Po śmierci Kim Dżong Ila w polskich mediach pojawiła się ogromna liczba komentatorów, która to liczba jaskrawo kontrastuje z rzeczywistą liczbą Polaków, którzy cokolwiek o Korei Północnej wiedzą. Usłyszeliśmy, poza zdaniem ludzi naprawdę kompetentnych, ogromną ilość kompletnych bzdur, jak na przykład wypowiedź pewnego pana, iż „przeciętna waga żołnierza Korei Północnej to 32 do 35 kilogramów”. Brednię tę TVN-24 powtarzała wielokrotnie.
Odnotowałem też dość osobliwą teorię Krzysztofa Mroziewicza, że Chiny nie chcą zjednoczenia Korei, bo stałaby się ona potęgą gospodarczą zagrażającą Chinom (sic!). Zupełnie odmienne zdanie na ten temat ma rząd Korei Południowej: zjednoczenie spowodowałoby załamanie gospodarki Południa. Usłyszeliśmy też historię o tym, jak to w czasie Wojny Koreańskiej wojska Północy wyryły dziesiątki tuneli pod granicą i tymi tunelami wyjechały czołgi i zajęły Seul. Kompletna bzdura. Północ rzeczywiście ryje tunele pod granicą, ale… 30 lat później.
Rozmawiałem telefonicznie o tych komentarzach z prof. Dziakiem i obu nam ręce opadały z szelestem. Mam wrażenie, że siła parcia na szkło bywa odwrotnie proporcjonalna do stopnia komplikacji kory mózgowej. Jak to swego czasu powiedział Stanisław Tym, „cylindryczna gładź kory mózgowej najlepiej pasuje do gładzi ekranu telewizora”.
Z cylindryczną gładzią walczyć mi się nie chce, ale koledzy prosili mnie, bym coś o Korei Północnej napisał. Ponieważ jestem leniwy, postanowiłem zmodyfikować swój stary tekst o tym kraju. Uaktualniłem go, bo parę rzeczy się od tamtej pory wydarzyło i coś niecoś więcej dziś wiemy. Mam nieśmiałą nadzieję, że może ktoś to przeczyta, zaczym pójdzie gadać do telewizji. Nie śmię nawet marzyć, że przeczyta jeszcze publikowane w „Kontratekstach” teksty Waldemara Jana Dziaka, Marcelego Burdelskiego, Jerzego Bajera, Nicolasa Levego…, że może porozmawia z prof. Andrzejem Rzeplińskim…
No cóż, pomarzyć dobrze jest…
Skąd się wzięła dynastia Kimów
Wielki Wódz Towarzysz Kim Ir Sen w rzeczywistości nazywał się Kim Song-ju. Urodził się 15 kwietnia 1912 roku we wsi Mangyongde. Oficjalna propaganda KRL-D podaje, że jego rodzice mieli „właściwe” klasowo, ludowe pochodzenie, brali udział w antyimperialistycznym ruchu oporu, tworzyli liczne, nie istniejące w rzeczywistości organizacje. Nawet dziadek Wielkiego Wodza poprowadził atak ludu na amerykański okręt i zatopił go, choć w rzeczywistości był od niego oddalony o setki kilometrów.
Naprawdę ojciec Wielkiego Wodza, Kim Huong Dzik, ukończył szkołę średnią prowadzoną przez amerykańskich misjonarzy i został nauczycielem w szkole powszechnej. Poznał tam Kang Bon Sok, matkę Kima, córkę dyrektora szkoły. Matka Kima nie była rewolucjonistką, lecz praktykującą chrześcijanką.
Wkrótce po narodzinach Kima rodzina wyemigrowała zarobkowo do Mandżurii. Młody Kim chodził tam do chińskiej szkoły i ostatecznie w 1929 roku zakończył edukację na ośmiu klasach. W szkole zetknął się z grupą Mandżurskiej Federacji Młodzieży Komunistycznej. Wbrew późniejszej propagandzie nie odgrywał tam znaczącej roli, ale od jesieni 1929 roku do maja 1930 był więziony przez policję japońską. Został zwolniony ze względu na młody wiek. W tym czasie Kim przybrał swój pierwszy pseudonim: Hian Pol, co znaczy Pierwsza Gwiazda. Po zwolnieniu z aresztu przybrał pseudonim Il Sung (Być Słońcem). W ten sposób Kim Song-ju zamienił się w Kim Ir Sena (wszędzie poza Polską pisze się to Kim Il Sung, przemianowanie Il Sunga na Ir Sena jest po prostu skutkiem błędu w tłumaczeniu poprzez język rosyjski. Koreański => rosyjski => polski).
