Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (2)

Nikołaj Czerkasow jako Iwan Groźny

2012-07-08. Zacząłem tu opowieść o szczególnej Atlantydzie, o jej zamordowanej cywilizacji, którą próbuję przywrócić nie tylko naszej pamięci. Oznacza ona szansę na inną tożsamość Rosjan, przywiązanych do tradycji samodzierżawia carów i pierwszych sekretarzy.


 

2. Śmierć – z portretem zabójcy

Trzeba nam teraz poznać portret zabójcy. Powie on bardzo wiele także o Nowogrodzie Wielkim. Dowiemy się wiele o samej ofierze, sięgając w duszę i umysł Iwana Groźnego, wybrańca Bożego, cara i pisarza tyranii zarazem, który musiał, tak, po prostu musiał unicestwić tak niebezpieczny i nieugaszony w swych demokratycznych nawykach Nowogród Wielki.

Powiada się, że car miał ciężkie dzieciństwo. Kiedy zmarła jego matka, najprawdopodobniej otruta, mały Iwan ze swym braciszkiem Georgijem, Jurijem, pętali się po dworze, zaniedbani i nieraz głodni. „Wriemienszczycy” – jak ich ochrzczono, bo tak się często zmieniali w walce o władzę – „tymczasowcy”, gdyby ten termin tłumaczyć na polski, dawali przed oczami chłopców teatrum dzikich ambicji, wiarołomstwa i okrucieństwa. Spisek gonił za spiskiem, zdrada za zdradą, mord za mordem. Iwan był uczniem o chłonnym umyśle. Liczył sobie zaledwie trzynaście lat, kiedy wypróbował swe możliwości – podstępnie porwano wówczas jednego z wszechwładnych Szujskich, kniazia Andrieja Michajłowicza, i nigdy więcej kniaź Andriej nie pojawił się wśród żywych, a nikt nie znał tajemnicy jego zniknięcia. Znał ją wszelako młodziutki wielki książę, pogrążony w starych księgach, rozczytujący się w Biblii i literaturze greckiej.

Epokę tę rozświetla Europie wielkość sztuki Renesansu, odkrycie nowych światów i żeglugi bezkresnymi oceanami. W oczach Polaków ma ona blask „zygmuntowskich czasów”, bo dobrze się żyło wtedy w Rzeczypospolitej. Korona Królestwa Polskiego łączyła się właśnie z Wielkim Księstwem Litewskim aktem Unii Lubelskiej, niedługo potem Konfederacja Warszawska uświęcić miała „klejnot swobodnego sumienia” pierwszą europejską deklaracją tolerancji religijnej, szlachta polska nie chciała inkorporować Inflant, żeby nie powiększać państwa ponad praktyczną miarę, ruch „egzekucji dóbr” i „egzekucji praw” nadawał wysoki ton politycznym sporom i dyskusjom. Nic dziwnego, że pan Michał z Montaigne, piszący w swojej perigordzkiej samotni nieśmiertelne „Essays”, „Próby”, zamyślał wybrać się w podróż do Polski, Ziemi Obiecanej spokoju i tolerancji w Europie: dwieście kilkadziesiąt lat nieprzerwanego prawie rozwoju, sukcesów i dobrobytu na tle Europy spływającej bezustannie krwią to był zaiste fenomen niezwykły.

Wielkie płótna Renesansu, wielkie myśli, wielkie odkrycia plus ta polska idylla polityczna przesłaniają wszelako realny obraz wieku XVI. Ten wiek należał nie tylko do Michała Anioła i Tycjana, nie tylko do Rabelego i Brantome’a, Erazma z Rotterdamu i Montaigne’a. Ten wiek nie wstydził się przelewać krwi. Gorzej: był stuleciem, rzec można, wyjątkowych potworów.

Późne średniowiecze pilnowało się Boga. Mogło Go okłamywać, nadużywać Jego wyrozumiałości, ale znało przynajmniej Bojaźń Bożą i wstyd przed Bogiem. Filozofowie Renesansu zwątpili o wszechmocy Boskiej, stąd władcy i zdobywcy nabrali przekonania, że dobry Bóg musi wybaczyć im znacznie więcej niż wybaczał ich przodkom. Zwłaszcza, gdy zbrodnie popełni się w Jego imię i nie ma kto kary Bożej dopełnić.

