Kuba Benedyczak: Jak (nie)pojechałem do Moskwy

2012-05-23. Pałowanie manifestantów w Moskwie to zaledwie wisienka na torcie wydarzeń poprzedzających zaprzysiężenie Władimira Putina. Ponieważ kurz po bitwie powoli opada pozwolę sobie na nieco osobistą opowieść o tamtych dniach. Tym bardziej, że moje doświadczenie można spokojnie potraktować w kategoriach rosyjskiej średniej arytmetycznej.

Mieszkam, a właściwie tymczasowo przebywam w Woroneżu, który choć pod względem liczby mieszkańców jest piętnastym miastem Rosji, to ciąży na nim niezrozumiała klątwa prowincjonalizmu. Kiedyś Piotr I budował tutaj swoją potężną flotę, dziś Woroneż pełni rolę stolicy woronieżskoj oblasti, regionu zwanego czarnoziemem. Właśnie z powodu żyznych gleb półtora miesiąca temu odwiedził „nas” Władimir Władimirowicz- jeszcze w charakterze szef rządu. Nie mam jednak pewności czy „odwiedził” to odpowiednie słowo. Jego wizyta przypominała raczej legendę o Yeti, które ktoś tam podobno widział, nie wiadomo tylko kto. Ot po prostu, pewnego zatopionego w mrozie i słońcu popołudnia mój powrót do domu trwał trzy razy dłużej niż zwykle. Korki, obstawione policją ulice, przepisowo zaparkowane samochody i kierowcy! Uprzejmi dla pieszych jak nigdy. Skuteczność osiągnięta wszechobecnością mundurów i dostojną długością pałek policyjnych. Mniej więcej po trzy sztuki na każdy skwer, przejście podziemne (tu 6- wejście i wyjście), przystanek autobusowy itd. W skrócie, 28 marca Woroneż zaczarowano w potiomkinowską wioskę pod okupacją.

Sprawca zamieszania pozostawał nieuchwytny. Wprawdzie następnego dnia w prasie pojawiły się jego zdjęcia, relacjonowano też rozmowy z gubernatorem okręgu na temat, uwaga!- „planów zwiększenia eksportu ziarna za granicę w przyszłym roku”, ale sam premier z wprawą iluzjonisty wjechał i wyjechał z Woroneża niezauważony. Rozgadałem się o gospodarce rolnej, a miało być o czymś innym.

Jestem wolontariuszem w organizacji, zajmującej się prawami człowieka. Nie przez brak szacunku dla czytelnika, ale nauczony doświadczeniem uprzedzę pytanie i odpowiem, co to w praktyce oznacza. Nasza działalność obejmuje prawa gejów i lesbijek, kwestię przemocy w armii, zmianę postaw ksenofobicznych i szowinistycznych, antyfaszyzm, monitoring przypadków łamania wolności słowa i zgromadzeń, a niekiedy nawet kontrolę policji. Nie powiem, aby tak rozłożysty wachlarz projektów gwarantował oszałamiający sukces. Moja dyletancka wiedza na temat marksizmu pozwala mi wyłącznie stwierdzić, że w tym przypadku rozbudowana baza produkcyjna posiada nijaki wpływ na nadbudowę, kto wie zresztą czy nie wpływ ujemny. Mam jednak niewiele do gadania. Przyjechałem tu prowadzić analizę oraz zbierać materiały na temat trzeciego sektora w Rosji, a nie się wymądrzać. I na tym poprzestańmy.

Gorąco zaczęło być już w rosyjskie święto Wiosny i Pracy 1 maja. Chwilę po dwunastej zadzwonił do mnie Wania, koordynator Golos w regionie Woroneża. Golos to jedna z największych i najlepiej działających organizacji pozarządowych w Rosji. Sponsorowana przez Amerykanów monitoruje przebieg i przejrzystość procesów wyborczych nad Wołgą.