Według propagandy, już jako siedmioletnie chłopię poprowadził antyjapońską demonstrację, a wkrótce potem opuścił Koreę z zamiarem powrotu jako jej wyzwoliciel. W 1930 roku utworzył Koreańską Armię Rewolucyjną, w 1932 roku Partyzancką Armię Ludową (żadna z nich nie istniała) a na terenach wyzwolonych – Rząd Ludowo-Rewolucyjny (nie było takich terenów ani rządu). W okresie młodości Kima, cała rodzina, w tym przyszła żona, z szybkością karabinu maszynowego zakładała liczne organizacje młodzieżowe, chłopskie, kobiece, związki zawodowe… Gdyby naprawdę w Korei było tyle organizacji, to japońska Armia Kwantuńska uciekłaby w popłochu. Klops w tym, że źródła historyczne o tych ligach, związkach i armiach uparcie milczą.
W rzeczywistości Kim Ir Sen walczył w partyzantce komunistycznej, ale chińskiej. Jego przełożonym był Wei Zhengmin (ponura postać KPCh), a nad nim stał Kang Sheng, późniejszy szef służb specjalnych Mao Zedonga. Warto zwrócić uwagę na tę postać, w cieniu której kształtowały się poglądy Kima. Wśród historyków Kang Sheng zyskał przydomek chińskiego Berii, choć pod względem skali zbrodni, cynizmu i okrucieństwa prawdziwy Beria, niewątpliwie zbrodniarz, nie dorastał mu do pięt.
Kim Ir Sen wyróżniał się brawurą, ale przy tym ignorancją i głupotą, jeśli patrzeć na jego akcje od strony sztuki wojny. Jego nieodpowiedzialne działania doprowadziły w końcu do takiej mobilizacji policji japońskiej, że komunistyczna partyzantka w Mandżurii została fizycznie zlikwidowana. W lutym 1937 roku 50 partyzantów Kima stoczyło potyczkę u podnóża góry Pektu (Pektusan, świętej góry Koreańczyków, na pograniczu z Chinami), w której zginęło 13 żołnierzy japońskich. W czerwcu 1937 roku 80 partyzantów Kima pokonuje 30 żandarmów i urzędników japońskich „wyzwalając” na kilka godzin miasteczko Pochonbo. Według obecnej propagandy były to przełomowe bitwy, a w Pochonbo Kim dowodził 10 tysiącami partyzantów, wówczas nie istniejącej, Koreańskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. W rzeczywistości jego oddział osiągnął maksymalną liczebność 300 ludzi w lipcu 1940 roku, tuż przed totalną klęską mandżurskiej partyzantki.
W marcu 1941 roku Kim ucieka do ZSRR (oficjalnie nigdy tam nie był, lecz do 1945 toku stoczył 30 bitew z Japończykami), gdzie w 1942 roku zostaje dowódcą batalionu Specjalnej Samodzielnej Brygady Snajperów Armii Czerwonej. W skład jego oddziału wchodzi 100 Chińczyków, 40 Rosjan i 60 Koreańczyków. Formacja ta nie brała udziału w żadnych walkach. W 1944 roku Kim Ir Sen studiuje w Chabarowsku w Szkole Wywiadu NKWD. Wielki Wódz towarzysz Kim Być Słońcem został agentem NKWD i w takiej roli Rosjanie przywieźli go do Korei.
Wcześniej, w 1941 roku poznał w ZSRR chłopkę, analfabetkę Kim Dżong Suk używającą wówczas imienia Wiera. 16 lutego 1942 roku urodził się ich syn, Jurij Ilisajewicz Kim, znany nam obecnie jako Kim Dżong Il. Przydomek Dżong Il znaczy: Po Prostu Słońce. O ile ojciec chciał Być Słońcem, to syn już nim był. Kim Dżong Il urodził się we wsi Wiakutskoje, w pobliżu Chabarowska, na Syberii. Poród odbywał się w szopie na drewno opałowe, a przyjmowała go lekarka weterynarii.
Według propagandy Kim Dżong Il urodził się w baraku partyzanckim na stokach świętej góry Pektusan. W dniu jego urodzin rozkwitły kwiaty (w lutym) a powietrze wypełniły ptasie trele. Mówiąca ludzkim głosem jaskółka obwieściła urodziny Ukochanego Przywódcy siwobrodemu starcowi, który nie wiadomo czego szukał na tym pustkowiu.
Podobne niezwykłe zjawiska dzieją się w Korei do dzisiaj. Jeszcze niedawno, w rocznicę urodzin Kim Ir Sena siedemnaście żurawi okrążyło trzykrotnie pomnik idei Dżucze w Phenianie, a jaskółki przez cały dzień mówiły ludzkim głosem. Zaraz potem niewielka rakieta balistyczna Tupogong II przeleciawszy nad Japonią umieściła na orbicie satelitę nadającego pieśni na cześć Kim Ir Sena, których to sygnałów niedoskonała technika USA i jego sojuszników nie zdołała odebrać (a także wykryć satelity).
