Jan Różdżyński: Dasza

Od trzech lat jej nie ma.

Nie dzwoni z naj­now­szymi moskiew­skimi wia­do­mo­ściami, nie pyta, co u nas. Pogo­dzi­li­śmy się już z myślą, że ani w War­sza­wie, ani w Moskwie, się z nią nie spo­tkamy. I nie poroz­ma­wiamy o poli­tyce, o tym, co łączy i co dzieli Pola­ków i Rosjan. Ani nie poga­damy o życiu i nie wybie­rzemy się do knajpki na Arba­cie czy na Nowym Świe­cie. Już tylko będziemy pamię­tać. Obie­ca­li­śmy to jej i sobie w dniu, w któ­rym wszyst­kich nas zelek­try­zo­wała nie­wia­ry­godna wia­do­mość: 24 lutego 2009 roku Dasza umarła. Przedwcześnie.

Jej głos w z Moskwy dla Radia Wolna Europa można do dziś zna­leźć w Inter­ne­cie. I posłu­chać, jak w swo­ich kore­spon­den­cjach tłu­ma­czy pol­skim słu­cha­czom, co i dla­czego dzieje się w Rosji. Można też, poszu­ku­jąc odpo­wie­dzi na te pyta­nia, prze­czy­tać, pisane z Moskwy, jej tek­sty w zszyw­kach „Expressu Wie­czor­nego” z lat 90.

Daria Sylwańska-Pawłowa, sama czę­sto mówiła, że zako­chała się w Pol­sce miło­ścią pierw­szą i czy­stą. Była jedyną Rosjanką jaką zna­łem, mówiącą po pol­sku bez akcentu cha­rak­te­ry­stycz­nego dla jej roda­ków. Pol­skich roz­mów­ców wpra­wiała w zdu­mie­nie nie tylko wyśmie­nitą pol­sz­czy­zną ale i godną podziwu zna­jo­mo­ścią naszej kul­tury i histo­rii. Śmiem twier­dzić, że w swo­jej ojczyź­nie nale­żała pod tym wzglę­dem do nie­zbyt licz­nego grona. Nale­żała do ludzi, z któ­rymi dys­ku­to­wa­li­śmy o wszyst­kim „otwar­tym tek­stem”. Od początku naszej zna­jo­mo­ści, a pozna­li­śmy się w roku 1991, to ona spra­wiła, że od razu daro­wa­li­śmy sobie zwy­kłą w takich sytu­acjach „popraw­ność poli­tyczną” i nie zwra­ca­li­śmy uwagi na „odmienne wraż­li­wo­ści histo­ryczne” Pola­ków i Rosjan.

Dasza: dzien­ni­karka, tłu­maczka, redak­torka. I wyro­zu­miała przy­ja­ciółka pol­skich kore­spon­den­tów, naukow­ców i dyplo­ma­tów, sło­wem wszyst­kich, któ­rzy dzięki niej mogli lepiej rozu­mieć Rosję. Spie­ra­li­śmy się o naj­waż­niej­sze wyda­rze­nia lite­rac­kie, cho­dzi­li­śmy na kon­certy naj­lep­szych wyko­naw­ców roc­ko­wych i kla­sycz­nych, na wer­ni­saże. Miesz­kała razem z mamą Mariną, znaną poli­to­lożką z fun­da­cji Car­ne­gie i z dora­sta­ją­cym wów­czas synem Geo­r­gi­jem, przy ulicy Bakin­skich Komi­sa­row. Rap­tem o trzy przy­stanki tro­lej­bu­sowe od ulicy Obru­czewa, gdzie mie­ściło się moje miesz­ka­nie kore­spon­denta „Życia War­szawy”. Wypro­wa­dza­li­śmy razem psy, ona pudla o imie­niu „Sir”, a ja terierkę „Dunię”. Spa­ce­ro­wa­li­śmy po malow­ni­czo zapusz­czo­nym, cie­ni­stym lie­so­parku wzdłuż Leniń­skiego Pro­spektu. I dys­ku­to­wa­li­śmy, cały czas dys­ku­to­wa­li­śmy. Podob­nie u niej w domu, otwar­tym dla całych tabu­nów przy­ja­ciół znad Wisły. Ich zain­te­re­so­wa­nie budził nie­zmien­nie nie­zwy­kły mebel, „klę­ko­siad”, rodzaj odcią­ża­ją­cego krę­go­słup klęcz­nika, któ­rego uży­wała spę­dza­jąc wiele godzin przy biurku, kom­pu­te­rze, tele­fo­nie… To wtedy pewien pol­ski foto­graf, uda­jąc się do niej z pierw­szą wizytą, nie mogąc póź­nym wie­czo­rem kupić kwia­tów na sta­cji metra „Jugo­za­pad­naja”, nara­ził się na srogi gniew zwa­li­stego męż­czy­zny z Kau­kazu, kiedy ukradł dla Daszy oka­za­łego arbuza z wiel­kiej pira­midy tych owo­ców, którą ów zapo­bie­gliwy sprze­dawca przy­go­to­wy­wał na następny dzień…

