraszać lęki, bo czasy są takie, że wielu ludzi się boi. Czy ta funkcja reportażu jest Pani zdaniem nadal aktualna?

Dziś bym tego nie powiedziała. Wtedy miałam poczucie, że transformacja jest doświadczeniem tak bolesnym dla wielu ludzi, że trzeba ją jakoś oswoić, wytłumaczyć. Ale to już jest za nami. Teraz reporterzy powinni raczej alarmować.

W jakich sprawach?

Nie trzeba daleko szukać. Czekam na teksty, które rozprawią się z „państwowym” sieroctwem w Polsce. Dlaczego ciągle mamy wielkie domy dziecka? Nie wiem nic o tym, by powstała książka o korupcji całego prawie środowiska sędziów piłkarskich, która poruszyłaby nie tylko kibiców, ale także szerokie grono czytelników. Czekam na książkę, która pokaże, jaki jest stan Kościoła katolickiego w Polsce. Czekam wreszcie na reportera, który spróbuje opisać, jak traktowani są pracownicy w korporacjach i czy zadomowione już w Polsce ogromne koncerny nie mają na sumieniu podobnych grzechów, jakie wyśledzili Arto i Kevin (dowiedzieli się m.in., że istnieje polski przekład Ruhnamy, i że stoi za tym prawdopodobnie polski monopolista gazowy PGNiG). Uważam, że potrzebny jest mocny reportaż społeczny, dziś rzadko i niechętnie uprawiany, bo istnieje przekonanie, że czytać ma się łatwo. Reportaż starego typu, ale nadający się do opisania nowych problemów.

A jeśli – choć może należałoby zapytać: gdy – rolę prasy przejmie Internet?

Reportaż nie zginie. Internet jest dla niego doskonałym miejscem. Już teraz powstają rewelacyjne blogi reporterskie, pisane nie tylko przez zawodowców publikujących w prasie, ale i przez amatorów. Rewelacyjne kawałki. Jeśli znajdą się sposoby na to, żeby odpowiednio je wyeksponować, wtedy o przyszłość reportażu będę całkiem spokojna. Niedawno ukazała się w Polsce książka Yoani Sánchez „Cuba libre. Notatki z Hawany”. To blog odważnej opozycjonistki, ukazujący życie w reżimie Castro, i jednocześnie fascynujący reportaż, który przeczytałam jednym tchem. Z żadnego innego źródła nie dowiedziałam się dotąd tyle o dzisiejszej Kubie.

Anna Kiedrzynek

Enhanced by Zemanta
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 7.5/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Anna Kiedrzynek: Reportaż nie zginie, 7.5 out of 10 based on 2 ratings