Legendarny Generał
Całe życie Kim Ir Sena i jego syna owiane jest propagandową mitologią. W wiosce Mangyongde zbudowano zupełnie nowe chłopskie chaty rodziny Kimów, kryte zupełnie nowa strzechą. Wokół pełno jest tablic pamiątkowych w stylu: „Skacząc z tego kamienia, jako czteroletnie dziecko, Wielki Wódz towarzysz Kim Ir Sen wymyślił, jak pokonać japońskich imperialistów”. Na zboczach góry Pektu (Pektusan) powstają zupełnie nowe baraki partyzanckie (nigdy ich tam nie było), partyzanckie bazy, place ćwiczeń, zasadzki… Na pniach drzew, zbyt młodych, by wówczas rosły, odkrywane są partyzanckie napisy i hasła.
Legendę uzupełnia obfita ikonografia. Tytuł obrazu: „Wielki Wódz towarzysz Kim Ir Sen przekracza rzekę graniczną, by wyzwolić ojczyznę spod japońskiej okupacji”. Młody, uśmiechnięty Kim, z pepeszą na piersi brnie przez śniegi. Zdjęcie: demonstranci w 1945 roku niosą portret Kim Ir Sena. Całe zdjęcie jest mocno kontrastowe, tylko czerń i biel, a ogromny portret Kima utrzymany jest w półtonach szarości. Oczywisty fotomontaż. W późniejszym fotomontażu ci sami demonstranci też niosą portret Kima, ale inny.
Kolejne zdjęcie: Kim Ir Sen przemawia. Na twarzy Kima ziarno fotograficzne jest drobniutkie, a na reszcie zdjęcia grube jak kasza. Twarz Kima wmontowano w zdjęcie kogo innego.
Bogata jest też bibliografia niezliczonej ilości dzieł Kim Ir Sena (wyraźnie pisanych przez różnych autorów) oraz dzieł o Kim Ir Senie. Wraz z pojawianiem się coraz to nowszych wersji historii dotychczasowe książki, gazety i dokumenty lądują w piecach, a na ich miejsce pojawiają się zupełnie nowe wersje ich starych wydań. Publikowane są teksty nigdy nie wygłoszonych przemówień, w okolicznościach, których nigdy nie było. Teksty te tłumaczone są na niemal wszystkie języki świata. Mam przed sobą dzieło: „Kim Ir Sen. »O Dżucze w naszej rewolucji.« Z okazji 65 rocznicy urodzin Wielkiego Wodza towarzysza Kim Ir Sena”, po polsku (wydano kilkudziesięciu językach), twarda oprawa, skóra, złocony tytuł, kredowy papier, 572 strony. Zawartość: nigdy nie wygłoszone przemówienia. Na przykład: „Odrzućmy linię lewacko-awanturniczą i wcielajmy w życie kurs rewolucyjno-organizacyjny – przemówienie na naradzie kierowniczej kadry partyjnej i komsomolskiej w Menwolgu w powiecie Jańczi. 20 maja 1931 roku.” Nie było takiej narady, a Kim miał wówczas 18 lat i przebywał w Mandżurii. Albo: „Artykuł opublikowany w organie Koreańskiej Armii Ludowo-Rewolucyjnej »Sogwan«. 10 listopada 1937.” Nie było wówczas takiej armii ani jej organu.
Ale bywa jeszcze dziwniej. Gdy jeden z polskich badaczy chciał się spotkać z profesorem Baik Bong, autorem trzytomowej biografii Kim Ir Sena (łącznie 1800 stron) okazało się, że nie ma takiego profesora.
Oficjalna wersja wyzwolenia Korei przeszła kilka przemian. Do końca lat pięćdziesiątych utrzymywano, że Koreę wyzwoliła Armia Czerwona. Później stopniowo pojawia się wersja o udziale partyzantów koreańskich. Od 1950 roku mowa jest o Wojskach Radzieckich i oddziałach Kim Ir Sena. Później następuje zmiana akcentów: Wojska Kim Ir Sena przy udziale Armii Czerwonej. Ostatecznie: tylko wojska Kim Ir Sena – „Stalowy Dowódca” wydał rozkaz i pokonał „milion żołnierzy Japonii”.
W rzeczywistości w sierpniu 1945 roku ZSRR wypowiedział wojnę Japonii. Wojska radzieckie, nie napotykając większego oporu doszły do połowy półwyspu koreańskiego i tu zatrzymały się (co było uzgodnione z USA na konferencji w Kairze). Wojska amerykańskie wylądowały nieco później i zajęły południe. 19 września, trzy tygodnie po wyzwoleniu Korei, Rosjanie przywieźli Kim Ir Sena w mundurze kapitana Armii Czerwonej na statku „Pugaczow” do portu Wousan. Zaraz potem Rosjanie awansowali Kima do stopnia „legendarnego generała” i urządzili mu huczne powitanie w Phenianie. Nie znający koreańskich obyczajów i kaleczący język (od dziecka przebywał na emigracji) Kim, występujący w skromnej marynarce z radzieckim orderem, wygłosił przemówienie, które mało kto zrozumiał. Ogólnie wypadł blado. Koreańczycy nie wpadli w zachwyt dla „legendarnego generała”, o którym nikt nie słyszał.
