Krzysztof Łoziński: Koreański Ludowo-Demokratyczny Raj Robotników

Ściąga dla telewizji

Po śmierci Kim Dżong Ila w pol­skich mediach poja­wiła się ogromna liczba komen­ta­to­rów, która to liczba jaskrawo kon­tra­stuje z rze­czy­wi­stą liczbą Pola­ków, któ­rzy cokol­wiek o Korei Pół­noc­nej wie­dzą. Usły­sze­li­śmy, poza zda­niem ludzi naprawdę kom­pe­tent­nych, ogromną ilość kom­plet­nych bzdur, jak na przy­kład wypo­wiedź pew­nego pana, iż „prze­ciętna waga żoł­nie­rza Korei Pół­noc­nej to 32 do 35 kilo­gra­mów”. Bred­nię tę TVN-24 powta­rzała wielokrotnie.

Odno­to­wa­łem też dość oso­bliwą teo­rię Krzysz­tofa Mro­zie­wi­cza, że Chiny nie chcą zjed­no­cze­nia Korei, bo sta­łaby się ona potęgą gospo­dar­czą zagra­ża­jącą Chi­nom (sic!). Zupeł­nie odmienne zda­nie na ten temat ma rząd Korei Połu­dnio­wej: zjed­no­cze­nie spo­wo­do­wa­łoby zała­ma­nie gospo­darki Połu­dnia. Usły­sze­li­śmy też histo­rię o tym, jak to w cza­sie Wojny Kore­ań­skiej woj­ska Pół­nocy wyryły dzie­siątki tuneli pod gra­nicą i tymi tune­lami wyje­chały czołgi i zajęły Seul. Kom­pletna bzdura. Pół­noc rze­czy­wi­ście ryje tunele pod gra­nicą, ale… 30 lat później.

Roz­ma­wia­łem tele­fo­nicz­nie o tych komen­ta­rzach z prof. Dzia­kiem i obu nam ręce opa­dały z sze­le­stem. Mam wra­że­nie, że siła par­cia na szkło bywa odwrot­nie pro­por­cjo­nalna do stop­nia kom­pli­ka­cji kory mózgo­wej. Jak to swego czasu powie­dział Sta­ni­sław Tym, „cylin­dryczna gładź kory mózgo­wej naj­le­piej pasuje do gła­dzi ekranu telewizora”.

Z cylin­dryczną gła­dzią wal­czyć mi się nie chce, ale kole­dzy pro­sili mnie, bym coś o Korei Pół­noc­nej napi­sał. Ponie­waż jestem leniwy, posta­no­wi­łem zmo­dy­fi­ko­wać swój stary tekst o tym kraju. Uak­tu­al­ni­łem go, bo parę rze­czy się od tam­tej pory wyda­rzyło i coś nie­coś wię­cej dziś wiemy. Mam nie­śmiałą nadzieję, że może ktoś to prze­czyta, zaczym pój­dzie gadać do tele­wi­zji. Nie śmię nawet marzyć, że prze­czyta jesz­cze publi­ko­wane w „Kon­tra­tek­stach” tek­sty Wal­de­mara Jana Dziaka, Mar­ce­lego Bur­del­skiego, Jerzego Bajera, Nico­lasa Levego…, że może poroz­ma­wia z prof. Andrze­jem Rzeplińskim…

No cóż, poma­rzyć dobrze jest…

Skąd się wzięła dyna­stia Kimów

Wielki Wódz Towa­rzysz Kim Ir Sen w rze­czy­wi­sto­ści nazy­wał się Kim Song-ju. Uro­dził się 15 kwiet­nia 1912 roku we wsi Man­gy­ongde. Ofi­cjalna pro­pa­ganda KRL-D podaje, że jego rodzice mieli „wła­ściwe” kla­sowo, ludowe pocho­dze­nie, brali udział w anty­im­pe­ria­li­stycz­nym ruchu oporu, two­rzyli liczne, nie ist­nie­jące w rze­czy­wi­sto­ści orga­ni­za­cje. Nawet dzia­dek Wiel­kiego Wodza popro­wa­dził atak ludu na ame­ry­kań­ski okręt i zato­pił go, choć w rze­czy­wi­sto­ści był od niego odda­lony o setki kilometrów.

Naprawdę ojciec Wiel­kiego Wodza, Kim Huong Dzik, ukoń­czył szkołę śred­nią pro­wa­dzoną przez ame­ry­kań­skich misjo­na­rzy i został nauczy­cie­lem w szkole powszech­nej. Poznał tam Kang Bon Sok, matkę Kima, córkę dyrek­tora szkoły. Matka Kima nie była rewo­lu­cjo­nistką, lecz prak­ty­ku­jącą chrześcijanką.

Wkrótce po naro­dzi­nach Kima rodzina wyemi­gro­wała zarob­kowo do Man­dżu­rii. Młody Kim cho­dził tam do chiń­skiej szkoły i osta­tecz­nie w 1929 roku zakoń­czył edu­ka­cję na ośmiu kla­sach. W szkole zetknął się z grupą Man­dżur­skiej Fede­ra­cji Mło­dzieży Komu­ni­stycz­nej. Wbrew póź­niej­szej pro­pa­gan­dzie nie odgry­wał tam zna­czą­cej roli, ale od jesieni 1929 roku do maja 1930 był wię­ziony przez poli­cję japoń­ską. Został zwol­niony ze względu na młody wiek. W tym cza­sie Kim przy­brał swój pierw­szy pseu­do­nim: Hian Pol, co zna­czy Pierw­sza Gwiazda. Po zwol­nie­niu z aresztu przy­brał pseu­do­nim Il Sung (Być Słoń­cem). W ten spo­sób Kim Song-ju zamie­nił się w Kim Ir Sena (wszę­dzie poza Pol­ską pisze się to Kim Il Sung, prze­mia­no­wa­nie Il Sunga na Ir Sena jest po pro­stu skut­kiem błędu w tłu­ma­cze­niu poprzez język rosyj­ski. Kore­ań­ski => rosyj­ski => polski).

Według pro­pa­gandy, już jako sied­mio­let­nie chło­pię popro­wa­dził anty­ja­poń­ską demon­stra­cję, a wkrótce potem opu­ścił Koreę z zamia­rem powrotu jako jej wyzwo­li­ciel. W 1930 roku utwo­rzył Kore­ań­ską Armię Rewo­lu­cyjną, w 1932 roku Par­ty­zancką Armię Ludową (żadna z nich nie ist­niała) a na tere­nach wyzwo­lo­nych – Rząd Ludowo-Rewolucyjny (nie było takich tere­nów ani rządu). W okre­sie mło­do­ści Kima, cała rodzina, w tym przy­szła żona, z szyb­ko­ścią kara­binu maszy­no­wego zakła­dała liczne orga­ni­za­cje mło­dzie­żowe, chłop­skie, kobiece, związki zawo­dowe… Gdyby naprawdę w Korei było tyle orga­ni­za­cji, to japoń­ska Armia Kwan­tuń­ska ucie­kłaby w popło­chu. Klops w tym, że źró­dła histo­ryczne o tych ligach, związ­kach i armiach upar­cie milczą.

