Jerzy Łukaszewski: Meandry biblistyki

Print Friendly, PDF & Email

sumer2014-05-31. Było to wiele lat temu, ale pamiętam dlaczego przestałem udzielać się na portalu Racjonalista.pl . Nawiązał ze mną korespondencję jeden z aktywnych uczestników dyskusji (pamiętam, że był z Kanady) i za żadne skarby nie dał się przekonać, że Biblia jest źródłem historycznym.  Po kilku nerwowych mailach zrozumiałem, że nie ma on pojęcia co to jest źródło historyczne, a o samej Biblii też pojęcie ma dość mgliste. Argumentował przy tym dość prymitywnie wychodząc z założenia, że jeśli wykaże, iż oślica Balaama nie mogła przemówić, wykaże tym samym bezsens wiary w Boga, za którego stronnika nie wiem z jakich powodów mnie uważał.

Człowiek zgłębiający tajemnice Biblii od strony historycznej jest w komfortowej sytuacji. Nie trapi go żadna niepewność co do odbioru efektów jego starań. Wie, że zawsze oberwie z obu stron. To pozwala mu na luksus spokojnej pracy, nie wymagającej zwracania uwagi na cokolwiek innego, niż przedmiot jego badań.

Wie także, że rezultaty jego starań mało kogo obejdą na tyle, by stosować je w dyskusji, a co najwyżej któryś wyrwany z kontekstu może posłużyć jako pozornie racjonalny argument w jakiejś awanturze.

Dobrym zwyczajem, znanym od starożytnych wodzów aż po Clausewitza jest to, że prowadząc wojnę trzeba dobrze „rozpracować przeciwnika”. Wywiad znany jest od zawsze i wydaje się być absolutnie niezbędny w prowadzeniu skutecznych działań. A wywiad to wiedza. Bez niej  wojna z góry jest przegrana, istnieje niemal pewność wpadnięcia w wilcze doły na polu bitwy, a  cały wysiłek skazany na niepowodzenie. Druga zasadą, znaną przede wszystkim z wypowiedzi Napoleona, choć nie jest ona jego autorstwa, jest docenianie przeciwnika. Uznając z góry wroga za nierozumnego niedojdę ryzykujemy, że sami wyjdziemy na takiego zostając zaskoczeni jakimś jego manewrem.

Niby te dwie zasady są stare i powszechnie znane. Tym bardziej dziwi fakt, że wciąż tak rzadko bywają stosowane w praktyce.

Biblia miała w historii różnych przeciwników. Byli wśród nich ludzie mądrzy i ludzie głupi. Rezultaty ich walk są znane i doprawdy trudno zrozumieć, że mając wybór tak wielu idzie śladem tych drugich.

Pośród wyznawców Biblii są ludzie mądrzy i ludzie głupi. Tu jednak daje się zrozumieć, dlaczego tak wielu przeciwników bierze sobie tych drugich za przykład reprezentatywny dla całości. Tak jest łatwiej. Nie trzeba wysilać kory mózgowej, by udowodnić swą przewagę nad ludźmi głupimi. Inna rzecz, że nie wiem po co to w ogóle udowadniać. Taka przewaga, jeśli istnieje, powinna być widoczna gołym okiem i nie wymagać specjalnego podkreślania. A już z pewnością nie powinno się – co jest tradycyjną przypadłością różnych miernot – próbować sił na inwektywy w tego rodzaju sporze. Wielkość inwektyw na ogół jest odwrotnie proporcjonalna do wielkości człowieka  (copyrajt itd.).

Biblia jest księgą, która tak bardzo wpłynęła na kształt i zbiór pojęć naszego kręgu kulturowego, że ci co chcą się wewnątrz niego porozumieć powinni ją znać.

Nie wyznawać zawarte w niej idee – znać.

Wiele razy pokazywałem młodzieży w muzeum, że oglądanie starych obrazów bez znajomości ksiąg biblijnych niewiele przynosi. Jeszcze mniej zrozumieć można z bizantyńskich ikon, choć to one leżały u źródeł kilku kierunków zachodniego malarstwa nieprzedstawiającego. Trudno do końca zorientować się w przesłaniach jakie niesie dawna (ale i współczesna) literatura, gdzie przecież pełno jest odniesień do przypowieści biblijnych, symboliki  itp.