Władza wyrasta z lufy karabinu
Początkowo w Korei Północnej rządzą samodzielnie Rosjanie, ale stopniowo zaczynają się wyręczać Kimem, który z czasem coraz bardziej otwarcie dąży do pełni władzy. W organizowaniu spisków, prowokacji i zabójstw przydają nu się nauki Kang Shenga i szkolenie w NKWD. Kim musi najpierw usunąć konkurentów. Pierwszym jest pastor Ho Man Sik, autentyczny bohater antyjapońskiego ruchu oporu, naśladowca Gandhiego, propagujący walkę bez przemocy. W przeciwieństwie do Kima ma w Korei ogromny autorytet.
Ho Man Sik zrobił jednak poważny błąd: dał się wciągnąć w gry polityczne nowego okupanta. To on przedstawił w czasie „powitania” w Phenianie Kim Ir Sena „dając mu twarz”. Bez tego Kim byłby dla Koreańczyków tylko rosyjskim agentem.
Rządzący Koreą pułkownik Ignatiew powołuje w listopadzie 1945 roku marionetkowy Tymczasowy Komitet Ludowy Pięciu Prowincji oraz Biuro Administracyjne Pięciu Prowincji, na którego czele staje Ho Man Sik. Kim Ir Sen działa w jego tle. W grudniu 1945 roku konferencja w Moskwie przypieczętowuje podział Korei na strefy okupacyjne. Sojusznicy uznają, że Korea nie dorosła do samodzielnej państwowości. Ho Man Sik, dobry, uczciwy człowiek i żarliwy patriota, na znak protestu składa rezygnację. Kim Ir Sen, którego niepodległość Korei ani ziębi ani grzeje, natychmiast wykorzystuje okazję do przejęcia władzy. Tego samego dnia Ho Man Sik zostaje aresztowany, a później zamordowany.
Teraz Kim musi wykończyć konkurencję wśród towarzyszy komunistów. W kolejnych czystkach znikają komuniści z Korei, reemigranci z Chin i ZSRR a w końcu niemal wszyscy towarzysze Kima z chińskiej partyzantki i Specjalnej Brygady Snajperów. Ich miejsce zajmują nowe kadry posłusznych klakierów gotowych przyklasnąć ścięciu każdej głowy, byle tylko zachować własną. Od lutego 1946 roku Kim rządzi już niepodzielnie. We wrześniu 1948 roku zostaje proklamowana Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna – państwo ze snu Orwella.
Wojna światów
Podstawową przyczyną wojny koreańskiej była megalomania Kim Ir Sena. Kim wierzył, że gdy jego wojska wkroczą do Korei Południowej, wybuchnie tam powstanie, które zapewni mu zwycięstwo. Tymczasem ludności Południa, mimo niezbyt sympatycznej dyktatury, żyło się coraz lepiej i nikt się nie kwapił do nowych wojen.
Kim Ir Sen nie mógł rozpocząć wojny samodzielnie. Uzależniony był od protektorów: Rosji i Chin. Potrzebne mu były dostawy materiałów wojennych oraz błogosławieństwo polityczne. Kim wykorzystał przeciw swym protektorom to, w czym sami go wyszkolili: dezinformację. Do obu stolic zaczynają napływać nieprawdziwe informacje o przygotowaniach Południa do wojny, koncentracji wojsk na granicy, o rewolucyjnym wrzeniu wśród robotników i chłopów. Trzeba przyznać że Kim miał niezły talent w mistyfikacji i spiskach, skoro zdołał nabrać Stalina i Mao oraz służby specjalne Kang Shenga i Berii.
5 marca 1949 roku plany ataku na południe otrzymuje Stalin a 14 maja Mao Zedong. Obaj z pewnymi oporami, i nie od razu, akceptują atak. Ale i tu Kim wyprowadza ich w pole. Atakuje wcześniej niż było to uzgodnione, 25 czerwca 1950 roku, tworząc fakt dokonany. Zaskoczony Związek Radziecki nie zdołał zapobiec rezolucji ONZ o interwencji w Korei (ZSRR chwilowo bojkotował ONZ, jego przedstawiciela w Radzie Bezpieczeństwa nie było na sali i nie złożył veta). Rada Bezpieczeństwa ONZ podejmuje ją już 27 czerwca. W tym czasie wojska Północy prą na południe przy niewielkim tylko oporze zaskoczonego przeciwnika.