W rze­czy­wi­sto­ści Kim Ir Sen wal­czył w par­ty­zantce komu­ni­stycz­nej, ale chiń­skiej. Jego prze­ło­żo­nym był Wei Zheng­min (ponura postać KPCh), a nad nim stał Kang Sheng, póź­niej­szy szef służb spe­cjal­nych Mao Zedonga. Warto zwró­cić uwagę na tę postać, w cie­niu któ­rej kształ­to­wały się poglądy Kima. Wśród histo­ry­ków Kang Sheng zyskał przy­do­mek chiń­skiego Berii, choć pod wzglę­dem skali zbrodni, cyni­zmu i okru­cień­stwa praw­dziwy Beria, nie­wąt­pli­wie zbrod­niarz, nie dora­stał mu do pięt.

Kim Ir Sen wyróż­niał się bra­wurą, ale przy tym igno­ran­cją i głu­potą, jeśli patrzeć na jego akcje od strony sztuki wojny. Jego nie­od­po­wie­dzialne dzia­ła­nia dopro­wa­dziły w końcu do takiej mobi­li­za­cji poli­cji japoń­skiej, że komu­ni­styczna par­ty­zantka w Man­dżu­rii została fizycz­nie zli­kwi­do­wana. W lutym 1937 roku 50 par­ty­zan­tów Kima sto­czyło potyczkę u pod­nóża góry Pektu (Pek­tu­san, świę­tej góry Kore­ań­czy­ków, na pogra­ni­czu z Chi­nami), w któ­rej zgi­nęło 13 żoł­nie­rzy japoń­skich. W czerwcu 1937 roku 80 par­ty­zan­tów Kima poko­nuje 30 żan­dar­mów i urzęd­ni­ków japoń­skich „wyzwa­la­jąc” na kilka godzin mia­steczko Pochonbo. Według obec­nej pro­pa­gandy były to prze­ło­mowe bitwy, a w Pochonbo Kim dowo­dził 10 tysią­cami par­ty­zan­tów, wów­czas nie ist­nie­ją­cej, Kore­ań­skiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. W rze­czy­wi­sto­ści jego oddział osią­gnął mak­sy­malną liczeb­ność 300 ludzi w lipcu 1940 roku, tuż przed totalną klę­ską man­dżur­skiej partyzantki.

W marcu 1941 roku Kim ucieka do ZSRR (ofi­cjal­nie nigdy tam nie był, lecz do 1945 toku sto­czył 30 bitew z Japoń­czy­kami), gdzie w 1942 roku zostaje dowódcą bata­lionu Spe­cjal­nej Samo­dziel­nej Bry­gady Snaj­pe­rów Armii Czer­wo­nej. W skład jego oddziału wcho­dzi 100 Chiń­czy­ków, 40 Rosjan i 60 Kore­ań­czy­ków. For­ma­cja ta nie brała udziału w żad­nych wal­kach. W 1944 roku Kim Ir Sen stu­diuje w Cha­ba­row­sku w Szkole Wywiadu NKWD. Wielki Wódz towa­rzysz Kim Być Słoń­cem został agen­tem NKWD i w takiej roli Rosja­nie przy­wieźli go do Korei.

Wcze­śniej, w 1941 roku poznał w ZSRR chłopkę, anal­fa­betkę Kim Dżong Suk uży­wa­jącą wów­czas imie­nia Wiera. 16 lutego 1942 roku uro­dził się ich syn, Jurij Ili­sa­je­wicz Kim, znany nam obec­nie jako Kim Dżong Il. Przy­do­mek Dżong Il zna­czy: Po Pro­stu Słońce. O ile ojciec chciał Być Słoń­cem, to syn już nim był. Kim Dżong Il uro­dził się we wsi Wia­kut­skoje, w pobliżu Cha­ba­row­ska, na Sybe­rii. Poród odby­wał się w szo­pie na drewno opa­łowe, a przyj­mo­wała go lekarka wete­ry­na­rii.
Według pro­pa­gandy Kim Dżong Il uro­dził się w baraku par­ty­zanc­kim na sto­kach świę­tej góry Pek­tu­san. W dniu jego uro­dzin roz­kwi­tły kwiaty (w lutym) a powie­trze wypeł­niły pta­sie trele. Mówiąca ludz­kim gło­sem jaskółka obwie­ściła uro­dziny Uko­cha­nego Przy­wódcy siwo­bro­demu star­cowi, który nie wia­domo czego szu­kał na tym pustkowiu.

Podobne nie­zwy­kłe zja­wi­ska dzieją się w Korei do dzi­siaj. Jesz­cze nie­dawno, w rocz­nicę uro­dzin Kim Ir Sena sie­dem­na­ście żurawi okrą­żyło trzy­krot­nie pomnik idei Dżu­cze w Phe­nia­nie, a jaskółki przez cały dzień mówiły ludz­kim gło­sem. Zaraz potem nie­wielka rakieta bali­styczna Tupo­gong II prze­le­ciaw­szy nad Japo­nią umie­ściła na orbi­cie sate­litę nada­ją­cego pie­śni na cześć Kim Ir Sena, któ­rych to sygna­łów nie­do­sko­nała tech­nika USA i jego sojusz­ni­ków nie zdo­łała ode­brać (a także wykryć satelity).

Legen­darny Generał

Całe życie Kim Ir Sena i jego syna owiane jest pro­pa­gan­dową mito­lo­gią. W wio­sce Man­gy­ongde zbu­do­wano zupeł­nie nowe chłop­skie chaty rodziny Kimów, kryte zupeł­nie nowa strze­chą. Wokół pełno jest tablic pamiąt­ko­wych w stylu: „Ska­cząc z tego kamie­nia, jako czte­ro­let­nie dziecko, Wielki Wódz towa­rzysz Kim Ir Sen wymy­ślił, jak poko­nać japoń­skich impe­ria­li­stów”. Na zbo­czach góry Pektu (Pek­tu­san) powstają zupeł­nie nowe baraki par­ty­zanc­kie (nigdy ich tam nie było), par­ty­zanc­kie bazy, place ćwi­czeń, zasadzki… Na pniach drzew, zbyt mło­dych, by wów­czas rosły, odkry­wane są par­ty­zanc­kie napisy i hasła.

Legendę uzu­peł­nia obfita iko­no­gra­fia. Tytuł obrazu: „Wielki Wódz towa­rzysz Kim Ir Sen prze­kra­cza rzekę gra­niczną, by wyzwo­lić ojczy­znę spod japoń­skiej oku­pa­cji”. Młody, uśmiech­nięty Kim, z pepe­szą na piersi brnie przez śniegi. Zdję­cie: demon­stranci w 1945 roku niosą por­tret Kim Ir Sena. Całe zdję­cie jest mocno kon­tra­stowe, tylko czerń i biel, a ogromny por­tret Kima utrzy­many jest w pół­to­nach sza­ro­ści. Oczy­wi­sty foto­mon­taż. W póź­niej­szym foto­mon­tażu ci sami demon­stranci też niosą por­tret Kima, ale inny.

Kolejne zdję­cie: Kim Ir Sen prze­ma­wia. Na twa­rzy Kima ziarno foto­gra­ficzne jest drob­niut­kie, a na resz­cie zdję­cia grube jak kasza. Twarz Kima wmon­to­wano w zdję­cie kogo innego.