Skreślając Biblię z listy naszych lektur odrzucamy poważną część naszej kultury, której nie da się niczym ad hoc zastąpić. Nawet nie widać jakiegoś specjalnego powodu, by to robić.

W tej sytuacji prowadzenie w szkołach lekcji religii ukierunkowanej na wbijanie uczniom 2 czy 3 klasy do głów abstrakcyjnych pojęć, na co nie są jeszcze intelektualnie przygotowani, na kuciu na pamięć religijnych formułek, lub (co, jak się okazuje jest dość powszechne), na ocenianiu wedle częstotliwości bywania na mszy w kościele, jest zbrodnią na kulturalnym wykształceniu młodego pokolenia i powinno być wręcz karalne.

Obecność lekcji religii w szkole jest dyskusyjna. Jednak jestem całkowicie pewien, że lekcje w obecnym kształcie powinny być wyrugowane ze szkół czym prędzej, bo przynoszą więcej szkody, niż pożytku. I to wszystkim, niezależnie od stosunku do religii.

W mojej dzielnicy, na pięknych nadmorskich plantach, postawiono pomnik księdzu. Byłemu proboszczowi parafii. Co ciekawe – wszyscy byli za, choć jak wszędzie są  u nas ludzie różnych wyznań i niewierzący. Jak jeden mąż uznali, że księdzu Z. to się należy.

Pomijając wszystkie inne zalety, dzięki którym zapisał się przez 46 lat swojej posługi we wdzięcznej pamięci parafian i nie tylko, wspominam czasem prowadzone przez niego lekcje religii.

Ten człowiek nie miał wykształcenia pedagogicznego, bez którego dziś nie może funkcjonować żaden nauczyciel w szkole powszechnej. Miał jednak rozum i wiedział, że inaczej rozmawia się z 8-latkiem, a inaczej z maturzystą.  I wg tego klucza prowadził lekcje w salce katechetycznej. Kiedy byliśmy mali, nie kazał nam pojmować zawiłości trójcy świętej, bo wiedział, że to próżny wysiłek, ale za to Genesis i Księgę Wyjścia  znaliśmy niemal na pamięć i traktowaliśmy jak jedną z lepszych lektur przygodowych. Jak to chłopaki z podwórka na co dzień uganiający się za Indianami po okolicznych wzgórzach.  Bardziej złożone kwestie przyszły z czasem. Rezultat był taki, że w klasie maturalnej na mszy bywała mniej więcej jedna trzecia z nas, ale na lekcji religii – wszyscy. Ksiądz Z. nie obruszał się i nie odsądzał od czci i wiary typowych dla młodzieńczych głów prowokacji i tzw. „głupich pytań” odziedziczonych po poprzednich pokoleniach w stylu „czy jeśli pan Bóg jest wszechmogący, to może stworzyć kamień, którego nie będzie mógł podnieść?” itp. Do takich „zagadnień” podchodził z właściwym sobie poczuciem humoru i odpłacał się celnymi ripostami cenionymi przez młodych buntowników.

Mruczał jednak gniewnie, gdy ktoś wykazywał ignorancję faktograficzną. „Nieważne, czy w przyszłości będziesz chodził do kościoła, Biblię masz znać!” – to słowa śp. księdza proboszcza. Po latach stale i wciąż przyznaję mu rację.

Przyznaję mu rację także dlatego, że historia biblistyki, jako nauki historycznej obfituje w pasjonujące często zmagania badaczy startujących z różnych punktów wyjścia i z różnymi intencjami. Rezultaty ich pracy do dziś zaskakują fantazją, sposobem myślenia i nieprawdopodobną wręcz wyobraźnią, co w połączeniu z rzetelną wiedzą stanowi wyjątkową,  intelektualną przygodę.

Ksiądz Z. pierwszy nauczył nas, że Biblia jest literaturą. To ciekawe, bo wielu dorosłych ludzi wydaje się nie zdawać sobie z tego faktu sprawy.