Kim nie przewidział jednak szybkości reakcji USA. Już 30 czerwca, zaledwie 5 dni po ataku, na półwyspie koreańskim lądują pierwsze wojska amerykańskie pod flagą ONZ. Ofensywa wojsk Kima zostaje powstrzymana. 15 września generał Douglas Mac Artur rozpoczyna kontratak ogromnym desantem morskim na dalekich tyłach wojsk Północy. Po siedmiu dniach wojska amerykańskie przekraczają 38 równoleżnik i wkraczają do KRL-D. Armia Północnokoreańska praktycznie już nie istnieje. Mac Artur zbliża się do granicy Chin. Komuniści w północnych Chinach profilaktycznie aresztują 100 tysięcy ludzi a kolejne 50 tysięcy od razu rozstrzeliwują (resztę nieco później).
8 października marszałek Peng Dehuai wkracza do Korei na czele 12 chińskich dywizji jako „milion ochotników”. „Ludzka fala” piechoty chińskiej początkowo wypiera wojska amerykańskie, ale Mac Artur używa najsilniejszego atutu – lotnictwa. Naloty i nieprzerwana nawała artyleryjska dziesiątkują „ludzką falę”. Rosyjscy (i polscy) piloci, w maszynach przemalowanych na koreańskie, nagminnie przegrywają pojedynki z lotnictwem USA. Ale na miejsce rozbitych wojsk chińskich przybywają wciąż nowe. Wojna trwa i w końcu bierze w niej udział niemal cała Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza. Chińczycy wysłali do Korei w sumie, choć nie jednocześnie, 2.300 tys. żołnierzy. Niemal całe wojsko jakie posiadali. 700 tys. z nich poległo. 1.200 tysięcy zostało rannych. ChAL-W straciła blisko 70% stanu osobowego. W końcu nawet Stalin i Mao zrozumieli, że muszą zakończyć wojnę, jeśli za kolejne pół roku nie chcą mieć Mac Artura w Pekinie. 27 lipca 1953 roku granica powróciła na 38 równoleżnik.
Muszę tu obalić pewien rozpowszechniony obecnie mit. Wojna koreańska nie było wojną między USA a Koreą. Walczyły wojska ONZ, w których głównym trzonem były wojska USA, ale także byli żołnierze innych krajów, np. Australijczycy. Po drugiej stronie wojna była też mocno umiędzynarodowiona. Poza żołnierzami ZSRR i Chin brali w niej udział także żołnierze innych państw podległych Moskwie, w tym polscy (piloci, łącznościowcy, radiolokacja, szpitale wojskowe).
Niewątpliwie i Stalin i Mao byli wściekli na Kim Ir Sena za sprowokowanie tej awantury. Ten jednak rozpoczął sprytną grę. Po śmierci Stalina w 1953 roku, wykorzystując napięcia między Chruszczowem a Mao i lawirując, ostatecznie uniezależnił się od obu. Wychowanek Kang Shenga, agent NKWD Kim Ir Sen w końcu wykiwał wszystkich.
Gospodarz ciała
O Korei Północnej często mówi się „ostatni bastion stalinizmu”. To nieprawda. Realia tego kraju jak i ideologia Dżucze (dosłownie: gospodarz ciała) nie mają ze stalinizmem nic wspólnego. Są autorskim dziełem Kim Ir Sena. Nieprawdziwy jest także pogląd, że realia Północnej Korei są takie same, jak Chin za czasów Mao. Jest to system równie potworny, ale zupełnie inny.
Na ideologię Dżucze składają się cztery elementy:
- Dżucze w ideologii oznacza nacjonalizm i kult myśli Kim Ir Sena.
- Dżucze w polityce oznacza pełną niezależność od mocarstw i świata.
- Dżucze w ekonomice oznacza pełny izolacjonizm, samowystarczalność gospodarczą.
- Dżucze w obronie oznacza samowystarczalność w obronie kraju („przemienić kraj w twierdzę”). Rzeczywiście cały kraj pokrywają bunkry i schrony, a wszystkie plaże pokryte są zasiekami.
Do obłędu doprowadzono militaryzację kraju. Każdy, niezależnie od płci, przechodzi codzienne obowiązkowe szkolenia wojskowe od 7 do 65 roku życia (doba obywatela KRL-D dzieli się na 8 godzin pracy, 8 godzin szkoleń wojskowych i ideologicznych oraz 8 godzin snu). Ogromną, liczącą 1.128 tys. żołnierzy, armię uzupełnia 1,5 milionowa Czerwona Gwardia Robotniczo-Chłopska i 700 tysięczna Czerwona Gwardia Młodzieżowa.
Wydatki na armię pochłaniają 30% budżetu. Służba wojskowa trwa, zależnie od formacji, od 5 do 10 lat. Po niej następuje obowiązkowa służba w Korpusie Pacyfikacyjnym do 40 roku życia i w Gwardii Robotniczo-Chłopskiej do 65 roku życia.