W przyszłej, tak pokojowej Skandynawii duński Chrystian II w 1520 roku osobiście uwijał się, pomagając katom w „krwawej łaźni” sztokholmskiej, kiedy to jednego dnia dokonano publicznej egzekucji na 82 przeciwnikach króla z kręgu szwedzkiego możnowładztwa i mieszczaństwa – jako na heretykach. Henryk VIII ścinał nie tylko żony; wymordował około trzydziestu tysięcy swoich poddanych, więcej, niż zginęło Azteków podczas inwazji Korteza. Córka Henryka, Maria Tudor, „krwawa Mary”, upiekła żywcem na stosach setki Anglików innego od niej wyznania. „Arcychrześcijański” król Francji przystał bez protestu na nieludzką rzeź hugonotów w noc świętego Bartłomieja. Książęta niemieccy masowo rżnęli zbuntowanych niemieckich chłopów, a hiszpański książę Alba tysiącami ścinał i palił protestantów na ziemiach Niderlandów, robiąc wszystko, by Hiszpania straciła to „europejskie Peru”.

Na europejskich tronach nie brakowało w tej epoce sadystów, psychopatów i zboczeńców. Iwan IV Groźny ze swoją zdumiewającą historyków, chorobliwą rzekomo podejrzliwością wzniósł się wysoko nad świat sobie współczesny po szczeblach miary występku, mordując własnymi rękami własnego syna; przyznajmy jednak, że on akurat miał niekłamane podstawy dla swych lęków i niepokojów – wszyscy byli przeciw niemu.

Naprawdę przeciw. I naprawdę wszyscy. Mówi się, że oskarżenia przeciw Nowogrodowi Wielkiemu były bezzasadne, że Nowogród Wielki nie uczestniczył w żadnym spisku przeciw carowi. Podczas gdy należałoby się dziwić, gdyby nie uczestniczył, gdyby nie chciał, gdyby nie robił wszystkiego, co możliwe, by uwolnić się od władzy Iwana. I car wiedział o tym. Bez szpiegów i donosów.

Ułatwiamy sobie oceny, zowiąc go degeneratem. Terror był jego metodą, sposobem, chwytem. Po siedmiu latach, dokładnie po siedmiu latach – ten zapamiętały czytelnik Biblii miał swoisty zmysł literacki w kreowaniu historii koszmaru! – Iwan IV opryczninę rozpędził, najdzikszym okrutnikom głowy kazał odrąbać, i to tym swoim najwierniejszym. Bo nikt nie mógł czuć się pewny. To należało, jak się przekonamy, do koncepcji. Josif Wissarionowicz jej nie wymyślił, był tylko umiejętnym naśladowcą.

Unicestwiając Nowogród Wielki, Iwan udusił kurę znoszącą mu złote jaja. Ale Iwan nie potrzebował kury znoszącej złote jaja: wcale nie zamierzał uczynić swych poddanych bogatymi i szczęśliwymi, ani kraju wspaniałym i godnym zazdrości. Reformował Rosję tak, by rządziła nią religia bezwzględnego podporządkowania carowi, religia, która zrobiła go namiestnikiem Boga, religia, której Rzym pomieścił w swej Moskwie. Czuł się zobowiązany, zgodnie z testamentem swego praszczura, Iwana Kality, przywieść do jej stóp, na początek, wszystkie ziemie Rusi Wielkiej.

W tym kierunku postąpił naprzód wielkim krokiem. Ale też to się dla niego naprawdę liczyło. Jedynie to. Stawka w tej grze była dla Iwana olbrzymia, my zaś nie doceniamy skali tej gry. Nie rozważamy, ile i co by stracił, gdyby przegrał. A to bardzo ważne dla naszej historii.

Zaczynał jako reformator. I nie ma wątpliwości, że było co zmieniać w wielkim księstwie moskiewskim. Paraliżowało władzę Kremla „miestniczestwo”, oficjalna hierarchia ważności wedle urodzenia, regulująca rozdział zarówno miejsc przy stołach biesiadnych, jak urzędów dworskich, a nawet, co gorsza, funkcji w dowodzeniu wojskami: „młodszy”, niższy urodzeniem, bez względu na wiek i wyższość kwalifikacji musiał ustępować w polu „starszemu”, choćby głupszemu, młodocianemu i bez doświadczenia.

System „kormleńja” gwarantował zarządcom książęcym daniny w naturze, które ściągali sami bez żadnej kontroli, niczym nie krępowani w nadużyciach.