Czytając ją musimy pamiętać kilka rzeczy podstawowych. Kto, gdzie, kiedy i dla kogo ją pisał. Kto, gdzie, kiedy i dlaczego nadał jej kształt, jaki znamy dziś. Dlaczego sąsiadujące ze sobą jej fragmenty są ze sobą ewidentnie sprzeczne i dlaczego nikt tych sprzeczności nie usunął? Przecież wielu musiało je dostrzegać, a tylko niektórym dzisiejszym „mędrcom” wydaje się, że oni pierwsi je zauważyli i oznajmiają to światu głosem, od którego mury Jerycha mogłyby rozpaść się po raz drugi.

Czytając Biblię trzeba wątpić. Zawsze wątpić i szukać odpowiedzi nie tylko w niej samej, ale w literaturze jej współczesnej, w historii ziem, gdzie najwcześniej funkcjonowała, szukać najwcześniejszych jej przeciwników, bo zazwyczaj są oni najbardziej pomocni w rozwikływaniu jej zagadek.

Nigdy nie poznamy z imienia autorów jej najwcześniejszych ksiąg. Na podstawie analizy tekstu możemy jedynie dowiedzieć się, skąd pochodzili, z jakiego kręgu kulturowego, jakich pojęć używali dla opisania znanego sobie świata, zaś sposób zapisu jest dla nas informacją o odbiorcach ich wysiłków.

Niektóre rzeczy mogą nas zaskoczyć. To, że księga Genesis zawiera dwa opisy stworzenia świata nie zawsze uświadamiają sobie wyznawcy głoszonych przez nią prawd. Biblia miała kilka redakcji zanim trafiła w nasze ręce, a jednak nikt nie usunął tych odmienności. Dlaczego? Musiała być jakaś przyczyna.

Jak to się stało, że przez kilka tysięcy lat nikt nie usunął z tekstu tego, iż na dobrą sprawę przedstawia ona dwie różne religie? Ściślej – dwa odrębne typy monoteizmu. Nie trzeba przecież jakiejś wyjątkowej spostrzegawczości, by zauważyć, że Bóg Abrahama nie jest Bogiem Mojżesza, mimo że w późniejszych księgach widać usiłowania do stworzenia wrażenia, iż jest. Abraham wyznawał monoteizm plemienny, wcale nie taki oryginalny na terenie Mezopotamii, nieprawdą jest więc twierdzenie wielu religioznawców i teologów, że na tym polegała „wyższość” wyznawców JHWH. Dwa tysiące lat p.n.e. (jeśli przyjąć tradycyjne datowanie) większość plemion dawnego Sumeru właśnie tak pojmowała monoteizm. Czciła jednego boga, którego uważała za największego … spośród istniejących. Środkowa Mezopotamia znała jeszcze inną odmianę – monoteizm indywidualny. Każdy człowiek miał swoje wybrane bóstwo, nieznane innym nawet z imienia, którego nie wolno było wymawiać  (skąd to znamy?), co nie przeszkadzało mu w uczestnictwie w obrzędach religijnych na cześć „bogów państwowych”.

Abraham żył w czasach gdy konflikt idei, stylów życia, a co za tym idzie także moralności i etyki miedzy ludami koczowniczymi, a osiadłymi był wciąż żywy. Niewykluczone zresztą, że on właśnie był przyczyną jego wyjścia z Ur.

Mojżesz budując naród izraelski dał mu jako spoiwo religię zupełnie innego typu – tzw. monoteizm etyczny, nie uznający istnienia innych bogów prócz jednego.

Bez tej podstawowej wiedzy możemy dziwić się treściom zawartym w Biblii. Dlaczego Mojżesz narzucał wiarę w jedynego Jahwe wyznawcom … jedynego Jahwe? Wyrosły w kręgu cywilizacji egipskiej Mojżesz  (imię nie wyklucza, że sam był Egipcjaninem) stworzył religię dla swego ludu praktycznie od podstaw. Dlaczego? Skoro ludem, który wyprowadził z ziemi egipskiej byli Izraelici wyznający wiarę w Jahwe, było to przedsięwzięcie co najmniej zdumiewające. Wśród biblistów nie brak głosów, że jego idee były kontynuacją prac Echnatona, a korelacja niezbyt dokładnych dat historycznych ukazuje możliwość, że ludzie, którzy za nim poszli byli uciekinierami przed prześladowaniami ze strony kapłanów po śmierci najoryginalniejszego z faraonów. Niekoniecznie jednolici etnicznie.