Do niedawna pensja Koreańczyka była niemal stała, wypłacana głównie w bonach. Obowiązuje pełne rozdzielnictwo dóbr. Prawie nie ma sklepów. Poza patiomkinowskimi atrapami dla cudzoziemców nie istnieją normalne kina, teatry, restauracje, kawiarnie. Nie ma prywatnych samochodów a jazda na rowerze do niedawna była zabroniona (oficjalne uzasadnienie: „jadący na rowerze przebywa poza kolektywem i nie wiadomo, o czym myśli”). Rower powrócił do łask dopiero, gdy w kraju niemal zupełnie zabrakło benzyny. Mieszkanie rodzina otrzymuje od państwa od razu z meblami (nie ważne, czy im się podobają). Jeden pokój przeznaczony jest na obowiązkowy portret Kim Ir Sena. Dokładny regulamin mówi, że w tym pokoju nie wolno: czesać włosów, przeciągać się na sofie… Jedyne co wolno, to oddawać cześć.
Od lat w KRL-D panuje głód. Zmarło już 2 mln. ludzi. Podstawą wyżywienia jest „czarna kluska” wytwarzana z mieszaniny trocin, zmielonych kaczanów kukurydzy i mąki (w mniejszości). Znaczną część areału upraw obsiano makiem na produkcję heroiny, stanowiącą, obok fałszowania obcych walut, istotne źródło dochodów państwa. Gdy pewnego razu Korea Południowa udzieliła Północnej pomocy finansowej na zakup żywności, władze Północy zakupiły 200 mercedesów 600 SL.
Dzieci po ukończeniu 3 roku życia przebywają w „całodobowym przedszkolu”, skąd rodzice otrzymują je tylko na niedzielę. Starsze dzieci oddzielane są do rodzin całkowicie i wychowywane przez państwo. System jest jednak niekonsekwentny, bo państwu brakuje środków, więc objął nie wszystkie dzieci, a część dzieci odebranych rodzicom jest porzucana. Te sztuczne sieroty błąkają się żebrząc i kradnąc. Mają swoich biologicznych rodziców, ale nie wiedzą, gdzie ich szukać. Praktycznie nie istnieje normalne życie rodzinne.
W kraju wychodzi tylko jedna gazeta „Nodong Siumun” licząca w stolicy 6 stron, a na prowincji 4 strony. Te dwie dodatkowe stołeczne strony to wiadomości zagraniczne. Oczywiście są to odpowiednie wiadomości: o czynach społecznych na Kubie, o udanych zbiorach w Chinach… Obowiązuje zasada: jeden człowiek – jedna gazeta, bo ma ona różne wersje: inną dla partyjnych, inną dla związkowców, inną dla kobiet… Obowiązuje klucz, co kto czyta. Gazet nie wolno wyrzucać. Trzeba je składać do specjalnej teczki i co miesiąc oddawać. W ten sposób, po kolejnym zakręcie historii, władze mogą wydrukować nowe wersje starych gazet i mieć pewność, że nikt nie zachował oryginału.
Społeczeństwo podzielone jest na trzy klasy. Pierwsza „centralna” lub „lojalna” grupuje 28% obywateli. Druga „niestała” lub „niepewna” – 45%. Trzecia „wroga” lub „obca” – 27%. Każda z klas podzielona jest na 51 kategorii. Zewnętrznym objawem przynależności do określonej klasy jest rodzaj znaczka z portretem Kim Ir Sena i Kim Dżong Ila, noszonego na ubraniu. Ruch między klasami możliwy jest tylko w dół. To co najbardziej różni ludzi innych klas i kategorii to odległość od uwięzienia i egzekucji.
Kraj pokryty jest siecią obozów koncentracyjnych i więzień. Strażnik za zabicie więźnia otrzymuje premię: dwie butelki piwa i pół kilograma wołowiny. Terror i izolację informacyjną doprowadzono do takiego poziomu, że jakakolwiek opozycja jest niemożliwa. Procesy sądowe są tylko dwóch rodzajów: tajne i pokazowe. Podstawy wyroku nikt nie zna, bo kodeks karny jest tajny. Bywa, że tajny jest także akt oskarżenia, i podsądny nie wie, za co i na jakiej podstawie jest sądzony. Bardzo często orzekana jest kara śmierci, lub „kara śmierci do trzeciego pokolenia” obejmująca zbiorowo całe rodziny. Egzekucje wykonywane są w sposób niezwykle okrutny. Udokumentowano na przykład egzekucje na nagich kobietach wieszanych za ręce lub nogi i rozszarpywanych przez celowo wygłodzone psy. Znamy też przypadki testowania gazów bojowych lub trucizn na całych więzionych rodzinach, łącznie z dziećmi. „Badacze” obserwowali te „testy” przez szyby i robili notatki.
