Ernest Skalski: Pochyłe drzewo

Żeby­śmy wie­dzieli na czym sto­imy spójrzmy tylko na jeden, naj­bar­dziej syn­te­tyczny i naj­wię­cej mówiący wskaź­nik. Jest nim sku­mu­lo­wany wzrost PKB w latach 2008–2011, czyli za poprzed­niej kaden­cji pre­miera Tuska. (dane w procentach)

Pol­ska 15,8
Sło­wa­cja  8,0
Malta  6,5
Szwe­cja  3,5
Cypr  3,1
Cze­chy  2,8
Austria  2,7
Buł­ga­ria  2,7
Bel­gia  2,5
Niemcy  2,3
Holan­dia  1,7
Fran­cja  0,2
Rumu­nia  0,0
Luk­sem­burg - 0,5
Fin­lan­dia  –1,0
Hisz­pa­nia  –2,2
Sło­we­nia  –2,4
Por­tu­ga­lia  –3,0
Wielka Bry­ta­nia  –3,1
Węgry  –3,4
Dania  –3,5
Wło­chy  –4,2
Litwa  –5,7
Esto­nia  –8,8
Irlan­dia  –9,2
Gre­cja  –11,9
Łotwa - 17,1

Czyli gaude mater Polo­nia, bo wycho­dzi nam po pra­wie 4 pro­cent rocz­nie, gdy w Euro­pie zastój albo upa­dek. W ostat­nim, 2011 roku – nawet wię­cej niż cztery. Bywało lepiej, ale jak widać, tuskowa, tak wyśmie­wana, ”zie­lona wyspa” ma swoje uza­sad­nie­nie. Mając takie wyniki, Sar­kozy nie bałby się tego­rocz­nych wybo­rów. Dla­czego zatem Tuskowi spada w son­da­żach i to gwał­tow­nie, a zara­zem Plat­for­mie oraz rzą­dowi – i tylko pan pre­zy­dent trzyma się mocno ?

Odpo­wie­dzi na to pyta­nie jest wiele, każda inna i wszyst­kie słuszne. Przy­po­mnijmy – któ­ryś już raz, bo pasuje – gene­rała Jose­pha Jof­fre, który pytany czy jego zasługą jest, że Niemcy nie zdo­byli Paryża w 1914 roku, odpo­wia­dał, że tego nie wie, lecz gdyby Paryż padł to byłaby jego wina. Więc wyobraźmy sobie co by mówiono o Tusku, jego par­tii i rzą­dzie gdyby gospo­darka miała takie wyniki jak we Fran­cji, nie mówiąc już choćby o Wiel­kiej Brytanii.

Zacznijmy od jed­nego z aspek­tów obec­nych rzą­dów – ekipy Tuska.

Wypa­dek przy pracy?

Począt­kowo obsuwa była stop­niowa. Nagły i znaczny spa­dek popar­cia oraz wzrost kry­tycz­nych opi­nii – bo to idzie w parze – wywo­łany został przez ACTA i może być odwra­calny. Może ale nie musi.

Powiedzmy sobie, że pro­test prze­ciw ACTA był/jest histe­ryczny. Owszem, zro­zu­miały i po czę­ści uza­sad­niony, ale nie­pro­por­cjo­nalny w sto­sunku do, w grun­cie rze­czy, gów­nia­nego pro­blemu. ACTA nie ogra­ni­cza wol­no­ści w stop­niu porów­ny­wal­nym do wszel­kich innych, dawno funk­cjo­nu­ją­cych, kon­troli. Sta­nowi frag­ment, nie naj­waż­niej­szy, poli­tyki chro­nią­cej wła­sność. Taka masowa reak­cja mogła wiec być zasko­cze­niem, nie tylko w Pol­sce, zatem można ją uznać za wypa­dek przy pracy. Ex post zawsze można powie­dzieć, że można było prze­wi­dzieć, a jak można było, to trzeba było, a jak nie prze­wi­dziano, to ktoś za to odpo­wiada. Ale…

Jak nie ma kry­zysu, to stan gospo­darki nie jest naj­waż­niej­szym kry­te­rium oceny rządu. Wła­dza mogła się była spo­dzie­wać poważ­nego wzro­stu nie­za­do­wo­le­nia i nie­ko­rzyst­nej zmiany w son­da­żach z powodu tak waż­nej sprawy jak kry­zys refun­da­cyjny, przy któ­rym bała­gan wydaje się jaw­nie zawi­niony. Nie daje rzą­dowi plu­sów spo­sób pre­zen­ta­cji reformy eme­ry­tal­nej, a także kolejne opóź­nie­nia i fuszerki w infra­struk­tu­rze trans­por­to­wej – rysy na auto­stra­dach – oraz wpadki zwią­zane z Euro 2012, jak nie­do­róbki na Sta­dio­nie Naro­do­wym i inne. We wszyst­kich tych przy­pad­kach można się dopa­trzeć błędu czy uchy­bie­nia i obciąża to układ rządzący.