Na dzień dzisiejszy to tylko spekulacje, ale odkrycia archeologiczne mogą nas jeszcze nie raz zaskoczyć. Już nas zaskakują choćby odkryciem nagrobka z czasów Salomona, na którym widnieje … Jahwe (co samo w sobie jest niezwykłe wobec zakazów biblijnych) i to na dodatek w towarzystwie … żony! Małżonką jest bogini Astarte będąca kolejną projekcją sumeryjskiej Inanny, akkadyjskiej Isztar, która z czasem zmieniła się m.in. w Atenę, Artemidę i in.

To znalezisko jest ważne, bo pokazuje, iż Stary Testament powstawał w wielkim sporze między starymi osadnikami z Kanaanu, a przybyszami z Egiptu.

Efektem tego sporu jest brzmienie pierwszego przykazania. „Nie będziesz miał innych bogów przede mną”, co wskazuje na możliwość istnienia innych. Tak to ostatecznie zostało zredagowane. Typowy kompromis.

Podobna sytuacja powtórzyła się z ostateczną redakcją Starego Testamentu, której dokonano po powrocie z tzw. II niewoli babilońskiej. Znów mieliśmy do czynienia z konfrontacją pomiędzy wracającymi z Babilonu (a wiedzieć trzeba, że wróciła stamtąd mniej więcej jedna trzecia Izraelitów – reszta z powodzeniem zaadaptowała się do życia w nowym środowisku, a nawet osiągnęła tam poważną pozycję społeczną i gospodarczą), a wracającymi z … Egiptu, dokąd uciekli w czasie najazdu Babilończyków. Podczas pobytu nad Eufratem nie próżnowali, ich religia ewoluowała, w zetknięciu z innymi ideami wzbogacała się o nowe znaczenia i elementy. Podobnie było z „Egipcjanami” a także z tymi, którzy pozostali na miejscu. To ci, którzy nie znaleźli dla siebie miejsca w babilońskiej społeczności są autorami wersetów o „grzesznym Babilonie”, gdzie „siedzieli nad rzeką i płacząc wspominali Syjon”. Ci, którzy tam pozostali z pewnością nie podzieliliby ich zdania, że jest to kraina zła wcielonego. Dziwnie musiało brzmieć w ustach „Egipcjan” „…Jam jest Pan twój, który cię wywiódł z Egiptu, z domu niewoli”. W godzinie klęski uciekali właśnie do Egiptu i to niejeden raz.  Do „domu niewoli”?

Takich zdumień czeka nas w trakcie lektury cała masa.

Najciekawszym wydaje się niewytłumaczalna w świetle współczesnej nauki zbieżność kolejności etapów powstawania świata z tym, co o tym procesie wiemy dzisiaj. Żadna inna księga starożytna nie zbliża się nawet stopniem zbieżności do tego co wiemy dzięki nauce. Jak to możliwe?

Nikt natomiast nie ma wątpliwości, dlaczego Jahwe wybrał Abla (pasterza), nie zaś jego brata Kaina (rolnika). Opowieść dodająca sankcji boskiej stylowi życia ludów koczowniczych jest wyjątkowo czytelna. Kara, jaka stała się udziałem Kaina również.

Biblia jest literaturą. Bez trudu można dostrzec mnogość gatunków od liryki, poprzez „księgi historyczne”, aż po erotykę. Jak to możliwe, że redaktor obok ksiąg prorockich pozostawił w niej „Pieśń nad pieśniami”? Po co?

Może po to, by dać świadectwo etapów ludzkiego rozwoju, ludzkich możliwości, krętych dróg ludzkiej myśli, która stworzyła nas takimi jacy jesteśmy?