Wania ma wadę wymowy. Zamiast silnego rosyjskiego „r”, w jego ustach brzmi ono jak „r” amerykańskie. Może dlatego go zatrudnili. Co gorsza mówi szybko i bez przerwy wybucha gargantuicznym śmiechem. Stąd ciężko mi go zrozumieć przez telefon. Bełkocze coś, że za chwilę do mnie przyjdzie, że był na manifestacji, i żebym zszedł po niego na dół. Niechętnie, ale schodzę. Moje mieszkanie pozbawione jest domofonu, a w Woroneżu nawet w najbardziej ubogich dzielnicach miasta do bramy można dostać się jedynie za pomocą elektronicznego klucza.

Otwieram drzwi i widzę Wanię całego w zielonej farbie, włącznie z zębami. Oprócz irytującego „r” Wania ma jeszcze jedną charakterystyczną cechę – wielką kręconą czuprynę. I jej nie ominęła oleista substancja. Stoję jak wryty, a ten znowu zagłusza wszystko swoim śmiechem i mówi:

– Chu…wo wyglądam, co?

– Nienajlepiej – odpowiadam – ale może dzięki temu w końcu zetniesz te durne włosy.

Wchodzimy na górę. Z Wanią przyszli Żenia – inny miejscowy aktywistka oraz Heidi – Niemka, studiująca przez rok politologię we Wrocławiu, a teraz wykładająca swój ojczysty język w „czarnoziemie”. W naszej kwartirie rozgardiasz. Moja współlokatora Dasza – ekolożka i feministka z Berlina, urodzona w Charkowie, której babcia była ortodoksyjną Żydówką zagłusza majową ciszę gitarą Franka Zappy. W dodatku na kilka dni zatrzymali się u nas gejowscy aktywiści z Sankt Petersburga. Witus i Mitia. Para ma się rozumieć. Ten pierwszy kończy drugie śniadanie, ten drugi, bardziej nieśmiały, sprząta niepościelone łóżko. I do tego to czupiradło z zielonym make up’em a la Kiss. Dom wariatów.

Najgorsze, że nie możemy zmyć farby. Żenia idzie do apteki po spirytus. Wania w końcu zaczyna opowiadać, co się tak naprawdę wydarzyło. 1 maja na ulicach rosyjskich metropolii odbywają się setki pochodów. Manifestują komuniści, opozycjoniści, nacjonaliści, anarchiści, liberałowie i Nasi, czyli proputinowska młodzieżówka. To właśnie oni potraktowali Wanię farbą. Już po raz drugi w przeciągu pół roku i jak się niedługo okaże wcale nie ostatni. Rozpoznawalna twarz, a także autorstwo inteligentnych zjadliwych satyr na obecną władzę, czynią z niego doskonały cel dla „Naszystów”- używając terminologii opozycji.

Po dwóch godzinach farba schodzi. Także z włosów i zębów. Nie powiem, aby teraz Wania mógł występować w reklamie pasty Colgate, ale z ocalonych kudłów można by zrobić doskonały użytek w kampanii społecznej, oswajającej dzieci z fryzjerem.

Szefowie mojej organizacji nie od razu zgadzają się, abym pojechał do Moskwy na „Marsz milionów”. Mają swoje powody. Zgodnie z rosyjskimi przepisami osoba nieposiadająca obywatelstwa Federacji Rosyjskiej, jeśli nie otrzymała akredytacji dziennikarskiej nie ma prawa uczestniczyć w żadnym publicznym zgromadzeniu lub manifestacji. Jeśli zostałbym zatrzymany, a następnie oskarżony o chuligaństwo (dość powszechna praktyka), wówczas odsiedziałbym 15 dni w areszcie, czekałaby mnie deportacja, a na koniec w paszporcie wbito by mi zakaz przekraczania rosyjskiej granicy na dobrych kilka lat. Oczywiście istnieje wyjście awaryjne, a więc łapówka, ale i tu nie zawsze warto ryzykować. Jako cudzoziemiec posiadam emblemat dojnej krowy, wobec której stosuje się cokolwiek inną taryfę.