„Dworianie”, średnia szlachta, która winna składać się na trzon wielkoksiążęcej armii, po prostu nie przychodzili do szeregów, gdy ich tron wzywał; uchylało się od służby wojskowej tylu, że powstało dla nich specjalne określenie – „nietcziki”. Wielki książę, nim doszedł na pola bitew, przegrywał z własnymi żołnierzami w domu. I w całym państwie moskiewskim, największym już terytorialnie państwie Europy, nie było ani jednej drukarni. W prawie sto lat od pierwszej Biblii Gutenberga, kiedy po całej Europie książki wychodziły już w wielotysięcznych nakładach, niektóre w kilku, albo i kilkunastu kolejnych wydaniach, Rosja co najwyżej sprowadzała drukowane cyrylicą książki z ziem Rzeczypospolitej Obojga Narodów…

Iwan miał swojego prywatnego Makiawela. Karmił Iwana swymi ideami niejaki Iwan Siemionycz Pierieswietow. Niewiele wiadomo o tym duchowym ojcu absolutyzmu w Rosji. Pochodził z ziem ruskich Wielkiego Księstwa Litewskiego, był pono „królewskim dworzaninem” w Wielkim Księstwie u Zygmunta Starego, lata 20-te i 30-te XVI wieku przewojował rzekomo pod rozkazami polskich hetmanów (raczej – przeciw nim), sługiwał na litewskiej Rusi i aż na Węgrzech; może i w Czechach. Z Mołdawii, gdzie bodaj służył naprawdę u ambitnego hospodara, Piotra Raresza, kiedy hospodar przystał do Turków i sam się sturczył, Pierieswietow zapewne z jego poselstwem trafił do Moskwy, pełen myśli o reformach, zakochany w potędze i despotyzmie… sułtanów. W Moskwie już został, najpierw chyba jako agent Raresza; na Kremlu wyuczył się nienawiści do pysznych, pogardzających nim „wriemienszczyków”, którzy trzęśli dworem. W latach 1547 – 1549 przedkładał młodemu carowi swoje rozprawy, z radami na wszystko.

Władca, jego zdaniem, powinien móc dobierać sobie urzędników i dowódców wedle zdolności, nie wedle urodzenia. Rosji potrzeba stałej, płatnej armii, a w niej osobistego korpusu cara. Należy znieść „kormleńje” i niewolę za długi. No i podbić tatarskie chanaty Kazania i Astrachania, bo słabe już i niezdolne do obrony.

Iwan Pierieswietow, sam bardzo oczytany, orędował za „księgami” i za tą mądrością, którą księgi niosą. Głosił wyższość „prawdy” nad „wiarą” i może dlatego nigdy za jego życia nic się z jego pism nie ukazało; pierwsi drukarze Iwana IV uciekli zresztą po kilku latach na ziemie Rzeczypospolitej. Ale prawdy Pierieswietowa przeniknęły do chętnego mózgu młodego cara. Prof. Zbigniew Wójcik najważniejsze z tych prawd cytuje w swych „Dziejach Rosji”:

„Bóg kocha sprawiedliwość najbardziej ze wszystkiego; władca nie może utrzymać swego królestwa bez terroru…  Sprawiedliwość przynosi Bogu szczerą radość. Aby zaprowadzić sprawiedliwość w państwie i utrzymać ją, władcy nie wolno oszczędzać nawet swojego ulubieńca, jeśli okaże się on winny. Nie może być władcy, który by rządził, nie budząc grozy. Królestwo bez terroru to jak rumak, któremu jeździec nie założył uzdy…”

Wystarczy? Dodajmy, za prof. Wójcikiem, jeszcze trzy zdania carskiego nauczyciela: „Władza powinna być silna i bezwzględna. Bez grozy nie można utrzymać państwa. Car powinien być samowolny, a jeśli wielmoże pójdą przeciw niemu, to car powinien ich palić i wydawać na inną okrutną śmierć”.