Pamię­tam, że była pierw­szą przy­ja­zną duszą, która zatrosz­czyła się o moje nieco nad­wy­rę­żone zdro­wie, kiedy wró­ci­łem do Moskwy po kil­ku­na­stu dra­ma­tycz­nych dniach pierw­szej wojny w Cze­cze­nii. Wielu kore­spon­den­tów zawdzię­czało jej zna­jo­mość z ludźmi z „Memo­riału”, z roz­gło­śni „Echo Moskwy”, z tygo­dnika „Nowyje Wre­mia”, a potem z „Nowej Gaziety” i z kilku por­tali internetowych.

Póź­niej spo­ty­ka­li­śmy się na prze­mian w War­sza­wie i Moskwie. To tu, to tam wita­li­śmy z nią Nowy Rok. Obda­ro­wy­wa­li­śmy się cie­ka­wymi książ­kami i kuli­nar­nymi spe­cja­łami. W każdą wigi­lię, w wielu pol­skich domach odzy­wał się tele­fon z Moskwy. To dzwo­niła Dasza z życze­niami. Poma­ga­li­śmy sobie rów­nież w spra­wach zawo­do­wych. Bo cho­ciaż my o Rosji, a ona o Pol­sce wie­dzie­li­śmy co nieco, to jed­nak każ­demu zale­żało na zwe­ry­fi­ko­wa­niu tej wie­dzy przez kogoś, do kogo ma się zaufanie.

Dasza żało­wała, że dość późno poznała Pol­skę. Za to, jak sama potem oce­niała, stało się to w waż­nym, wręcz prze­ło­mo­wym okre­sie. Na Wydziale Geo­gra­fii Kra­jów Socja­li­stycz­nych Uni­wer­sy­tetu Moskiew­skiego (MGU), wybrała pol­ską spe­cja­li­za­cję i zaczęła uczyć się pol­skiego, by w końcu lat 80. tra­fić do Pol­ski na kil­ku­mie­sięczny staż języ­kowy. Mówiła, że wła­śnie wtedy zafa­scy­no­wała ją nasza rze­czy­wi­stość, jakże odmienna od gasną­cej, sowiec­kiej pie­re­strojki: ludzka soli­dar­ność, pod­mio­to­wość poje­dyn­czego czło­wieka, wydaw­nic­twa dru­giego obiegu, potem dia­log „okrą­głego stołu”, wresz­cie poko­jowa trans­for­ma­cja. Dosko­na­liła zna­jo­mość języka, zachłan­nie czy­tała, uczest­ni­czyła w dzie­siąt­kach spotkań.

W grud­niu 1989 roku była już tłu­maczką dele­ga­cji „Soli­dar­no­ści” na pogrze­bie Andrieja Sacha­rowa. W maju 1992 roku, pod­czas wizyty pre­zy­denta Lecha Wałęsy w Moskwie, tłu­ma­czyła jego nie­ofi­cjalne spo­tka­nia. Roz­po­częła wtedy współ­pracę z „Wolną Europą” i „Expres­sem Wie­czor­nym”.  W Pol­sce bywała przy­naj­mniej raz na kwar­tał. Potem rosyj­scy czy­tel­nicy poznali ją naj­pierw jako dzien­ni­karkę, a następ­nie mene­dżera w moskiew­skiej filii „Burdy”. Z tej racji także bywała w Pol­sce: we Wro­cła­wiu, gdzie mie­ścił się oddział tego wydaw­nic­twa na Europę Środ­kową i Wschod­nią. Do ostat­nich dni była redak­to­rem naczel­nym rosyj­skiego wyda­nia cza­so­pi­sma „Moje dziecko”.

19 lutego 2009 roku, w czwar­tek, wró­ciła wcze­śniej z redak­cji, bo źle się poczuła. Przez dwa dni leżała w domu z ciężką grypą. W sobotę wyda­wało się, że cho­roba się koń­czy. Jed­nak w nie­dzielę rano jej stan gwał­tow­nie się pogor­szył. Zde­spe­ro­wany syn wezwał pogo­to­wie. A w nocy z ponie­działku na wto­rek już nie żyła.

Od trzech lat jej nie ma.

Jan Róż­dżyń­ski

tekst uka­zuje się w ”Nowej Polszy”

 



Dodany: 23 lutego 2012r.
Autor: Jan Różdżyński
Dział: Świat i my
Rozmiar liter: A A A

Współpracujemy z...

Reklama z sympatii

Polecamy