Do ostatniego momentu nie wiadomo z kim jadę, jak jadę i kogo namaszczą na mojego opiekuna. W sobotę rano budzi mnie telefon. „Priwiet Jakow (rosyjska wersja Jakuba – przyp. K.B.), dawaj na facebook”. Włączam laptopa. Znowu Wania. Instruuje mnie, abym za pół godziny był pod kinoteatrem Spartak. Czeka razem z Wiką, dyrektorką mojej organizacji. Pytam co się dzieje. Po co ta cała konspiracja, czy nie mogliśmy normalnie omówić sprawy przez telefon? Wika śmiejąc się z mojej naiwności ostrzega, że prawdopodobnie wszystkie telefony naszych aktywistów są podsłuchiwane przez miejscowe FSB. Lepiej będzie jeśli pójdziemy do parku. Mój Boże, nareszcie! Byłem zachwycony, wzburzyła się we mnie polska krew. Podsłuchy, FSB, zakonspirowany wyjazd do stolicy Rosji. Prawie jak moi historyczni antenaci! W końcu i ja zostanę bohaterem, i to jeszcze na obcej ziemi!

Wania przerywa moje fantazje.

– W nocy zostałem zaatakowany pod twoim domem przez trzech facetów w czarnych maskach, nie jadę do Moskwy.

– To z kim ja mam niby jechać do cholery?

– Pojedziesz z Romanem Chabarowem. O 21 spod Pomnika Chwały, jego samochodem. Pojedzie z wami jeszcze Liza, ta od ekologów, krótko ścięta. Chcieliśmy się z Tobą spotkać, żebyś wiedział, co masz robić w Moskwie. Oczywiście jeśli tam dojedziecie.

– Co to znaczy?

– Wczoraj pobili Wanię – mówi Wika. Inne organizacje dały nam znać, że przy wyjazdach z ich miast i wjazdach do Moskwy stoi policja i FSB. Niektórych samochodów nie wypuszczają albo nie wpuszczają. Poza tym zatrzymują autobusy i dokładnie sprawdzają paszporty, czasami niszczą auta.

Zaczynamy spacerować. Mówi przede wszystkim Wika. Z wykształcenia jest prawnikiem, bardzo charyzmatyczna i pracowita. Także ona osiąga nierzadkie stany spazmatycznego śmiechu z byle powodu. Chociaż jej figura nasuwa skojarzenia z Rubensem, ma ładną buzię o bardzo rosyjskich rysach. Każe mi spisać numery telefonów polskich konsulatów i ambasady, nie wolno mi ani na krok odstępować Lizy i Chabarowa. W razie gdyby mnie zatrzymał OMON lub policja mam zgrywać idiotę obcokrajowca, który zna tylko język angielski. I tak dalej. Żegnamy się, Wania klepie mnie po ramieniu i zapewnia, że wszystko będzie dobrze. Wika wykonuje palcami znak pokoju i rzuca sarkastycznie: „Powodzenia w tworzeniu rosyjskiej rewolucji”.