Bogata jest też biblio­gra­fia nie­zli­czo­nej ilo­ści dzieł Kim Ir Sena (wyraź­nie pisa­nych przez róż­nych auto­rów) oraz dzieł o Kim Ir Senie. Wraz z poja­wia­niem się coraz to now­szych wer­sji histo­rii dotych­cza­sowe książki, gazety i doku­menty lądują w pie­cach, a na ich miej­sce poja­wiają się zupeł­nie nowe wer­sje ich sta­rych wydań. Publi­ko­wane są tek­sty nigdy nie wygło­szo­nych prze­mó­wień, w oko­licz­no­ściach, któ­rych nigdy nie było. Tek­sty te tłu­ma­czone są na nie­mal wszyst­kie języki świata. Mam przed sobą dzieło: „Kim Ir Sen. »O Dżu­cze w naszej rewo­lu­cji.« Z oka­zji 65 rocz­nicy uro­dzin Wiel­kiego Wodza towa­rzy­sza Kim Ir Sena”, po pol­sku (wydano kil­ku­dzie­się­ciu języ­kach), twarda oprawa, skóra, zło­cony tytuł, kre­dowy papier, 572 strony. Zawar­tość: nigdy nie wygło­szone prze­mó­wie­nia. Na przy­kład: „Odrzućmy linię lewacko-awanturniczą i wcie­lajmy w życie kurs rewolucyjno-organizacyjny – prze­mó­wie­nie na nara­dzie kie­row­ni­czej kadry par­tyj­nej i kom­so­mol­skiej w Men­wolgu w powie­cie Jań­czi. 20 maja 1931 roku.” Nie było takiej narady, a Kim miał wów­czas 18 lat i prze­by­wał w Man­dżu­rii. Albo: „Arty­kuł opu­bli­ko­wany w orga­nie Kore­ań­skiej Armii Ludowo-Rewolucyjnej »Sogwan«. 10 listo­pada 1937.” Nie było wów­czas takiej armii ani jej organu.

Ale bywa jesz­cze dziw­niej. Gdy jeden z pol­skich bada­czy chciał się spo­tkać z pro­fe­so­rem Baik Bong, auto­rem trzy­to­mo­wej bio­gra­fii Kim Ir Sena (łącz­nie 1800 stron) oka­zało się, że nie ma takiego profesora.

Ofi­cjalna wer­sja wyzwo­le­nia Korei prze­szła kilka prze­mian. Do końca lat pięć­dzie­sią­tych utrzy­my­wano, że Koreę wyzwo­liła Armia Czer­wona. Póź­niej stop­niowo poja­wia się wer­sja o udziale par­ty­zan­tów kore­ań­skich. Od 1950 roku mowa jest o Woj­skach Radziec­kich i oddzia­łach Kim Ir Sena. Póź­niej nastę­puje zmiana akcen­tów: Woj­ska Kim Ir Sena przy udziale Armii Czer­wo­nej. Osta­tecz­nie: tylko woj­ska Kim Ir Sena – „Sta­lowy Dowódca” wydał roz­kaz i poko­nał „milion żoł­nie­rzy Japonii”.

W rze­czy­wi­sto­ści w sierp­niu 1945 roku ZSRR wypo­wie­dział wojnę Japo­nii. Woj­ska radziec­kie, nie napo­ty­ka­jąc więk­szego oporu doszły do połowy pół­wy­spu kore­ań­skiego i tu zatrzy­mały się (co było uzgod­nione z USA na kon­fe­ren­cji w Kairze). Woj­ska ame­ry­kań­skie wylą­do­wały nieco póź­niej i zajęły połu­dnie. 19 wrze­śnia, trzy tygo­dnie po wyzwo­le­niu Korei, Rosja­nie przy­wieźli Kim Ir Sena w mun­du­rze kapi­tana Armii Czer­wo­nej na statku „Puga­czow” do portu Wousan. Zaraz potem Rosja­nie awan­so­wali Kima do stop­nia „legen­dar­nego gene­rała” i urzą­dzili mu huczne powi­ta­nie w Phe­nia­nie. Nie zna­jący kore­ań­skich oby­cza­jów i kale­czący język (od dziecka prze­by­wał na emi­gra­cji) Kim, wystę­pu­jący w skrom­nej mary­narce z radziec­kim orde­rem, wygło­sił prze­mó­wie­nie, które mało kto zro­zu­miał. Ogól­nie wypadł blado. Kore­ań­czycy nie wpa­dli w zachwyt dla „legen­dar­nego gene­rała”, o któ­rym nikt nie słyszał.

Wła­dza wyra­sta z lufy karabinu

Począt­kowo w Korei Pół­noc­nej rzą­dzą samo­dziel­nie Rosja­nie, ale stop­niowo zaczy­nają się wyrę­czać Kimem, który z cza­sem coraz bar­dziej otwar­cie dąży do pełni wła­dzy. W orga­ni­zo­wa­niu spi­sków, pro­wo­ka­cji i zabójstw przy­dają nu się nauki Kang Shenga i szko­le­nie w NKWD. Kim musi naj­pierw usu­nąć kon­ku­ren­tów. Pierw­szym jest pastor Ho Man Sik, auten­tyczny boha­ter anty­ja­poń­skiego ruchu oporu, naśla­dowca Gan­dhiego, pro­pa­gu­jący walkę bez prze­mocy. W prze­ci­wień­stwie do Kima ma w Korei ogromny autorytet.

Ho Man Sik zro­bił jed­nak poważny błąd: dał się wcią­gnąć w gry poli­tyczne nowego oku­panta. To on przed­sta­wił w cza­sie „powi­ta­nia” w Phe­nia­nie Kim Ir Sena „dając mu twarz”. Bez tego Kim byłby dla Kore­ań­czy­ków tylko rosyj­skim agen­tem.
Rzą­dzący Koreą puł­kow­nik Igna­tiew powo­łuje w listo­pa­dzie 1945 roku mario­net­kowy Tym­cza­sowy Komi­tet Ludowy Pię­ciu Pro­win­cji oraz Biuro Admi­ni­stra­cyjne Pię­ciu Pro­win­cji, na któ­rego czele staje Ho Man Sik. Kim Ir Sen działa w jego tle. W grud­niu 1945 roku kon­fe­ren­cja w Moskwie przy­pie­czę­to­wuje podział Korei na strefy oku­pa­cyjne. Sojusz­nicy uznają, że Korea nie doro­sła do samo­dziel­nej pań­stwo­wo­ści. Ho Man Sik, dobry, uczciwy czło­wiek i żar­liwy patriota, na znak pro­te­stu składa rezy­gna­cję. Kim Ir Sen, któ­rego nie­pod­le­głość Korei ani ziębi ani grzeje, natych­miast wyko­rzy­stuje oka­zję do prze­ję­cia wła­dzy. Tego samego dnia Ho Man Sik zostaje aresz­to­wany, a póź­niej zamordowany.

Teraz Kim musi wykoń­czyć kon­ku­ren­cję wśród towa­rzy­szy komu­ni­stów. W kolej­nych czyst­kach zni­kają komu­ni­ści z Korei, reemi­granci z Chin i ZSRR a w końcu nie­mal wszy­scy towa­rzy­sze Kima z chiń­skiej par­ty­zantki i Spe­cjal­nej Bry­gady Snaj­pe­rów. Ich miej­sce zaj­mują nowe kadry posłusz­nych kla­kie­rów goto­wych przy­kla­snąć ścię­ciu każ­dej głowy, byle tylko zacho­wać wła­sną. Od lutego 1946 roku Kim rzą­dzi już nie­po­dziel­nie. We wrze­śniu 1948 roku zostaje pro­kla­mo­wana Kore­ań­ska Repu­blika Ludowo-Demokratyczna – pań­stwo ze snu Orwella.