Koreańskim komunistom udało się wprowadzić ten system w dużym stopniu dzięki tradycji 500 letniej izolacji kraju. Korea nazywana była od wieków Krajem Zatrzaśniętej Bramy.
Po Prostu Słońce
Po śmierci Kim Ir Sena władzę w kraju przejął jego syn Kim Dżong Il. Wcześniej studiował w szkole lotniczej w Lipsku w NRD. Ponieważ panicznie bał się latać, nigdy nie wsiadł do samolotu. Szkoły nie ukończył. Został wydalony za burdy i hulaszczy tryb życia. Niechby jednak ktoś, wymieniając bizantyjskie tytuły Ukochanego Przywódcy, zapomniał powiedzieć „genialny pilot myśliwski”, to marny jego los.
Jeszcze za życia ojca Kim Dżong Il „sprawował nadzór” nad środowiskiem filmowym i „udzielał wskazówek na miejscu”, co polegało głównie na tym, że swatał aktorki prominentom i urządzał huczne balangi w towarzystwie pięknych kobiet. Prawdopodobnie już w tym czasie zaczęto sprowadzać dla niego specjalnym samolotem szwedzkie prostytutki.
Kim Dżong Il był niskiego wzrostu i nosi buty na 12 centymetrowym koturnie. Nosił też niezwykłą u Koreańczyka fryzurę afro, która według jednej teorii przysparzała mu dodatkowych kompleksów, a według innej, sam się ondulował, by dodać sobie wzrostu. Przez pierwsze cztery lata rządów tylko raz się odezwał publicznie wypowiadając dwa słowa: „czołem żołnierze” i krążyła teoria, że ma poważną wadę wymowy. Gdy jednak spotkał się z prezydentem Korei Południowej, był rozmowny i elokwentny, oraz upił rozmówcę doprowadzając do tego, że ów zasnął (ten incydent świadczy o skali izolacji KRL-D – przez cztery lata na Zachodzie niemal nic nie wiedziano o człowieku, który nią rządzi).
W czasie spotkania z prezydentem Rosji, obiecał mu, że Korea zawiesi swój program rakietowy, a gdy Putin powtórzył to na spotkaniu grupy G7, Kim Dżong Il oświadczył: „żartowałem”. Udając się w delegację do Pekinu, a później do Moskwy, zabrał ze sobą ponad sto osób, co politolodzy interpretują tak, że nie zostawił w kraju nikogo, kto mógłby pod jego nieobecność próbować przewrotu. Jego podróż do Moskwy zasłynęła z powodu niemal komicznego incydentu. Gdy pancerny pociąg wjechał na Dworzec Kazański w Moskwie, agenci FSB z przerażeniem zauważyli ślady po kulach na wagonie Kim Dżong Ila. Okazało się, że obstawa Kima juniora, podczas podróży przez Syberię, zastrzeliła kaczkę, którą podano na obiad Ukochanemu Przywódcy. Później narysowano sylwetkę kaczki na wagonie i strzelano do niej jak do tarczy.
Kim Dżong Il nazwał swoją politykę „strategią czerwonego sztandaru”, której głównym hasłem jest „karabin naprzód”. W praktyce polityka ta oznacza rządy armii ponad partią. Pierwszym efektem „strategii czerwonego sztandaru” była spektakularna ucieczka na Południe Hwang Dżong Jopa, czołowego ideologa dżucze, który wiedział, że w tym kraju były ideolog, to martwy ideolog.
Później nastąpiło (dziś już wiemy, że tylko taktyczne i pozorowane) nieśmiałe otwieranie się Północy, głównie na pomoc finansową i żywnościową, przy czym nie obeszło się bez incydentów, takich jak wspomniany już zakup mercedesów. Wielu ekspertów twierdzi, że Phenian zawyża liczbę ofiar głodu, by uzyskać większą pomoc zagraniczną, której znaczna część zasila jego armię.
Odpowiedzią na rzekome pojednawcze gesty Kim Dżong Ila była „słoneczna polityka” prezydenta Korei Południowej Kim De Dżunga, w efekcie której doszło do historycznego spotkania obu przywódców, a następnie do pierwszych od 50 lat spotkań rozdzielonych rodzin. Wcześniej uzgodniono, że Południe bezwzględnie deportuje każdego ewentualnego uciekiniera. Trzeba pamiętać, że oba państwa są ciągle formalnie w stanie wojny.
Trzeba tu dodać, że „słoneczne polityka” skończyła się kompletna klapą. „Historyczne spotkanie” Kimów odbyło się dzięki gigantycznej łapówce w wysokości 500 milionów dolarów (!!!) dla Kim Dżong Ila, a jego opóźnienie o dobę spowodowane było oczekiwaniem Północy na potwierdzenie przelewu.