Zaiste, mój nieżyjący już, bliski znajomy, by nie powiedzieć – przyjaciel, człowiek przewrotnej inteligencji, który w czasie stanu wojennego opatrzył swoimi uwagami nową edycję dzieła Makiawela, powinien był zadbać o wydanie w Polsce także pism Pierieswietowa. Wydać było warto supliki i przypowieści Iwana Siemionycza – gwoli pouczeniu, wraz z listami samego cara do kniazia Kurbskiego, co to, początkowo najbliższy cara współpracownik, nie zdzierżył potem i uciekł, jak stał, do obozu wojsk Rzeczypospolitej. Porzucił… naczelne dowództwo armii Groźnego, szczęśliwy, że uniósł głowę. Car pisał mu piórem kaznodziei: „Zważaj więc na to i pojmij, że kto zwierzchności się sprzeciwia, Bogu się sprzeciwia, a kto Bogu się sprzeciwia, ten odstępcą się zowie, gdyż jest to grzech najgorszy”.

Car święcie wierzył w to, co pisał. Tego uczył go jedyny człowiek, któremu ufał w dzieciństwie, mądry, uczony metropolita moskiewski Makary, duch opiekuńczy, a zarazem – wyznawca doktryny osiflanów i dobrego mnicha Fiłofieja. Bo już w XV wieku igumen (na Kijowszczyźnie byłby „ihumenem”), czyli przeor monastyru wołokołamskiego, Osif Sanin, reformator cerkwi prawosławnej, przekonywał wiernych o boskim pochodzeniu moskiewskich „gosudarów”. Stąd Iwan III, zwany Srogim, dziad Groźnego, zaczął tytułować się „z Bożej łaski władcą całej Rusi”, a czasami już nawet i carem.

Przypisuje się Iwanowi Groźnemu zasługę dalszego „zbierania ziem ruskich” – przechodząc do porządku dziennego nad tym, jak wyniszczył on swoją Rosję cywilizacyjnie i gospodarczo. Na ziemi moskiewskiej, jego własnej ziemi, ponad osiemdziesiąt procent ziemi, kiedy umierał, leżało odłogiem, i dopiero po blisko stu latach (!) rolnictwo powróciło na wszystkie grunty niegdyś uprawiane. Iwan niczego nie zbudował, państwo Iwana w rzeczywistości rozpadło się po jego śmierci na długie lata, Wielka Smuta, która je ogarnęła, z jej rozprzężeniem i chaosem, wcale nie była dziełem uzurpatorów, ani samowolnych, ambitnych wielmożów, lecz jak najbardziej logiczną konsekwencją dzieła Iwana. Jak rozpad Anglii po absolutyzmie ukochanej przez historyków Elżbiety…

Carami byli do tej pory jedynie cesarze bizantyjscy i carem zwano też chana Złotej Ordy. Iwan III, czyli Srogi, był „wielkim kniaziem” i bardzo sobie cenił ten tytuł, tak bardzo, że nie chciał zostać „królem” w koronie ofiarowanej mu przez rzymskiego cesarza. Ale ożenił się z bratanicą ostatniego „cara” Bizancjum i do swej pieczęci wprowadził dwugłowego bizantyjskiego orła, który nigdy przedtem nie miał nic z Rusią wspólnego. Tak, orzeł dwugłowy to kolejny import ideologiczny. Nie jest w rzeczywistości ani ruski, ani rosyjski, Był carski i carski pozostał…

Ceremoniał Iwan Srogi przyjął bizantyjski. Trzechsetletniej czapce Monomacha, spełniającej rolę wielkoksiążęcej korony, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, nadał świętość symbolu. Tron wielkoksiążęcy dźwigał coraz wyżej, tym samym na coraz bardziej niebiański dystans wobec poddanych. A już za Wasyla III, Iwanowego syna i ojca Iwana, pskowski mnich Fiłofiej, czyli Filoteusz, uczeń osiflanów, wywiódł, że zwierzchność wobec cerkwi i Rusi, od Boga daną, dziedziczą wielcy kniaziowie Moskwy bezpośrednio po carach upadłego za grzechy Bizancjum.