Powoływanie się na stwórcę w tekstach biblijnych nie jest niczym oryginalnym i mam wrażenie, że w czasach jej pisania i redagowania traktowane było o wiele mniej dosłownie, niż dziś kiedy posiadana przez nas, fragmentaryczna jedynie wiedza o świecie owocuje nieuprawnionymi uproszczeniami, które mają uczynić lekturę „bardziej zrozumiałą”. Sankcję religijną otrzymywało w tamtych czasach wszystko, od obyczajowości po prawo karne po to, by zaznaczyć ponadczasowość norm i ochronić je w czasie częstych przecież burz politycznych. Pojęcie Boga pozwalało na wyłączenie niektórych obszarów ludzkiego życia z bieżących rozgrywek i zmagań, co dla społeczności miało znaczenie jak najbardziej pozytywne, bo stabilizujące. Podobnie i dziś, kiedy (także w imię nauki) wszystko może się zmieniać, wszystko może zostać zakwestionowane, niezmienność pewnych norm daje poczucie stabilności niezwykle potrzebne dla codziennego funkcjonowania człowieka niezainteresowanego badaniem rzeczywistości, a jedynie jej przeżywaniem, a takich przecież jest większość.  Stąd popularność religii i dziś, mimo wszystkich zdobyczy, jakimi obdarzyła nas nauka, która z definicji będąc nigdy nie skończoną nie daje trwałego obrazu świata, z góry zapowiadając możliwość jego zmiany. Potrzeba zaś istnienia stałego punktu odniesienia jest jedną z najstarszych, jakie zna ludzkość i nie bardzo widzę, czym można by ją zastąpić w wymiarze masowym.

Styl Biblii jako literatury musiał zostać dostosowany do odbiorcy. Stąd taka mnogość alegorycznych opowieści, także w Nowym Testamencie, przy których poszukiwanie ich „zgodności z prawdą historyczną” jest zajęciem tyleż jałowym, co niepoważnym. Jeśli porównamy Biblię z inną literaturą tego samego okresu, bez trudu zauważymy zbieżności zarówno w stylu, jak i środkach wyrazu.

Współczesne próby jej odczytywania wprost, zarówno przez przeciwników, jak i zwolenników świadczą jedynie o niewielkiej wiedzy o księdze trzymanej w ręce. Nawet encyklopedyści z Voltaire’m, którzy zapoczątkowali nowoczesną krytykę biblijną, szybko z tego zrezygnowali, o ile bowiem w początkach ich wystąpień znajomość Wschodu i jego kultury była niewielka, to właśnie w tamtych czasach zaczęła dokonywać szybkich postępów.

A „odczytywano” ją w najrozmaitszy sposób. Jeden z najoryginalniejszych jest autorstwa Polaka, Andrzeja Niemojewskiego, którego niewielka książeczka „Biblia a gwiazdy” znalazła zwolenników na całym świecie. Nie był on wprawdzie twórcą astralistyki,  ale na pewno jej najwybitniejszym przedstawicielem w Polsce.

Ujmując rzecz w największym skrócie, twierdził Niemojewski, iż opisy biblijne nie zawierają relacji z wydarzeń rzeczywistych, a są jedynie podaną w sposób zrozumiały dla przeciętnego odbiorcy symboliką dziejów ciał astralnych.

Jeden z przykładów.

„Człowiek, który traci siłę, gdy mu się obetnie siedem pukli jego włosów” (Ks. Sędziów, XVI, 19)

Wszyscy znamy (skąd?) opowieść o Samsonie i Dalili.

Niemojewski wyjaśnia ją tak oto:

„Gdy Słońce na okres zimowy, trwający siedem miesięcy według kalendarza księżycowego, schodzi pod równik niebieski, słabnie siła jego promieni. To zejście pod równik znajduje się w punkcie jesiennym, na rozgraniczeniu konstelacji Panny i Wagi. Ale zamiast Wagi umieszczano tu dawniej Szczypce Skorpiona, które obejmują kolana Panny. Otóż na kolanach Panny śród Szczypców Skorpiona Słońce zostaje niejako ostrzyżone z promieni letnich…”

Prawda, że oryginalnie? A mała książeczka zawiera aż 100 takich przykładów.

Dla porządku przypomnę, że podobnie traktowano Napoleona. Nie istniał naprawdę, a jedynie był …itd.

Po II wojnie uznano przydatność Niemojewskiego do krzewienia świeckiego światopoglądu, czemu on sam bardzo by się pewnie zdziwił, ale tak to już bywa, że dzieła ludzkie maja własną historię często niezależną od ich twórców. Różnica polegała m.in. na tym, że Niemojewski  dysponował nieprawdopodobnie wielką wiedzą tematyczną, w odróżnieniu od tych, którzy dysponowali jego książką.