Nie zdążyłem wejść do domu, kiedy zadzwoniła Liuba, koordynatorka mojego projektu. Zaczyna na mnie wrzeszczeć: „Co ty robisz?! Narażasz siebie i całą naszą organizację! Nie przyjechałeś tutaj, żeby zgrywać aktywistę politycznego!”. Coś we mnie pękło. Do tej pory po prostu zamierzałem jechać do Moskwy, ponieważ uznałem to za swój moralny obowiązek. Nie ukrywałem też, że zaprzysiężenie Putina na trzecią kadencję uważam za nie najlepszy moment w historii Rosji, który chciałem zobaczyć na własne oczy. Obecnie natomiast narastała we mnie złość i rozgoryczenie. Wśród członków mojej organizacji do stolicy wybierałem się tylko ja i Natasza, doktorantka Wyższej Szkoły Ekonomii w Moskwie, dawna trockistka, obecnie zdeklarowany liberał. Pytałem samego siebie, jak to się dzieje, że ludzie, którzy prowadzą nieskończenie przewlekłe dyskusje na temat praw człowieka, składają wiekopomne deklaracje walki o demokrację i godność ludzką, oburzają się na każdy przejaw pogwałcenia swobód obywatelskich ani myślą zaprotestować w tak ważnym dniu. Siedzą pochowani w domach, zatopieni we własnym świecie. Z lenistwa lub ze strachu. Retorycznie pytałem kto tam tak naprawdę powinien jechać, ja czy oni? W jaki sposób ci ludzie mają zamiar zmienić swój kraj jeśli wystarczy na nich tupnąć, by uciekli pod łóżko jak potulne kociątka? Nigdy nie miałem pretensji do tych 50-60% Rosjan, głosujących na Putna. Niczego od nich nie oczekiwałem. Ci życzą sobie jedynie świętego spokoju i mają do tego pełne prawo. Jednakże jeśli obrońcom praw człowieka nie starcza sił, woli, odwagi i zapału, aby wyrazić sprzeciw wobec arogancji władzy, to kto w Rosji będzie w stanie wypowiedzieć głośne „nie”?

Dzwonię do drugiej koordynatorki. Jej ufam najbardziej. Ira jak zwykle spokojna obiecuje skontaktować się ze swoimi znajomymi w Moskwie i spytać o sytuację. Oddzwania za 10 minut.

– Możesz jechać, na razie jest spokojnie. Pamiętaj tylko z kim jedziesz.

– Z kim?

– Z Chabarowem. Przecież wiesz, że on jest pod stałą obserwacją.

A tak, o tym zapomniałem. Roman Chabarow to były major policji w Woroneżu. Zasłynął w całej Rosji wywiadem udzielonym tygodnikowi „Russkij reportior”, gdzie ujawnił skandale korupcyjne wewnątrz policji, stosowanie przemocy podczas przesłuchań, przypadki tortur czy zwyczaj podrzucania zatrzymanym narkotyków. Kontrole podczas ośmiogodzinnej podróży były zatem więcej niż pewne. Tym bardziej, że dawny major jest znienawidzony przez służby mundurowe. Wystąpił przecież przeciwko naturalnemu porządkowi rzeczy, czyli solidarności rosyjskiego świata policyjnego.

Na efekt nie trzeba było długo czekać. Przed dwudziestą dzwoni do mnie Chabarow i mówi „Jakow, przepraszam, ale ‘nieznani sprawcy’ zniszczyli przednią w szybę w samochodzie. Na razie nie wiem jak pojedziemy”. Oczywiście, że „nieznani sprawcy”. Na godzinę przed wyjazdem, w sobotę wieczorem mogli to zrobić tylko „nieznani sprawcy”. Czysty przypadek. Za 2 godziny dzwoni ponownie.

– O 22.30 jest autobus do Moskwy. Jedziemy my i jeszcze 3 inne osoby.

– Ile kosztuje bilet?

– 800 rubli.

– Nie mam 1600 rubli, plus kolejnych pieniędzy na jedzenie w Moskwie. Nie raczej nie jadę.

– Rozumiem, jeszcze raz przepraszam za samochód. Dobranoc.