Nie znają Moskwy mapy historyczne starej Rusi. Wzięła imię od osady jakiegoś ugrofińskiego plemienia nad rzeką ugrofińskiej nazwy. W żadnym słowiańskim języku „Moskwa”, od „Mustakivi”, „Czarny Kamień” (w dzisiejszym fińskim), nie znaczy nic. W tych zaś okolicach, nad górnym Dnieprem, uwili sobie siedzibę przed wiekami potomkowie jakichś Lachów, rzeczywiści ojcowie przyszłego imperium. Potomkowie Lachów. Tak, naprawdę! Wystarczy sięgnąć do „Powiesti wriemiennych liet” pierwszej kroniki Rusi, pióra mnicha Nestora (prof. Henryk Łowmiański trafnie zaproponował jej tytuł tłumaczyć jako „Powieść doroczną”). Zajęło te ziemie jakieś plemię Liachów, Wiatycze, jacyś zatem – Wętycze, Więtycze (od „Więtka”, Więcka, od naszego „więtszy”, czyli „większy”, potomkowie jakiegoś przebóstwionego, pierwotnego ojca rodu). Przybyli razem – choć nie koniecznie razem – z Radymiczami z ziem Wielkopolski, gdzie toponomastyka, nazewnictwo miejscowe, pozwala dość precyzyjnie ustalić ich pierwotne siedziby (Radymicze zasiedlili ziemie na południe od nich). Bardzo byli ci Wiatycze niezależni i wojowniczy, Włodzimierz Wielki musiał toczyć z nimi zaciekłe boje, żeby ich zmusić do hołdu i płacenia daniny – jeśli mu się rzeczywiście to udało, bo naprawdę podbił ich dopiero z początkiem XII wieku Włodzimierz Monomach. W ich pochodzenie historycy długi czas nie mogli, ani też nie chcieli wierzyć. Wiadomość, zanotowaną przez Nestora, brano za fantastyczną. Jednakże wcale tak fantastyczna nie jest.  Te plemiona same się miały za obce i za obce je uważano.

Po pierwsze, w tamtej epoce wędrowały całe plemiona, wielkie liczebnie rody lub watahy awanturników; szły na szlaki najodleglejsze nawet, transkontynentalne, i było to naturalne. Nie do ziemi się przywiązywano, lecz do swojej wspólnoty, plemiennej, rodowej lub wojennej. Po drugie, Radymicze i Więtycze, jak informuje Nestor, obyczajami różnili się od swych sąsiadów, zwłaszcza obyczajami w sposobie zawierania małżeństw – dziewice się wprawdzie najpierw „umawiało”, czyli, że przed „zmówinami” był czas na zaloty i konkury, ale potem się je „porywało”, co pozwalało uniknąć płacenia wiana za żony…

Jednakże sam Nestor przyznaje, że tak poczynali sobie i Siewierzanie, „miejscowi”, potomkowie Radymiczów. Jeśli co wspiera Nestora, to długo utrzymująca się, aż po wiek XIV, odrębność stroju Wiatyczów, oraz pewien szczegół, który można znaleźć w pomnikowych tomach Kazimierza Moszyńskiego „Kultury ludowej Słowian”. Bo tym akurat jedynym z Wielkorusów, jak i dawnym Wielkopolanom, dokuczały w upalne dni żniw… południce.

Południca – to wiadomo w Polsce już tylko bardzo, bardzo starym ludziom – w czasie żniw przechadza się z wiatrem po miedzach, owinąwszy się od stóp do głów białą płachtą; w upalne południe napastuje pracujących w polu i skręca im karki, przyprawiając o nieznośny, piekący ból w szyi. Południcę znają, a raczej – znali, Polacy, Czesi, Słowacy i Łużyczanie; nie znali Pomorzanie i Kaszubi, ani Mazurzy (ale też Mazowsze przyłączono do Polski dopiero w XVI wieku!). Nie znali południcy Białorusini, nie było jej na Ukrainie. Znano ją tylko tam, daleko, nad górnym Dnieprem, ba, dokładnie pod tym samym imieniem!

Co więcej, znakomity filolog, pierwszy wielki dialektolog rosyjski, Aleksy Iwanowicz Soboliewskij, wykrył, że te ziemie zachowały po wiekach dialekt Wiatyczów ze znamiennymi odrębnościami: „mleko” tutaj nie brzmiało ani „mołoko” z akcentem na pierwszej zgłosce, ani „małako” (Nowogrodźcy „okali”; reszta Rusi „akała”, wymawiając „małako” z akcentem na ostatniej głosce), tu się mówiło z polska „mlieko”, z akcentem tylko rosyjskim na ostatniej zgłosce; podobnie „głowa” nie brzmiała „gaława”, ani „gołowa”, lecz „głowa” z tym samym akcentem. A jeszcze Dymitr Doński w XIV wieku po zwycięstwie nad Tatarami wracał na swoją Ziemię Zaleską, która nie była żadną ziemią Za Lasami, lecz pierwotnie ziemią Zaliaszską, Zaliasziem… Nie Nestor wymyślił tutejszych Wielkorusów jako potomków Liachów.