Jednocześnie następuje proces oddolnego otwierania się na świat, czyli nasilanie się ucieczek. Chiny brutalnie deportują złapanych uciekinierów, a ci trafiają w ojczyźnie pod ściankę lub do obozu, co ostatecznie na jedno wychodzi (tylko później). Jednak Chiny także nieco tolerują uchodźców, a łapią tylko tych, którzy się nie opłacają milicji lub gangom, lub próbują dostać się do ambasady i konsulatów Korei Południowej. Kobiety uciekinierki z Korei Północnej sprzedawane są na targach chińskim chłopom na żony. Obrońcy praw człowieka uważają, że jednak ich los i tak jest lepszy, niż w ojczyźnie. Jak ujawnił swego czasu „Memoriał”, Rosja kupuje od KRL-D więźniów do wyrębu lasu na Syberii, a żywot więźniów w ojczyźnie jest tak miły, że chcą być oni sprzedani na Syberię.
Kilka lat temu świat obiegły sensacyjne wieści, że Phenian uruchomił elementy rynku: uwolniono ceny, zlikwidowano bony towarowe, wprowadzono rozliczanie się między przedsiębiorstwami, państwo ma skupywać od rolników płody po cenach rynkowych. Szybko okazało się to kolejną lipą. Jak na razie nic nie wiadomo o prywatyzacji i zgodzie na prywatną działalność gospodarczą. W KRL-D nie ma ani jednej prywatnej firmy i niemal nie istnieją sklepy. Rolnicy w tym „raju robotników” to też nie wolni farmerzy, którzy mogą robić co chcą. Do gospodarki rynkowej jest KRL-D ciągle dalej niż na Księżyc. Przedwczesna była radość z tego, że młody Kim chce pójść „chińską drogą”, czyli zliberalizować gospodarkę przy zachowaniu pełni terroru i kontroli nad społeczeństwem. Ogłoszony już przez niektórych publicystów „początek upadku ostatniego bastionu komunizmu” nie ma pokrycia w faktach. Symptomatyczne było ogłoszenie „wolnej strefy inwestycyjnej” przy granicy z Chinami. Otoczono miasto 3-metrowym murem, wygnano z niego mieszkańców i ogłoszono: inwestorzy inwestujcie! Oczywiście nikt nie zainwestował, bo nikt nie zwariował.
W tradycyjnej politologii funkcjonował pogląd, że rządy trwają, jeśli są dobrze przystosowane do funkcjonowania w wewnętrznych i zewnętrznych warunkach. Jednak najnowsza historia dyktatur Trzeciego Świata pokazuje, że jest inaczej. Dyktatury trwają, nawet gdy nienawidzi ich niemal całe społeczeństwo, gdy kraj pogrąża się głodzie i jest całkowicie izolowany na arenie międzynarodowej. Dyktatury trwają, gdy nie ma powodu, by upadły. Tak jest właśnie z KRL-D. W Kraju Zatrzaśniętej Bramy nie dojdzie do buntu. Poziom terroru i izolacji jest taki, że jedyną formą oporu jest ucieczka. Wbrew pozorom likwidacją tego tworu nie jest też zainteresowany nikt z zewnątrz.
Korea Południowa wcale nie kwapi się do otwarcia granicy. Co bowiem zrobić z milionami ludzi, którzy nawet nie umieją normalnie chodzić po ulicy, którzy nie umieją robić zakupów i rozmawiać, a najlepiej opanowali składanie i rozkładanie Kałasznikowa? Biznesmeni Południa też nie kwapią się do wzięcia na utrzymanie 23 milionów głodujących rodaków. Likwidacją KRL-D nie są zainteresowanie Chiny i Rosja, widzące w tym kraju państwo buforowe przed stacjonującą w Korei Południowej i Japonii US Army. Z kolei dla Amerykanów istnienie KRL-D jest uzasadnieniem do utrzymywania baz wojskowych u granic Rosji i Chin, a cała globalna polityka USA oparta jest na takich bazach.
Tak więc, Koreański Ludowo-Demokratyczny Raj Robotników może jeszcze trwać bardzo długo, niezależnie od tego, czy będzie się reformował, czy też nie.
Obecna zmiana władzy, po śmierci Kom Dżong Ila, prawdopodobnie też nic nie zmieni (obym się mylił). Koreańscy dyktatorzy nie rządzą sami. Rządzi cały klan ich potężnego rodu oraz ścisłe dowództwo armii. Młody Kim Dżong Un sam, tak naprawdę, niewiele ma do powiedzenia. Mrzonkami są nadzieje na jego „zarażenie zachodnią cywilizacją” bo przez 1,5 roku uczył się w szkole w Szwajcarii. Jakie by nie były jego rzeczywiste poglądy, niewiele one znaczą. Opowieści, że jest „wychowany na Zachodzie” i „zna pięć obcych języków” raczej bym między bajki włożył.
Krzysztof Łoziński (kontrateksty.pl)





