Moje bohaterstwo trwało niespełna pół dnia. Pieniądze wolontariusza nie pozwalają na takie ekstrawagancje jak podróż do Moskwy na ostatnią chwilę. A może jestem skąpy albo po prostu stchórzyłem, sam nie wiem. To nie mój kraj, ale do dziś nie mogę sobie wybaczyć tego, że nie pojechałem. Jak widać zresztą metodyka FSB do pewnego stopnia przynosi efekty. Wanię zastraszyli, a ja zbyt łatwo się poddałem. Zawsze to dwie osoby mniej. Jeśli pomnożymy nas przez wszystkie przypadki w Woroneżu, a potem przez 20-30 miast, choćby tylko w europejskiej części Rosji, pojawia się pytanie ilu ludzi nie pojechało na „Marsz milionów”? Tysiąc? 10 tysięcy? 20 tysięcy?

Chabarow ma stały dostęp do Internetu, dzięki czemu relacjonuje swoją podróż na Twitterze i Facebooku. Już w autobusie znajdują się „pasażerowie”, twierdzący, że pięciu aktywistów ma niewłaściwe bilety i dokumenty. Za chwilę pojazd zatrzymuje policja. Sprawdzają go 2 godziny. Zabierają dwa paszporty (w Rosji nie ma dowodów osobistych), w tym Chabarowa. Jedzie do Moskwy bez dokumentów potwierdzających tożsamość. Niezbyt bezpieczne. Reszta drogi jest już spokojna. W czasie protestu cała piątka zostaje zatrzymana, na szczęście bez użycia pałek i tylko na niecałą dobę. Nataszę, byłą trockistkę wsadzili do policyjnego autobusu ponieważ spytała mundurowych dlaczego pałują ludzi z białymi wstążkami, a Nasi mogą maszerować bezkarnie. Wystarczyło.

W niedzielę po południu przybiegł do mnie przejęty Wania. Przywlókł ze sobą laptopa, dwa wina i ohydną mrożonkę mięsa. Postanowił przejechać pół miasta ponieważ w Moskwie poleciały pierwsze kamienie i asfalt wyrwany z ulicy. Po pierwszym winie pytam go w końcu, dlaczego nikt z naszych nie pojechał do Moskwy. Wania kręci. Ewidentnie nie potrafi odpowiedzieć na moje pytanie. Bez przerwy słyszę tylko „eta oczien’ slożnyj wapros”. I do tego prośba, bym nie idealizował demonstrantów, Chabarowa, że to wszystko nie jest takie czarno-białe. No, ale ja mam swoją mantrę. Nie ustępuję, przyciskam go dlaczego obrońcy praw człowieka nie pojechali do Moskwy?

– Przecież jeśli wy nie zaprotestujecie, nikt za was tego nie zrobi.

– Wiesz, jak wszystkich pozamykają, kto będzie realizował projekty?

Nie wytrzymuję i krzyczę:

– Wania, do cholery! 4 lata temu Putin napisał dla was sztukę teatralną, którą zatytułował „Dmitrij Miedwiediew”. Czy wy nie czujecie się oszukani, czy nie ciąży na was obowiązek pokazania, że się na to nie zgadzacie, że nie zgadzacie się na robienie z was idiotów?! Nie oczekuję codziennych marszów, barykad, ale jutro Putin zacznie swoją trzecią kadencję i potrzebny jest symboliczny gest protestu. Tak wiem, nie zatrzymacie go, ale dlaczego wy- demokraci i aktywiści nie chcecie powiedzieć mu: nie!, nie zgadzamy się na twoje kłamstwa?!

– Może pójdziemy zapalić?

Idziemy. Teraz już na spokojnie Wania tłumaczy:

– Widzisz, w ciągu tygodnia zostałem dwa razy zaatakowany. Idę po ulicy i patrzę czy ktoś mnie nie śledzi. Przestałem ufać ludziom. Czuję się jak partyzant, a nie urodziłem się, by nim być. Nie wiem nawet, co powinienem dalej zrobić. Boli mnie brzuch. Zadzwonię po taksówkę i wrócę do domu.