Tutejsi kniaziowie, Rurykowicze w swym przekonaniu, ze zruszczonymi potomkami tych Liachów budowali potem przez 400 lat wściekle ambitne imperium. Rozszerzali je kolejnymi podbojami, aż stolica księstwa, nawet w Rosji samej prowincjonalnego, urosła do miary „trzeciego Rzymu” – po Romie cezarów i Bizancjum. „Dwa Rzymy upadły, trzeci ostał się, a czwartego nie będzie nigdy”, obwieszczał Fiłofiej Wasylowi i jego bojarom.

Jakże mógł w to nie wierzyć próżny i pyszny Iwan IV? Nieoceniony mędrzec Makary uświadomił mu, że wielkie księstwo moskiewskie jest już jedyną po upadku Bizancjum domeną prawdziwego chrześcijaństwa, prawdziwej wiary, prawosławia, słuszne więc będzie i sprawiedliwe, jeśli jego władca przybierze po swych bizantyjskich poprzednikach tytuł cesarza, czyli – cara. I siedemnastoletni Iwan ukoronował się w 1547 roku „gosudarem, carem i wielkim kniaziem”.

Bardzo mu się to podobało i zamierzał być takim carem, jak tamci, bizantyjscy, jak carowie Złotej Ordy, dzierżący władzę absolutną i niepodzielną, z którą poddanym dyskutować nie wolno.

Już poprzednicy Iwana chcieli być kimś więcej niż wielkimi kniaziami, chcieli być władcami takimi, jak carowie Złotej Ordy. Ale dopiero on został carem. Z czego wniosek, że absolutyzm nawet na Wielkorusi wcale nie jest tak stary i trzeba zapewne było owych siedmiu strasznych lat opryczniny, by uwierzono potem, że tak właśnie działo się zawsze.

Iwan IV miał zaś do Nowogrodu rzekomo zadawnione, choć tak naprawdę dla swych pretensji wykoncypowane urazy rodzinne – trzysta lat wcześniej Wielki Nowogród poczynał sobie dość bezceremonialnie ze swym dobroczyńcą i bohaterem, kniaziem Aleksandrem Newskim, jednym z Rurykowiczów, przodkiem Iwana, zaś Iwan był przecież władcą oczytanym i wszystko pamiętał. Pamiętał zwłaszcza to, co ułatwiało mu hodowanie w sobie nienawiści i determinacji.

Nowogród Wielki dźwigał zaś na sobie brzemię znacznie gorszych w pojęciu Iwana grzechów. Nie tytułował się już wprawdzie „Panem Nowogrodem Wielkim”, ale nadal mógł patrzeć z góry na Moskwę – bo kiedy Nowogród Wielki rządził większością ziem północnej Słowiańszczyzny wschodniej, a więc ziemiami przyszłej Rosji, zwanej Wielką Rusią, Moskwy nie spotykało się nawet w dokumentach i latopisach. Jeśli ktoś miał prawo powoływać się na historyczne dziedzictwo, to przede wszystkim on, Nowogród Wielki. On je współtworzył i przechował, bo przecież chanowie tatarscy nigdy nie zapanowali nad nim tak, jak nad resztą podbitej przez siebie Rusi…

Dalsza egzystencja Wielkiego Nowogrodu czyniła wątpliwym prawo cara do spadku po Rusi kijowskiej. Gorzej, Nowogród Wielki samym istnieniem podważał cara poczucie własności nawet w stosunku do tradycji bliższej, do tradycji Rosji – Rusi Wielkiej, dawnych ziem książąt Suzdala, Rostowa i Włodzimierza, bo czymże były te księstwa przy wspaniałości Nowogrodu Wielkiego? Przeszłość Wielkiej Rusi należała do niego, do Wielkiego Nowogrodu, i dlatego należało tę przeszłość wraz z nim unicestwić – po to, by zawładnąć przyszłością Wielkiej Rusi. Gdyby Nowogród przetrwał, nic by nie ułożyło się tak, jak się ułożyło. Historia Wielkorusi

potoczyłaby się inaczej. A już na pewno nie wedle dyktatu Iwana Groźnego.