Nie skorzystał natomiast z jego prac znany krzewiciel świeckiej myśli po II wojnie, Zenon Kosidowski. Wolał przepisać pół książki Kautsky’ego i wydać jako swoją. Inna rzecz, że na ogół to od niego zaczynaliśmy lektury książek z zakresu biblistyki, za co należy mu się rodzaj wdzięcznej pamięci.

Kościół z kolei, tworząc własną, jakże często dyskusyjną z punktu widzenia rzetelnej wiedzy egzegezą Biblii, zwalczał wszystko, co nie było z nią w zgodzie, choćby sama jego historia wskazywała na zachodzące wewnątrz niego próby innych interpretacji. Już w IV w. n.e. biskup Zenon z Werony robił wykłady religii chrześcijańskiej posługując się znakami Zodiaku. Niemojewski o tym wspominał, Kościół nigdy.

I rzecz ostatnia, co nie znaczy najmniej ważna. Przeciwnie – mało jest rzeczy tak istotnych, jak jakość przekładu Biblii.

Dla mniej interesujących się tematem może być to niespodzianką, ale w tym przypadku tak się porobiło, iż przekład nowszy nie oznacza przekładu lepszego, a często wręcz przeciwnie.

Najwybitniejsi bibliści przywracają dziś znaczenie przekładu św. Hieronima, niegdyś uważanego za „przestarzały”. Podobnie traktowano kiedyś polski przekład Wujka. Tymczasem metoda Wujka bliższa jest rzetelności w dzisiejszym jej pojmowaniu, niż przekład Lutra i późniejsze protestanckie. Wujek potrafił napisać „…nie rozumiem, ale tak jest w oryginale, więc tłumaczę dosłownie”, albo „… idę za Hieronimem bo on to chyba lepiej rozumiał od nas”, czemu dziś mało kto zaprzeczy wiedząc, iż święty tłumacz bliższy był czasowo, a więc także pojęciowo autorom Nowego Testamentu, niż inni. Protestanci hołdowali tymczasem zasadzie opartej na racjonalizmie filozoficznym pisząc „… nie rozumiem, a więc w oryginale musi być źle, muszę to poprawić w przekładzie”.

Najczęściej w Polsce używana Biblia Tysiąclecia zawiera tyle błędów translacyjnych, że nikt zajmujący się Biblią od strony naukowej jej nie używa, natomiast Kościół ze względów czysto komercyjnych wmawia wiernym, że jest to dzieło wybitne, nieomal „jedyne prawdziwe”. Widzę to w oczach słuchaczy, którym czasem, jeśli temat wykładu zahacza o sprawy biblijne, polecam czterotomowe wydanie Wydawnictwa Św. Wojciecha. Czujne, podejrzliwe spojrzenia pokazują, iż słuchacze próbują odgadnąć, co też skłania mnie do polecania im „podejrzanego” wydawnictwa. Fakt, że jest to wydawnictwo jak najbardziej katolickie nie przekonuje nikogo! Mnogość niezwykle wartościowych przypisów, która wg mnie jest zaletą, jawi im się jako próba dezawuowania nauki Kościoła. To już nie paradoks, to najbardziej żenujące świadectwo tego, co Kościół potrafi zrobić z umysłem człowieka w XXI wieku. Nie potrafiąc wykształcić w większości przypadków własnych kadr na poziomie odpowiadającym potrzebom czasu, stara się sprowadzić owieczki do poziomu jemu dostępnego – to jedyne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi do głowy.

W latach 80-tych na fali tak wspieranego (głównie w warstwie słownej) przez papieża Jana Pawła II ekumenizmu, powstał pomysł – curiosum. Chodzi o tzw. „przekład ekumeniczny” Biblii. Interesowałem się tym zdumiewającym pomysłem i jego efektami, bowiem wychodząc z założenia, że najlepiej byłoby zrobić przekład po prostu dobry, nie mogłem zrozumieć dziwacznych założeń jego twórców. Np. tego, że „chodzi o przekład, który by nie urażał żadnego z wyznań”. Taką odpowiedź otrzymałem od zespołu redakcyjnego na pytanie o reguły ich pracy.