Wojna świa­tów

Pod­sta­wową przy­czyną wojny kore­ań­skiej była mega­lo­ma­nia Kim Ir Sena. Kim wie­rzył, że gdy jego woj­ska wkro­czą do Korei Połu­dnio­wej, wybuch­nie tam powsta­nie, które zapewni mu zwy­cię­stwo. Tym­cza­sem lud­no­ści Połu­dnia, mimo nie­zbyt sym­pa­tycz­nej dyk­ta­tury, żyło się coraz lepiej i nikt się nie kwa­pił do nowych wojen.

Kim Ir Sen nie mógł roz­po­cząć wojny samo­dziel­nie. Uza­leż­niony był od pro­tek­to­rów: Rosji i Chin. Potrzebne mu były dostawy mate­ria­łów wojen­nych oraz bło­go­sła­wień­stwo poli­tyczne. Kim wyko­rzy­stał prze­ciw swym pro­tek­to­rom to, w czym sami go wyszko­lili: dez­in­for­ma­cję. Do obu sto­lic zaczy­nają napły­wać nie­praw­dziwe infor­ma­cje o przy­go­to­wa­niach Połu­dnia do wojny, kon­cen­tra­cji wojsk na gra­nicy, o rewo­lu­cyj­nym wrze­niu wśród robot­ni­ków i chło­pów. Trzeba przy­znać że Kim miał nie­zły talent w misty­fi­ka­cji i spi­skach, skoro zdo­łał nabrać Sta­lina i Mao oraz służby spe­cjalne Kang Shenga i Berii.

5 marca 1949 roku plany ataku na połu­dnie otrzy­muje Sta­lin a 14 maja Mao Zedong. Obaj z pew­nymi opo­rami, i nie od razu, akcep­tują atak. Ale i tu Kim wypro­wa­dza ich w pole. Ata­kuje wcze­śniej niż było to uzgod­nione, 25 czerwca 1950 roku, two­rząc fakt doko­nany. Zasko­czony Zwią­zek Radziecki nie zdo­łał zapo­biec rezo­lu­cji ONZ o inter­wen­cji w Korei (ZSRR chwi­lowo boj­ko­to­wał ONZ, jego przed­sta­wi­ciela w Radzie Bez­pie­czeń­stwa nie było na sali i nie zło­żył veta). Rada Bez­pie­czeń­stwa ONZ podej­muje ją już 27 czerwca. W tym cza­sie woj­ska Pół­nocy prą na połu­dnie przy nie­wiel­kim tylko opo­rze zasko­czo­nego przeciwnika.

Kim nie prze­wi­dział jed­nak szyb­ko­ści reak­cji USA. Już 30 czerwca, zale­d­wie 5 dni po ataku, na pół­wy­spie kore­ań­skim lądują pierw­sze woj­ska ame­ry­kań­skie pod flagą ONZ. Ofen­sywa wojsk Kima zostaje powstrzy­mana. 15 wrze­śnia gene­rał Douglas Mac Artur roz­po­czyna kontr­atak ogrom­nym desan­tem mor­skim na dale­kich tyłach wojsk Pół­nocy. Po sied­miu dniach woj­ska ame­ry­kań­skie prze­kra­czają 38 rów­no­leż­nik i wkra­czają do KRL-D. Armia Pół­noc­no­ko­re­ań­ska prak­tycz­nie już nie ist­nieje. Mac Artur zbliża się do gra­nicy Chin. Komu­ni­ści w pół­noc­nych Chi­nach pro­fi­lak­tycz­nie aresz­tują 100 tysięcy ludzi a kolejne 50 tysięcy od razu roz­strze­li­wują (resztę nieco później).

8 paź­dzier­nika mar­sza­łek Peng Dehuai wkra­cza do Korei na czele 12 chiń­skich dywi­zji jako „milion ochot­ni­ków”. „Ludzka fala” pie­choty chiń­skiej począt­kowo wypiera woj­ska ame­ry­kań­skie, ale Mac Artur używa naj­sil­niej­szego atutu – lot­nic­twa. Naloty i nie­prze­rwana nawała arty­le­ryj­ska dzie­siąt­kują „ludzką falę”. Rosyj­scy (i pol­scy) piloci, w maszy­nach prze­ma­lo­wa­nych na kore­ań­skie, nagmin­nie prze­gry­wają poje­dynki z lot­nic­twem USA. Ale na miej­sce roz­bi­tych wojsk chiń­skich przy­by­wają wciąż nowe. Wojna trwa i w końcu bie­rze w niej udział nie­mal cała Chiń­ska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza. Chiń­czycy wysłali do Korei w sumie, choć nie jed­no­cze­śnie, 2.300 tys. żoł­nie­rzy. Nie­mal całe woj­sko jakie posia­dali. 700 tys. z nich pole­gło. 1.200 tysięcy zostało ran­nych. ChAL-W stra­ciła bli­sko 70% stanu oso­bo­wego. W końcu nawet Sta­lin i Mao zro­zu­mieli, że muszą zakoń­czyć wojnę, jeśli za kolejne pół roku nie chcą mieć Mac Artura w Peki­nie. 27 lipca 1953 roku gra­nica powró­ciła na 38 równoleżnik.

Muszę tu oba­lić pewien roz­po­wszech­niony obec­nie mit. Wojna kore­ań­ska nie było wojną mię­dzy USA a Koreą. Wal­czyły woj­ska ONZ, w któ­rych głów­nym trzo­nem były woj­ska USA, ale także byli żoł­nie­rze innych kra­jów, np. Austra­lij­czycy. Po dru­giej stro­nie wojna była też mocno umię­dzy­na­ro­do­wiona. Poza żoł­nie­rzami ZSRR i Chin brali w niej udział także żoł­nie­rze innych państw pod­le­głych Moskwie, w tym pol­scy (piloci, łącz­no­ściowcy, radio­lo­ka­cja, szpi­tale woj­skowe).
Nie­wąt­pli­wie i Sta­lin i Mao byli wście­kli na Kim Ir Sena za spro­wo­ko­wa­nie tej awan­tury. Ten jed­nak roz­po­czął sprytną grę. Po śmierci Sta­lina w 1953 roku, wyko­rzy­stu­jąc napię­cia mię­dzy Chrusz­czo­wem a Mao i lawi­ru­jąc, osta­tecz­nie unie­za­leż­nił się od obu. Wycho­wa­nek Kang Shenga, agent NKWD Kim Ir Sen w końcu wyki­wał wszystkich.

Gospo­darz ciała

O Korei Pół­noc­nej czę­sto mówi się „ostatni bastion sta­li­ni­zmu”. To nie­prawda. Realia tego kraju jak i ide­olo­gia Dżu­cze (dosłow­nie: gospo­darz ciała) nie mają ze sta­li­ni­zmem nic wspól­nego. Są autor­skim dzie­łem Kim Ir Sena. Nie­praw­dziwy jest także pogląd, że realia Pół­noc­nej Korei są takie same, jak Chin za cza­sów Mao. Jest to sys­tem rów­nie potworny, ale zupeł­nie inny.