Nowogród Wielki, co gorsza, podważał i jego carsko-Fiłofiejową wersję prawosławia. Z piętnastowiecznymi heretykami nowogrodzkimi, którzy byli czymś w rodzaju protestantów prawosławia, już Iwan Srogi jakoś sobie radził – do spółki z nowogrodzkim archijerejem Giennadijem, lecz ten archiepiskop, archijerej, arcybiskup, był sam znacznie groźniejszym przeciwnikiem wielkiego księstwa. Wyznawał teorię wyższości „białego kłobuka”, swojej białej mitry, nad czapką Monomacha!

Archijerej utrzymywał, że ten biały kłobuk przybył wieki temu wprost z Rzymu. Cóż za nonsens! Toż wiadomo było z „Opowieści o kniaziach włodzimierskich” i słyszeć musiał Giennadij, że wielcy książęta moskiewscy pochodzą od samego cesarza Augusta! Nie mógł Giennadij nie wiedzieć, że Włodzimierz Monomach był przez matkę wnukiem Konstantyna IX Monomacha, cesarza Bizancjum, zaś sławną „czapkę” przesłał mu bizantyjski cesarz Leon!

Czapkę faktycznie darował Monomachowi nie Leon, lecz Aleksy I z rodu Komnenów (akurat jeden z największych cesarzy odradzającego się wtedy Bizancjum), i nie była ona oznaką władzy, lecz nakryciem głowy senatora cesarstwa, jakie miał prawo nosić – i nosił – także doża wenecki. Co się zaś tyczy pochodzenia, to Wsiewołoda, ojca Włodzimierza Monomacha, nie ożeniono wcale z córką cesarza, lecz z córką eleganckiego wesołego senatora, który dopiero później został cesarzem – że nie wspomnimy już o bezpotomnej przed wiekami śmierci boskiego Augusta i o bezpotomnych końcach różnych późniejszych dynastii. Takie wszelako szczegóły nie mogły żadnego mieć znaczenia – Iwan Groźny bez zmrużenia powieki wykładał posłowi litewskiemu:

„Wiadomo, że oprócz nas i sułtana nie ma w Europie monarchów, których ród panowałby lat dwieście… My jesteśmy monarchą przyrodzonym, pochodzimy od cesarza Augusta, o czym wiadomo wszystkim”.

I najbardziej złościła go nie sama porażka w rywalizacji o Inflanty, lecz fakt, że Polacy i Litwini odmawiają nazywania go carem! Kwestionują więc „tytuł nadany mu przez Boga”. Nic go nie mogło bardziej drażnić.

Nowogród Wielki był jednakże gorszy od Polaków i Litwinów: obywał się bez władcy, sam siebie uczynił „panem”. Samo istnienie Nowogrodu Wielkiego było w odczuciu Iwana Groźnego niewybaczalnym przestępstwem. Już do Kurbskiego, parę lat przed egzekucją na Nowogrodzie, pisał Iwan biblijnymi słowy: „Biada domowi, którym to domem białogłowa rządzi; biada grodowi, którym to grodem wielu rządzi”. Był już w tych zdaniach wyrok historii na „posadnicę”, Marfę (Martę) Borecką, i na Wielki Nowogród. Wyrok niebios, jak już rozumiemy. On, Iwan IV, car moskiewski, reprezentował i wykonywał tylko to, co nakazywały niebiosa. Tym bardziej, że niderlandzki astrolog, Elysius Bombel, z którym Iwan się nie rozstawał, już w roku 1568 „przewidział” bunt Nowogrodu Wielkiego i Pskowa.

Iwan Groźny wcale nie zwariował na tronie. Wiedział dobrze, czego chce. I zlikwidował opryczninę nie dlatego, że wyzdrowiał, lecz dlatego, że już jej nie potrzebował, a za wiele mogło się jej w głowach uroić. Ściął Bombela pod pozorem jego spisków z Polakami, bo już Bombel niczego praktycznego i poręcznego przewidzieć nie mógł. Car swoje cele zrealizował. Między innymi – rozwiązał ostatecznie problem Wielkiego Nowogrodu. Zasądziwszy go na wymazanie z historii i pamięci Rosji.

Przynajmniej tak mu się zdawało. Tak miał prawo sądzić.

Stefan Bratkowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (2), 10.0 out of 10 based on 2 ratings

5 komentarzy

  1. elkaem 2012-07-08
    • elkaem 2012-07-08
  2. Zbyszek, Lubin 2012-07-08
  3. narciarz2 2012-07-09