Te wszyst­kie sprawy powo­dują zmianę nasta­wie­nia opi­nii, ale stop­niową. A jeśli sko­kowa zmiana po ACTA fak­tycz­nie ma tylko histe­ryczny cha­rak­ter, to te 7 – 9 pro­cent są do odzy­ska­nia. Jeśli jed­nak było to prze­bra­nie miarki, próg na któ­rym się sku­mu­lo­wało rosnące nie­za­do­wo­le­nie z innych, poważ­niej­szych, powo­dów, to cof­nię­cia nie będzie w dają­cym się prze­wi­dzieć okre­sie. Z tym, że prze­wi­dy­wać możemy na bar­dzo krót­kie okres

Wszy­scy ludzie premiera

”Słu­chaj, czy Twoi kole­sie i Ty na czele – pisze do mnie z Ame­ryki kolega szkolny, skąd­inąd pro­fe­sor fizyki – nie powin­ni­ście obso­ba­czyć i skom­pro­mi­to­wać wybra­nych idio­tów z rządu Tuska, przez któ­rych PO spada, a kre­tyń­ski PiS wzrasta?

Ten żygo­lak od szos, ta Mucha ni czorta nie umie­jąca, ten mini­ster spra­wie­dli­wo­ści nie-prawniczej, ten dok­to­rek z PSL-u od opieki spo­łecz­nej , ktoś tam jesz­cze – toż to zbio­ro­wi­sko nie­kom­pe­tent­nych imbe­cyli, dorów­nu­ją­cych tym z PIS. Ten inny dok­to­rek od Zdro­wia, co nawet listy leków nie potrafi dopil­no­wać, tylko wierci się, jak wesz na grze­bie­niu. Mar­szał­kowa co nie umie odpo­wie­dzieć i poma­gierka pomaga jej zakoń­czyć wywiad. Sche­tyna zawsze krzywo uśmiech­nięty a teraz zgno­jony do jakiejś tam komi­sji bez żad­nych wyja­śnień urbi et orbi.

Zgnoj­cie ich, aby się zdy­mi­sjo­no­wali, bo PIS dorwie się do władzy.

Bić w Tuska – kogo on dobiera?

Czyżby nie było ludzi w Pol­sce na ministrów?

Ogło­sić konkursy!’’

Mail jest pry­watny, język nie­wy­szu­kany, prze­sada – akcep­to­walna. Ale spo­sób myśle­nia nie­ory­gi­nalny. Jeden z poważ­nych listów do naszego Stu­dia, zawie­ra­jący spo­kojną i rze­czowa kry­tykę poli­tyki Tuska, koń­czy się wezwa­niem, by podał się on do dymi­sji wraz z całym rzą­dem i by powagą swego – jesz­cze ist­nie­ją­cego auto­ry­tetu – powo­łał i wsparł bez­par­tyjny rząd fachow­ców, a ten już zrobi wszystko co trzeba i jak trzeba. Autor jed­nakże nie pisze co kon­kret­nie trzeba, no bo od tego są prze­cież owi fachowcy.

To teraz chcę zapy­tać mego kolegę z Ame­ryki, autora wspo­mnia­nego listu i wielu innych wie­rzą­cych w wun­der­waffe w postaci rządu fachow­ców. Nazwi­ska? Komu ma Tusk powie­rzyć swoje sta­no­wi­sko – a otrzy­mał je wszak z woli wybor­ców – czy choćby jakich fachow­ców ma dobrać do rządu? Na jakiej zasa­dzie dobierać?

O ludziach Tuska wiele już powie­dziano. Że rząd dobrał on nie na zasa­dzie: kto co umie lecz tak, aby pozy­skać różne nurty w Plat­for­mie i by żaden mu nie zagra­żał. Jaro­sław Gowin, przed­sta­wi­ciel nurtu kon­ser­wa­tyw­nego i bli­skiego Kościo­łowi, został mini­strem spra­wie­dli­wo­ści, choć nie praw­nik. I to po bar­dzo facho­wym mini­strze Krzysz­to­fie Kwiat­kow­skim. Czy to jest ochrona pozy­cji Tuska kosz­tem kom­pe­ten­cji szefa resortu ? Może, lecz nie­ko­niecz­nie. Naj­lep­szym mini­strem zdro­wia zaczęła być – do nie­spo­dzie­wa­nej śmierci – Fran­ciszka Cegiel­ska. Jedyna nie lekarka na tym sta­no­wi­sku, wcze­śniej świetny pre­zy­dent Gdyni.