Na ide­olo­gię Dżu­cze skła­dają się cztery elementy:

  • Dżu­cze w ide­olo­gii ozna­cza nacjo­na­lizm i kult myśli Kim Ir Sena.
  • Dżu­cze w poli­tyce ozna­cza pełną nie­za­leż­ność od mocarstw i świata.
  • Dżu­cze w eko­no­mice ozna­cza pełny izo­la­cjo­nizm, samo­wy­star­czal­ność gospodarczą.
  • Dżu­cze w obro­nie ozna­cza samo­wy­star­czal­ność w obro­nie kraju („prze­mie­nić kraj w twier­dzę”). Rze­czy­wi­ście cały kraj pokry­wają bun­kry i schrony, a wszyst­kie plaże pokryte są zasiekami.

Do obłędu dopro­wa­dzono mili­ta­ry­za­cję kraju. Każdy, nie­za­leż­nie od płci, prze­cho­dzi codzienne obo­wiąz­kowe szko­le­nia woj­skowe od 7 do 65 roku życia (doba oby­wa­tela KRL-D dzieli się na 8 godzin pracy, 8 godzin szko­leń woj­sko­wych i ide­olo­gicz­nych oraz 8 godzin snu). Ogromną, liczącą 1.128 tys. żoł­nie­rzy, armię uzu­peł­nia 1,5 milio­nowa Czer­wona Gwar­dia Robotniczo-Chłopska i 700 tysięczna Czer­wona Gwar­dia Młodzieżowa.

Wydatki na armię pochła­niają 30% budżetu. Służba woj­skowa trwa, zależ­nie od for­ma­cji, od 5 do 10 lat. Po niej nastę­puje obo­wiąz­kowa służba w Kor­pu­sie Pacy­fi­ka­cyj­nym do 40 roku życia i w Gwar­dii Robotniczo-Chłopskiej do 65 roku życia.
Do nie­dawna pen­sja Kore­ań­czyka była nie­mal stała, wypła­cana głów­nie w bonach. Obo­wią­zuje pełne roz­dziel­nic­two dóbr. Pra­wie nie ma skle­pów. Poza patiom­ki­now­skimi atra­pami dla cudzo­ziem­ców nie ist­nieją nor­malne kina, teatry, restau­ra­cje, kawiar­nie. Nie ma pry­wat­nych samo­cho­dów a jazda na rowe­rze do nie­dawna była zabro­niona (ofi­cjalne uza­sad­nie­nie: „jadący na rowe­rze prze­bywa poza kolek­ty­wem i nie wia­domo, o czym myśli”). Rower powró­cił do łask dopiero, gdy w kraju nie­mal zupeł­nie zabra­kło ben­zyny. Miesz­ka­nie rodzina otrzy­muje od pań­stwa od razu z meblami (nie ważne, czy im się podo­bają). Jeden pokój prze­zna­czony jest na obo­wiąz­kowy por­tret Kim Ir Sena. Dokładny regu­la­min mówi, że w tym pokoju nie wolno: cze­sać wło­sów, prze­cią­gać się na sofie… Jedyne co wolno, to odda­wać cześć.

Od lat w KRL-D panuje głód. Zmarło już 2 mln. ludzi. Pod­stawą wyży­wie­nia jest „czarna klu­ska” wytwa­rzana z mie­sza­niny tro­cin, zmie­lo­nych kacza­nów kuku­ry­dzy i mąki (w mniej­szo­ści). Znaczną część are­ału upraw obsiano makiem na pro­duk­cję hero­iny, sta­no­wiącą, obok fał­szo­wa­nia obcych walut, istotne źró­dło docho­dów pań­stwa. Gdy pew­nego razu Korea Połu­dniowa udzie­liła Pół­noc­nej pomocy finan­so­wej na zakup żyw­no­ści, wła­dze Pół­nocy zaku­piły 200 mer­ce­de­sów 600 SL.

Dzieci po ukoń­cze­niu 3 roku życia prze­by­wają w „cało­do­bo­wym przed­szkolu”, skąd rodzice otrzy­mują je tylko na nie­dzielę. Star­sze dzieci oddzie­lane są do rodzin cał­ko­wi­cie i wycho­wy­wane przez pań­stwo. Sys­tem jest jed­nak nie­kon­se­kwentny, bo pań­stwu bra­kuje środ­ków, więc objął nie wszyst­kie dzieci, a część dzieci ode­bra­nych rodzi­com jest porzu­cana. Te sztuczne sie­roty błą­kają się żebrząc i krad­nąc. Mają swo­ich bio­lo­gicz­nych rodzi­ców, ale nie wie­dzą, gdzie ich szu­kać. Prak­tycz­nie nie ist­nieje nor­malne życie rodzinne.

W kraju wycho­dzi tylko jedna gazeta „Nodong Siu­mun” licząca w sto­licy 6 stron, a na pro­win­cji 4 strony. Te dwie dodat­kowe sto­łeczne strony to wia­do­mo­ści zagra­niczne. Oczy­wi­ście są to odpo­wied­nie wia­do­mo­ści: o czy­nach spo­łecz­nych na Kubie, o uda­nych zbio­rach w Chi­nach… Obo­wią­zuje zasada: jeden czło­wiek – jedna gazeta, bo ma ona różne wer­sje: inną dla par­tyj­nych, inną dla związ­kow­ców, inną dla kobiet… Obo­wią­zuje klucz, co kto czyta. Gazet nie wolno wyrzu­cać. Trzeba je skła­dać do spe­cjal­nej teczki i co mie­siąc odda­wać. W ten spo­sób, po kolej­nym zakrę­cie histo­rii, wła­dze mogą wydru­ko­wać nowe wer­sje sta­rych gazet i mieć pew­ność, że nikt nie zacho­wał ory­gi­nału.
Spo­łe­czeń­stwo podzie­lone jest na trzy klasy. Pierw­sza „cen­tralna” lub „lojalna” gru­puje 28% oby­wa­teli. Druga „nie­stała” lub „nie­pewna” – 45%. Trze­cia „wroga” lub „obca” – 27%. Każda z klas podzie­lona jest na 51 kate­go­rii. Zewnętrz­nym obja­wem przy­na­leż­no­ści do okre­ślo­nej klasy jest rodzaj znaczka z por­tre­tem Kim Ir Sena i Kim Dżong Ila, noszo­nego na ubra­niu. Ruch mię­dzy kla­sami moż­liwy jest tylko w dół. To co naj­bar­dziej różni ludzi innych klas i kate­go­rii to odle­głość od uwię­zie­nia i egzekucji.

Kraj pokryty jest sie­cią obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych i wię­zień. Straż­nik za zabi­cie więź­nia otrzy­muje pre­mię: dwie butelki piwa i pół kilo­grama woło­winy. Ter­ror i izo­la­cję infor­ma­cyjną dopro­wa­dzono do takiego poziomu, że jaka­kol­wiek opo­zy­cja jest nie­moż­liwa. Pro­cesy sądowe są tylko dwóch rodza­jów: tajne i poka­zowe. Pod­stawy wyroku nikt nie zna, bo kodeks karny jest tajny. Bywa, że tajny jest także akt oskar­że­nia, i pod­sądny nie wie, za co i na jakiej pod­sta­wie jest sądzony. Bar­dzo czę­sto orze­kana jest kara śmierci, lub „kara śmierci do trze­ciego poko­le­nia” obej­mu­jąca zbio­rowo całe rodziny. Egze­ku­cje wyko­ny­wane są w spo­sób nie­zwy­kle okrutny. Udo­ku­men­to­wano na przy­kład egze­ku­cje na nagich kobie­tach wie­sza­nych za ręce lub nogi i roz­szar­py­wa­nych przez celowo wygło­dzone psy. Znamy też przy­padki testo­wa­nia gazów bojo­wych lub tru­cizn na całych wię­zio­nych rodzi­nach, łącz­nie z dziećmi. „Bada­cze” obser­wo­wali te „testy” przez szyby i robili notatki.