Koniec naszej rozmowy. Pozostało jedynie niedopite wino i smród smażonego mięsa. Właściwie ja też nie mam pomysłu na przyszłość rosyjskiej opozycji i najgorsze, że nie wiem, co mam myśleć. Z jednej strony do szału doprowadza mnie tchórzostwo i lenistwo moich kolegów Rosjan, z drugiej natomiast, nie mogę pojąć ile energii pożytkuje państwo, władza i służby mundurowe w Rosji wyłącznie po to, by zatrzymać kilka tysięcy ludzi zamierzających przejść pokojowo ulicami Moskwy. Oczywiście, zakłóciliby wystawną koronację Putina, ale mimo wszystko. Państwo rosyjskie zdolne jest uczynić i poświęcić bardzo wiele byle tylko w 11 milionowej stolicy pojawiło się jak najmniej protestujących.

A Woroneż jest przecież miniaturką sytuacji w Rosji. Podobne rozmowy, kłótnie, dylematy powtarzały się w niejednym mieście tego kraju. Putin przykręca śrubę, jego lokalni zwolennicy ręka w ręka z mundurowymi podszczypują niepokornych, a ci niepokorni przestają być niepokornymi. Koło się zamyka. Chowają głowę w piasek, nawet wtedy, gdy niczym nie ryzykują i nie czują na plecach oddechu zagrożenia, bo Wania, jak to zazwyczaj bywa z najinteligentniejszymi i najbardziej wrażliwymi, został wcielony w rolę kozła ofiarnego. Inni wyszli bez szwanku, nie dostali nawet smsa z pogróżkami.

Tydzień po wydarzeniach rozmawiam ze Swietłaną, 50-letnią wykładowczynią tutejszego Uniwersytetu. Ta wciąż piękna kobieta o gęstych czarnych włosach i oczach, dowodzących obecności hord mongolskich na terenach rosyjskich jak zwykle słucha mojej opowieści z pewnym zniecierpliwieniem. Wiem, że za chwilę usłyszę wykład, przygotowany dla młodego przyjaciela z Europy.

– W umysłach mojego pokolenia zakodowano genetyczny strach. Pamiętam Breżniewa i Gorbaczowa, moi rodzice przeżyli Stalina, a dziadkowie w latach 30 kładli się spać w kurtkach, w razie gdyby ich w nocy zabrali. Nie pojadę do Moskwy, bo w latach 90 ja i mój mąż przez dwa lata nie dostawaliśmy pensji, nosiłam ze sobą gaz, bo trzy razy napadli mnie na ulicy. Od 10 lat po raz pierwszy normalnie zarabiam i nie czuję s t r a ch u, nie boję się, że jeśli kogoś skrytykuję to mnie zwolnią z Uniwersytetu albo przyjdą po mnie do domu. I wcale nie popieram Putina. Ja po prostu nie mam siły, chcę wreszcie spokojnie żyć.
A co do twoich kolegów… Jeśli ktoś mi dziś mówi, że FSB rozbiło szybę w samochodzie, to dla mnie jak żart, bo wiem, co robiło KGB 30-40 lat temu. I jeśli ktoś rezygnuje z wyjazdu z powodu rozbitej szyby, to znaczy, że nie wierzy w to, co mówi i robi. Gdy patrzę w przeszłość, dziękuję Bogu, że FSB jest w stanie jedynie rozbić szybę w samochodzie, że ma tak krótkie ręce. I gdybym ja chciała pojechać do Moskwy, to bym pojechała. Żadna kontrola paszportów by mnie nie zatrzymała po tym, co przeżyłam. A ci którzy nawet nie próbowali pojechać… możesz sobie tylko wyobrazić jacy z nich „obrońcy praw człowieka”.

I co powinien odpowiedzieć młody przyjaciel z Europy? Że dla mnie rozbita szyba w samochodzie to wcale nie żart?

Kuba Benedyczak

                                                                                                                      

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

4 komentarze

  1. Lubowski 2012-05-23
    • Czuba 2012-05-24
  2. Lubowski 2012-05-25
    • Czuba 2012-05-27