Ręce i nie tylko ręce opadają! Jeśli jest w Biblii coś co „uraża” jakieś wyznanie, to proszę wybaczyć – nie jest to wyznanie chrześcijańskie. A jeśli są jedynie niektóre tłumaczenia mogące „urażać”, to są to tłumaczenia złe. Co tu kombinować?

Efekty były/są żałosne. „Uwspółcześniony” przekład ogołocił Biblię z wielu informacji istotnych dla czytelnika. Jeden z przykładów: Chrystusa na Golgotę wg tego przekładu odprowadził „oddział wojska”.

W dawnym przekładzie było, że kohorta. Różnica jest taka, ze słowo „kohorta” coś mi mówi. Wiem co to było za wojsko, wiem jak liczna była kohorta itd. Słowo „oddział” nie mówi mi niczego.

Itd. itd.

Oczywiście, mimo większej, niż zwykle objętości artykułu, poruszyłem jedynie kilka istotnych kwestii dotyczących „czytania” Biblii.

Zamiar, jaki mi przyświecał to przekonanie czytelnika, że używanie tej lektury zarówno do krzewienia wiary, jak i do jej zwalczania wymaga sporej wiedzy, której przysporzyły nam pokolenia badaczy. Ktoś, kto zechce nas przekonywać, że trzeba ją czytać literalnie, jedynie się ośmieszy. Ktoś, kto będzie używał radarowej stacji naprowadzania rakiet do wyważania drzwi stodoły, wojny raczej nie wygra. Sekret wygranej wojny polega na wiedzy o tym, JAK użyć broni, a nie tylko przeciw komu. Biblia zaś może być bronią obosieczną, lepiej więc zawczasu nauczyć się jej „obsługi”, albo poniechać jej jako wojennego rynsztunku.

Wiem, że na zaniechanie wojny, co byłoby z korzyścią dla wszystkich,  nikogo nie namówię.

Jerzy Łukaszewski 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.3/10 (27 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +29 (from 31 votes)
Jerzy Łukaszewski: Meandry biblistyki, 9.3 out of 10 based on 27 ratings

48 komentarzy

  1. wejszyc 2014-05-31
  2. bisnetus 2014-05-31
  3. A. Goryński 2014-05-31
  4. Jerzy Łukaszewski 2014-05-31
  5. Magog 2014-05-31
  6. sugadaddy 2014-06-01
    • Qstan 2014-06-01
    • Qstan 2014-06-01
  7. sugadaddy 2014-06-01
  8. Jerzy Łukaszewski 2014-06-01
  9. sugadaddy 2014-06-01
  10. Cezary Bryka 2014-06-01
  11. Jerzy Łukaszewski 2014-06-01
  12. sugadaddy 2014-06-01
    • Cezary Bryka 2014-06-01
    • A.K-B 2014-06-01
      • sugadaddy 2014-06-02
  13. Jerzy Łukaszewski 2014-06-01
  14. wejszyc 2014-06-01
  15. Jerzy Łukaszewski 2014-06-01
  16. obirek 2014-06-01
  17. wejszyc 2014-06-01
  18. Federpusz 2014-06-01
  19. Jerzy Łukaszewski 2014-06-01
  20. Jerzy Łukaszewski 2014-06-01
  21. obirek 2014-06-01
  22. Jaruta 2014-06-01
  23. Jerzy Łukaszewski 2014-06-02
  24. obirek 2014-06-02
  25. Jerzy Łukaszewski 2014-06-02
  26. sugadaddy 2014-06-03
  27. Jaruta 2014-06-03
  28. Jaruta 2014-06-03
    • de mowski 2014-06-04
  29. Jaruta 2014-06-03
  30. sugadaddy 2014-06-03
    • sugadaddy 2014-06-03
      • de mowski 2014-06-04
  31. Jaruta 2014-06-03
  32. Jerzy Łukaszewski 2014-06-03
  33. sugadaddy 2014-06-04
  34. Jerzy Łukaszewski 2014-06-04
  35. eMeR 2014-06-13
    • de mowski 2014-06-26
  36. Jerzy Łukaszewski 2014-06-15
  37. eMeR 2014-06-18
  38. Jerzy Łukaszewski 2014-06-21
    • de mowski 2014-06-26
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com