Kore­ań­skim komu­ni­stom udało się wpro­wa­dzić ten sys­tem w dużym stop­niu dzięki tra­dy­cji 500 let­niej izo­la­cji kraju. Korea nazy­wana była od wie­ków Kra­jem Zatrza­śnię­tej Bramy.

Po Pro­stu Słońce

Po śmierci Kim Ir Sena wła­dzę w kraju prze­jął jego syn Kim Dżong Il. Wcze­śniej stu­dio­wał w szkole lot­ni­czej w Lip­sku w NRD. Ponie­waż panicz­nie bał się latać, nigdy nie wsiadł do samo­lotu. Szkoły nie ukoń­czył. Został wyda­lony za burdy i hulasz­czy tryb życia. Niechby jed­nak ktoś, wymie­nia­jąc bizan­tyj­skie tytuły Uko­cha­nego Przy­wódcy, zapo­mniał powie­dzieć „genialny pilot myśliw­ski”, to marny jego los.

Jesz­cze za życia ojca Kim Dżong Il „spra­wo­wał nad­zór” nad śro­do­wi­skiem fil­mo­wym i „udzie­lał wska­zó­wek na miej­scu”, co pole­gało głów­nie na tym, że swa­tał aktorki pro­mi­nen­tom i urzą­dzał huczne balangi w towa­rzy­stwie pięk­nych kobiet. Praw­do­po­dob­nie już w tym cza­sie zaczęto spro­wa­dzać dla niego spe­cjal­nym samo­lo­tem szwedz­kie prostytutki.

Kim Dżong Il był niskiego wzro­stu i nosi buty na 12 cen­ty­me­tro­wym kotur­nie. Nosił też nie­zwy­kłą u Kore­ań­czyka fry­zurę afro, która według jed­nej teo­rii przy­spa­rzała mu dodat­ko­wych kom­plek­sów, a według innej, sam się ondu­lo­wał, by dodać sobie wzro­stu. Przez pierw­sze cztery lata rzą­dów tylko raz się ode­zwał publicz­nie wypo­wia­da­jąc dwa słowa: „czo­łem żoł­nie­rze” i krą­żyła teo­ria, że ma poważną wadę wymowy. Gdy jed­nak spo­tkał się z pre­zy­den­tem Korei Połu­dnio­wej, był roz­mowny i elo­kwentny, oraz upił roz­mówcę dopro­wa­dza­jąc do tego, że ów zasnął (ten incy­dent świad­czy o skali izo­la­cji KRL-D – przez cztery lata na Zacho­dzie nie­mal nic nie wie­dziano o czło­wieku, który nią rządzi).

W cza­sie spo­tka­nia z pre­zy­den­tem Rosji, obie­cał mu, że Korea zawiesi swój pro­gram rakie­towy, a gdy Putin powtó­rzył to na spo­tka­niu grupy G7, Kim Dżong Il oświad­czył: „żar­to­wa­łem”. Uda­jąc się w dele­ga­cję do Pekinu, a póź­niej do Moskwy, zabrał ze sobą ponad sto osób, co poli­to­lo­dzy inter­pre­tują tak, że nie zosta­wił w kraju nikogo, kto mógłby pod jego nie­obec­ność pró­bo­wać prze­wrotu. Jego podróż do Moskwy zasły­nęła z powodu nie­mal komicz­nego incy­dentu. Gdy pan­cerny pociąg wje­chał na Dwo­rzec Kazań­ski w Moskwie, agenci FSB z prze­ra­że­niem zauwa­żyli ślady po kulach na wago­nie Kim Dżong Ila. Oka­zało się, że obstawa Kima juniora, pod­czas podróży przez Sybe­rię, zastrze­liła kaczkę, którą podano na obiad Uko­cha­nemu Przy­wódcy. Póź­niej nary­so­wano syl­wetkę kaczki na wago­nie i strze­lano do niej jak do tarczy.

Kim Dżong Il nazwał swoją poli­tykę „stra­te­gią czer­wo­nego sztan­daru”, któ­rej głów­nym hasłem jest „kara­bin naprzód”. W prak­tyce poli­tyka ta ozna­cza rządy armii ponad par­tią. Pierw­szym efek­tem „stra­te­gii czer­wo­nego sztan­daru” była spek­ta­ku­larna ucieczka na Połu­dnie Hwang Dżong Jopa, czo­ło­wego ide­ologa dżu­cze, który wie­dział, że w tym kraju były ide­olog, to mar­twy ideolog.

Póź­niej nastą­piło (dziś już wiemy, że tylko tak­tyczne i pozo­ro­wane) nie­śmiałe otwie­ra­nie się Pół­nocy, głów­nie na pomoc finan­sową i żyw­no­ściową, przy czym nie obe­szło się bez incy­den­tów, takich jak wspo­mniany już zakup mer­ce­de­sów. Wielu eks­per­tów twier­dzi, że Phe­nian zawyża liczbę ofiar głodu, by uzy­skać więk­szą pomoc zagra­niczną, któ­rej znaczna część zasila jego armię.

Odpo­wie­dzią na rze­kome pojed­naw­cze gesty Kim Dżong Ila była „sło­neczna poli­tyka” pre­zy­denta Korei Połu­dnio­wej Kim De Dżunga, w efek­cie któ­rej doszło do histo­rycz­nego spo­tka­nia obu przy­wód­ców, a następ­nie do pierw­szych od 50 lat spo­tkań roz­dzie­lo­nych rodzin. Wcze­śniej uzgod­niono, że Połu­dnie bez­względ­nie depor­tuje każ­dego ewen­tu­al­nego ucie­ki­niera. Trzeba pamię­tać, że oba pań­stwa są cią­gle for­mal­nie w sta­nie wojny.

Trzeba tu dodać, że „sło­neczne poli­tyka” skoń­czyła się kom­pletna klapą. „Histo­ryczne spo­tka­nie” Kimów odbyło się dzięki gigan­tycz­nej łapówce w wyso­ko­ści 500 milio­nów dola­rów (!!!) dla Kim Dżong Ila, a jego opóź­nie­nie o dobę spo­wo­do­wane było ocze­ki­wa­niem Pół­nocy na potwier­dze­nie przelewu.

Jed­no­cze­śnie nastę­puje pro­ces oddol­nego otwie­ra­nia się na świat, czyli nasi­la­nie się ucie­czek. Chiny bru­tal­nie depor­tują zła­pa­nych ucie­ki­nie­rów, a ci tra­fiają w ojczyź­nie pod ściankę lub do obozu, co osta­tecz­nie na jedno wycho­dzi (tylko póź­niej). Jed­nak Chiny także nieco tole­rują uchodź­ców, a łapią tylko tych, któ­rzy się nie opła­cają mili­cji lub gan­gom, lub pró­bują dostać się do amba­sady i kon­su­la­tów Korei Połu­dnio­wej. Kobiety ucie­ki­nierki z Korei Pół­noc­nej sprze­da­wane są na tar­gach chiń­skim chło­pom na żony. Obrońcy praw czło­wieka uwa­żają, że jed­nak ich los i tak jest lep­szy, niż w ojczyź­nie. Jak ujaw­nił swego czasu „Memo­riał”, Rosja kupuje od KRL-D więź­niów do wyrębu lasu na Sybe­rii, a żywot więź­niów w ojczyź­nie jest tak miły, że chcą być oni sprze­dani na Syberię.