O Gowi­nie wia­domo, że po odej­ściu z rządu nie wróci do kor­po­ra­cji adwo­ka­tów, sędziów, pro­ku­ra­to­rów, ani nawet nie będzie pro­fe­so­rem prawa. Jest nie­za­leżny od kama­ryli praw­ni­czych, a wia­domo, że to czło­wiek inte­li­gentny, wie o co cho­dzi w wymia­rze spra­wie­dli­wo­ści. Pro­blem czy podoła zada­niom. Pamię­tam roz­mowę z Janem Krzysz­to­fem Bie­lec­kim, po odej­ściu prze­zeń ze sta­no­wi­ska pre­miera. Nie jest – uwa­żał –pro­ble­mem posia­da­nie dobrego pro­gramu, lecz wyko­na­nie go choćby w pięt­na­stu procentach.

Na dru­gim, lewi­co­wym skrzy­dle Plat­formy i rządu wystę­puje mini­ster zdro­wia Bar­tosz Arłu­ko­wicz, pode­brany z SLD. Resorty: gospo­darki, z tytu­łem wice­pre­miera, rol­nic­twa i pracy to czy­sta poli­tyka, bo trzeba było je dać koali­cjan­towi. Mar­sza­łek Sejmu, nie jest człon­kiem rządu, for­mal­nie waż­niej­szy jest od pre­miera, ale wia­domo, że w prak­tyce jest to nomi­na­cja pre­miera. Ewa Kopacz w PO repre­zen­tuje skrzy­dło … po pro­stu tuskowe. Mocne, mery­to­ryczne pozy­cje z poprzed­niego gabi­netu Tuska, to mini­ster finan­sów Jacek Rostow­ski oraz spraw zagra­nicz­nych, Rado­sław Sikor­ski. Mocną, i to bar­dzo, pozy­cją za poprzed­niej kaden­cji był Grze­gorz Sche­tyna, zarówno jako wice­pre­mier i mini­ster spraw wewnętrz­nych, jak i w roli mar­szałka Sejmu. Za mocną. Zagra­żał pozy­cji Tuska w Plat­for­mie i został odsu­nięty na ławkę rezer­wo­wych. Prze­bą­kują, że może go wkrótce pre­mier znowu włą­czyć do gry, choć twier­dzi, że na reor­ga­ni­za­cję gabi­netu za wcze­śnie. Nowi mini­stro­wie uczą się tego co powinni byli umieć, obej­mu­jąc swe sta­no­wi­ska, lecz jeśli się ich wymieni, zaczną się uczyć następni.

Miro­sław Drze­wiecki nie musiałby się uczyć na spraw­nego mini­stra sportu, ale stra­cił kwa­li­fi­ka­cję przez luźny (by nie powie­dzieć: kna­jacki) spo­sób bycia. A potem zaczął się żalić i pomsto­wać na swój los. To dys­kwa­li­fi­kuje w poli­tyce, w któ­rej trzeba umieć spo­koj­nie czekać.

Umie to Grze­gorz Sche­tyna, który nie jest fachow­cem od prawa i poli­cji, nie jest też kon­sty­tu­cjo­na­li­stą. Nie ma więc facho­wego przy­go­to­wa­nia, które by go reko­men­do­wało do pil­no­wa­nia prawa i porządku czy ładu kon­sty­tu­cjo­nal­nego. Walo­rem, dzięki któ­remu wywią­zy­wał się z zadań w rzą­dzie i w Sej­mie, jest bycie spraw­nym poli­ty­kiem. Jest takim ktoś, kto potrafi dobie­rać sobie pomoc­ni­ków: były szef CBŚ był u niego wice­mi­ni­strem od poli­cji. Ktoś, kto wie co jego ludzie mają robić, potrafi to im prze­ka­zać i wyeg­ze­kwo­wać. I co rów­nie ważne, potrafi zbu­do­wać wokół sie­bie popar­cie poli­tyczne. Same pole­ce­nia nie star­czą. Muszą być wpły­wowi ludzie, któ­rzy go rozu­mieją i poprą. I to nie bez­in­te­re­sow­nie. Cze­kają na sta­no­wi­ska dla sie­bie i dla swo­ich, z kolei, pro­te­go­wa­nych. A jak poli­tyk z czo­łówki zbu­duje sobie takie mocne popar­cie, to staje się poten­cjal­nie nie­bez­pieczny dla swego szefa.