Kilka lat temu świat obie­gły sen­sa­cyjne wie­ści, że Phe­nian uru­cho­mił ele­menty rynku: uwol­niono ceny, zli­kwi­do­wano bony towa­rowe, wpro­wa­dzono roz­li­cza­nie się mię­dzy przed­się­bior­stwami, pań­stwo ma sku­py­wać od rol­ni­ków płody po cenach ryn­ko­wych. Szybko oka­zało się to kolejną lipą. Jak na razie nic nie wia­domo o pry­wa­ty­za­cji i zgo­dzie na pry­watną dzia­łal­ność gospo­dar­czą. W KRL-D nie ma ani jed­nej pry­wat­nej firmy i nie­mal nie ist­nieją sklepy. Rol­nicy w tym „raju robot­ni­ków” to też nie wolni far­me­rzy, któ­rzy mogą robić co chcą. Do gospo­darki ryn­ko­wej jest KRL-D cią­gle dalej niż na Księ­życ. Przed­wcze­sna była radość z tego, że młody Kim chce pójść „chiń­ską drogą”, czyli zli­be­ra­li­zo­wać gospo­darkę przy zacho­wa­niu pełni ter­roru i kon­troli nad spo­łe­czeń­stwem. Ogło­szony już przez nie­któ­rych publi­cy­stów „począ­tek upadku ostat­niego bastionu komu­ni­zmu” nie ma pokry­cia w fak­tach. Symp­to­ma­tyczne było ogło­sze­nie „wol­nej strefy inwe­sty­cyj­nej” przy gra­nicy z Chi­nami. Oto­czono mia­sto 3-metrowym murem, wygnano z niego miesz­kań­ców i ogło­szono: inwe­sto­rzy inwe­stuj­cie! Oczy­wi­ście nikt nie zain­we­sto­wał, bo nikt nie zwariował.

W tra­dy­cyj­nej poli­to­lo­gii funk­cjo­no­wał pogląd, że rządy trwają, jeśli są dobrze przy­sto­so­wane do funk­cjo­no­wa­nia w wewnętrz­nych i zewnętrz­nych warun­kach. Jed­nak naj­now­sza histo­ria dyk­ta­tur Trze­ciego Świata poka­zuje, że jest ina­czej. Dyk­ta­tury trwają, nawet gdy nie­na­wi­dzi ich nie­mal całe spo­łe­czeń­stwo, gdy kraj pogrąża się gło­dzie i jest cał­ko­wi­cie izo­lo­wany na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Dyk­ta­tury trwają, gdy nie ma powodu, by upa­dły. Tak jest wła­śnie z KRL-D. W Kraju Zatrza­śnię­tej Bramy nie doj­dzie do buntu. Poziom ter­roru i izo­la­cji jest taki, że jedyną formą oporu jest ucieczka. Wbrew pozo­rom likwi­da­cją tego tworu nie jest też zain­te­re­so­wany nikt z zewnątrz.

Korea Połu­dniowa wcale nie kwapi się do otwar­cia gra­nicy. Co bowiem zro­bić z milio­nami ludzi, któ­rzy nawet nie umieją nor­mal­nie cho­dzić po ulicy, któ­rzy nie umieją robić zaku­pów i roz­ma­wiać, a naj­le­piej opa­no­wali skła­da­nie i roz­kła­da­nie Kałasz­ni­kowa? Biz­nes­meni Połu­dnia też nie kwa­pią się do wzię­cia na utrzy­ma­nie 23 milio­nów gło­du­ją­cych roda­ków. Likwi­da­cją KRL-D nie są zain­te­re­so­wa­nie Chiny i Rosja, widzące w tym kraju pań­stwo bufo­rowe przed sta­cjo­nu­jącą w Korei Połu­dnio­wej i Japo­nii US Army. Z kolei dla Ame­ry­ka­nów ist­nie­nie KRL-D jest uza­sad­nie­niem do utrzy­my­wa­nia baz woj­sko­wych u gra­nic Rosji i Chin, a cała glo­balna poli­tyka USA oparta jest na takich bazach.

Tak więc, Kore­ań­ski Ludowo-Demokratyczny Raj Robot­ni­ków może jesz­cze trwać bar­dzo długo, nie­za­leż­nie od tego, czy będzie się refor­mo­wał, czy też nie.

Obecna zmiana wła­dzy, po śmierci Kom Dżong Ila, praw­do­po­dob­nie też nic nie zmieni (obym się mylił). Kore­ań­scy dyk­ta­to­rzy nie rzą­dzą sami. Rzą­dzi cały klan ich potęż­nego rodu oraz ści­słe dowódz­two armii. Młody Kim Dżong Un sam, tak naprawdę, nie­wiele ma do powie­dze­nia. Mrzon­kami są nadzieje na jego „zara­że­nie zachod­nią cywi­li­za­cją” bo przez 1,5 roku uczył się w szkole w Szwaj­ca­rii. Jakie by nie były jego rze­czy­wi­ste poglądy, nie­wiele one zna­czą. Opo­wie­ści, że jest „wycho­wany na Zacho­dzie” i „zna pięć obcych języ­ków” raczej bym mię­dzy bajki włożył.

Krzysz­tof Łoziń­ski (kontrateksty.pl)





Powiązane tagi: , ,

Liczba komentarzy: 8

  • Jan Cipiur pisze:

    Mogę się nara­zić na zali­cze­nie mnie do nie­sław­nego grona „poży­tecz­nych idio­tów“, ale nie powstrzyma mnie to od pyta­nia o źró­dła rewe­la­cji np. o udziale pol­skich woj­sko­wych w woj­nie kore­ań­skiej i spro­wa­dza­niu Kimowi pro­sty­tu­tek spe­cjal­nymi samo­lo­tami ze Szwe­cji. Żyję na tym świe­cie już długo, wie­dzę jakoś posia­dłem, czy­tam różne rze­czy z bar­dzo wielu dzie­dzin i nie sły­sza­łem o tym. To nie zna­czy, rzecz jasna, że posia­dłem wszyst­kie moż­liwe rozumy, ale jakoś nie mie­ści mi się w gło­wie, żeby infor­ma­cje o pol­skich pilo­tach wal­czą­cych i (giną­cych?) w wal­kach z Ame­ry­ka­nami pod nie­bem Korei nie prze­do­stały się do opi­nii publicz­nej, a histo­rie na ten temat nie były publi­ko­wane w wypo­le­ro­wa­nych cylin­drycz­nie pol­skich mediach, tak wycień­czo­nych bra­kiem tema­tów z pro­stym prze­sła­niem do łatwego ogarnięcia.

  • Krzysztof Łoziński pisze:

    Fakt udziału pol­skiego woj­ska w woj­nie kore­ań­skiej (nie był to udział liczny, raczej sym­bo­liczny) jest rze­czy­wi­scie mało znany. Do „uzy­tacz­nych idio­tów“ ktoś kto o tym nie wie się nie zali­cza, bo nie wie więk­szość). Pilota i lekarkę, kto­rzy tam byli zna­łem w dzie­ciń­stwie oso­bi­ście. Byli to zna­jomi moich rodzi­ców. O tym, by ktoś z Pola­ków tam zgi­nął nie sły­sza­łem. Ponow­nie sły­sza­łem o tym w woj­sku (1968−71) od kadry ofi­cer­skiej. Na ile dotarło to do pol­skiej opi­nii publicz­nej nie wiem. Pro­szę pamię­tać, że były to czasu sta­li­now­skie (1950−53, cen­zura dosc ści­sła), i że było to ponad 60 lat temu. Co do szwedz­kich pro­sty­tu­tek to jest do sprawa dość znana i opi­sy­wana wie­lo­krot­nie. Wyba­czy Pan, ale w wigi­lię nie chce mi się spraw­dzqć, by podać pre­cy­zyjne źró­dło (jedno z wielu).

  • Krzysztof Łoziński pisze:

    Jeśli cho­dzi o źró­dła, które zna­la­złem natych­mi­sat (w języku pol­skim) to dwie książki: „kim Ir Sen — dzieło i poli­tyczne wizje“ oraz „Kim Jong Il“ — prof. Wal­de­mar Jan Dziak, Insty­tut Stu­diów Poli­tycz­nych PAN, Wyd. TRIO, W-wa 2000 i 2004. Pole­cam też tego samego autora „W kraju Orwlla“. Jeśli Pan sobie życzy, to w póź­niej­szym ter­mi­nie, nie w wigi­lię, podam liczną bibi­lio­gra­fię (kil­ka­dzie­siąt pozy­cji). Pozdrawiam.

  • Krzysztof Łoziński pisze:

    I jesz­cze tak na szybko: „Czy Korea będzie zjed­no­czona do końca XX wieku“ — prof. Mar­celi Bur­del­ski, oraz dostępne na tych­miast przez Inter­net publi­ka­cje w Kon­tra­tek­stach (www.kontrateksty.pl) do odszu­ka­nia przez prze­glą­darkę wewnętrzną: „Pół­noc­no­ko­re­ań­skie akty dywer­sji i pro­wo­ka­cje — rodzaje działń i chro­no­lo­gia“ — dr Jerzy Bayer, prof. Wal­de­mar Jan Dziak; „Korea — broń maso­wego raże­nia“ — J. Bayer, W.J. Dziak; „Strze­la­jący żebrak“ — K. Łoziń­ski; „Rodzina Kimów“ — Nico­las Levi; „Kore­ań­ski klincz“ — W. J. Dziak, K. Łoziń­ski. To tak na szybko, w wigi­lię.… Rozu­miem, że Pan nie jest już młody (ja też) i sporo czy­tał, i nie tylko po pol­sku (ja też), ale Azja Połu­dniowa i Wschod­nia to moja poli­to­lo­giczna spe­cja­li­za­cja i nie­skrom­nie powiem, że chyba coś o tym regio­nie wiem. Pozdra­wiam serdecznie.

  • Jan Cipiur pisze:

    Ja rów­nież jak naj­ser­decz­niej pozdrawiam.

    Ani przez moment nie zamie­rza­łem pod­da­wać w wąt­pli­wość infor­ma­cji zawar­tych w Pana b. inte­re­su­ją­cym tek­ście. Mój komen­ta­rzyk był bar­dziej wyra­zem zdzi­wie­nia bra­kiem zain­te­re­so­wa­nia pol­skich mediów tak „nośnym“ poten­cjal­nie tema­tem jak udział Pola­ków w woj­nie kore­ań­skiej. Tylu np. mamy spe­cja­li­stów od tro­pie­nia naj­wą­tlej­szych nawet śla­dów „Bol­ków“ i temu podob­nych „wstręt­nych typów“, że cho­ciażby owi tro­pi­ciele nabyli już umie­jęt­no­ści wyśle­dze­nia ście­żek wio­dą­cych naszych woj­sko­wych 60 lat temu do Korei.

  • Krzysztof Łoziński pisze:

    Myślę, że w histo­rii LWP (Ludo­wego Woj­ska Pol­skiego) jest jesz­cze sporo do zba­da­nia, ale oczy­wi­ście skoro nie da się z tego wycia­gnąć żad­nego „Bolka“, to nikt się tym nie zaj­muje, bo i po co?

  • Marcin pisze:

    Na miej­scu kore­ań­skich przy­wód­ców powoli zaczął­bym myśleć o zmia­nach i szu­kał­bym gwa­ran­cji bez­pie­czeń­stwa na tery­to­rium innego pań­stwa. Wła­dza cał­ko­wi­cie kon­tro­lu­jąca życie spo­łe­czeń­stwa może upaść wyłącz­nie w wyniku zbroj­nej inter­wen­cji z zewnątrz. Na teraz nie­moż­li­wej ze względu na broń nukle­arną znaj­du­jącą się w posia­da­niu Korei Pół­noc­nej. Jed­nak broń nukle­arna w ciągu 10–20 lat prze­sta­nie się liczyć, do czego przy­czyni się roz­wój anty­ra­kie­to­wych tech­no­lo­gii, które już teraz znaj­dują się w znacz­nym stop­niu zaawan­so­wa­nia. Rosja wie, czego się oba­wia. Wpraw­dzie odpo­wie­dzią zabez­pie­cza­jącą przed inwa­zją dużych sił mogą być lądowe miny nukle­arne, znane już w cza­sach zim­nej wojny, ale one nie zapew­nią ochrony przed szyb­kim ude­rze­niem z powie­trza w naj­bar­dziej new­ral­giczne punkty. Jeśli Stany Zjed­no­czone będę posia­dały inte­res w ude­rze­niu na Koreę Pół­nocną, kres dyna­stii Kimów nastąpi za 10–20 lat, bo według moich sza­cun­ków mniej wię­cej tyle potrzeba, by sys­temy anty­ra­kie­towe nabrały pożą­da­nej spraw­no­ści. Z tego samego powodu wąt­pię, że nastąpi atak na Iran. Wydaje się, że lepiej będzie pocze­kać i zin­ten­sy­fi­ko­wać prace nad sys­te­mami. Era broni nukle­ar­nej dobiega końca, czy­niąc słynne powie­dze­nie Alberta Ein­ste­ina na temat trze­ciej wojny świa­to­wej tym­cza­sowo nieaktualnym.

  • Momus pisze:

    @Krzysztof Ł. Dzięki za arty­kuł, bo rze­czy­wi­scie o K. Pół­noc­nej rzadko cokol­wiek się czyta. Niby spo­dzie­wa­łem się ze jest tam bez­na­dziej­nie potwor­nie, ale czy­ta­jąc to jakos dociera bardziej.

    @Marcin „roz­wój anty­ra­kie­to­wych tech­no­lo­gii“ nie koń­czy zagro­ze­nia nuc­le­ar­nego. Bomby ato­mowe mozna prze­wiezc na statku rybac­kim, a i ponoć w walizce. Na szcze­scie nie wyglada by K. Pół­nocna dys­po­no­wala nimi.


Odpowiedz

Dodany: 27 grudnia 2011r.
Autor: Krzysztof Łoziński
Dział: Świat i my
Rozmiar liter: A A A

Współpracujemy z...

Reklama z sympatii

Polecamy