Tak źle, tak niedobrze

Szefa także trzeba zro­zu­mieć. Szef par­tii, Kaczyń­ski, w taki czy inny spo­sób, pozbywa się każ­dego, kto go we wszyst­kim nie słu­cha i demon­struje wła­sne zda­nie. Par­tia jego jest karna, zwarta, lecz przez to pozo­staje w izo­la­cji, traci moż­ność ope­ro­wa­nia na sce­nie poli­tycz­nej. Szef par­tii, Tusk ope­ruje to kijem – odsu­nię­ciem – to mar­chewką – awan­sem – mani­pu­luje ludźmi, lecz ich nie traci. Par­tia jest otwarta w na współ­dzia­ła­nie, ma swo­bodę ruchu. Lecz rząd w jakiejś czę­ści staje się gabi­ne­tem poli­tycz­nym pre­miera, ze szkodą dla bez­po­śred­nich efek­tów rzą­dze­nia. Coś za coś.

- Będę pra­co­wał tylko z mini­strami i tylko w naj­waż­niej­szych spra­wach – taką notatkę spo­rzą­dził Pił­sud­ski, zosta­jąc pre­mie­rem w 1928 roku. I mógł sobie na to pozwo­lić. Kiedy byli ludzie gotowi za niego umrzeć, mógł liczyć, że będą dla niego pra­co­wali. Był dla nich cha­ry­zma­tycz­nym wodzem. Po jego śmierci sana­cyjna kama­ryla się roz­peł­zła i już rzą­dziła marnie.

Lider nie musi być cha­ry­zma­tycz­nym wodzem. Może funk­cjo­no­wać jako pri­mus inter pares w zespole, w któ­rym wszy­scy są napa­leni na osią­gnię­cie wspól­nego celu. Może to być eks­pe­ry­men­talny teatr, labo­ra­to­rium pra­cu­jące nad wyna­laz­kiem, dru­żyna pił­kar­ska w decy­du­ją­cym meczu, a w poli­tyce – przy­wódz­two rewo­lu­cji, kie­row­nic­two pań­stwa i dowódz­two woj­ska, kiedy trzeba wygry­wać wojnę. Muszą, w odpo­wied­niej skali, ist­nieć dra­ma­tyczne okoliczności.

Zda­rzyło mi się w życiu widzieć jak Lech Wałęsa, Andrzej Gwiazda, Anna Walen­ty­no­wicz po społu kie­ro­wali straj­kiem w sierp­niu 1980 roku. Obser­wo­wa­łem z bli­ska ekipę Mazo­wiec­kiego i Bal­ce­ro­wi­cza w decy­du­ją­cym okre­sie trans­for­ma­cji ustro­jo­wej. Mia­łem też moż­ność dwu­krot­nie uczest­ni­czyć w tego typu przed­się­wzię­ciach; w dzia­łal­no­ści Tygo­dnika ”Soli­dar­ność” w roku 1981 i w two­rze­niu ”Gazety Wybor­czej” w 1989 roku.

W zespo­łach, które wyko­nują takie dzia­ła­nia nie ma aniel­skiej har­mo­nii. Udziela się im napię­cie pod jakim dzia­łają, ale są nasta­wione na widoczny suk­ces, każdy stara się robić co może, bez oglą­da­nia się na oko­licz­no­ści uboczne. Pod­kre­ślam: widoczny suk­ces, któ­rym może być też unik­nię­cie klę­ski. Ale musi to być na wycią­gnię­cie ręki. Per­spek­tywa zamknię­cia reformy eme­ry­tal­nej w roku 2040 nie wywo­łuje tego rodzaju euforii.

Mię­dzy­epoka. To słowo Mel­chior Wań­ko­wicz chyba wymy­ślił, a w każ­dym razie chęt­nie go uży­wał w odnie­sie­niu do cza­sów mu współ­cze­snych. Ludzie zain­te­re­so­wani poli­tyką, spra­wami publicz­nymi, lubią, w grun­cie rze­czy, czuć, że żyją w ”cie­ka­wych cza­sach” choć na nie narze­kają. Czują się jakby dowar­to­ścio­wani przez to, że choćby w cha­rak­te­rze obiektu histo­rii uczest­ni­czą w wyda­rze­niach, które uznają za przełomowe.

W histo­rii, w życiu spo­łe­czeństw i ludzi zawsze się coś dzieje, coś się koń­czy i coś się zaczyna. Histo­ria nigdy nie stoi w miej­scu, lecz nie poru­sza się rów­no­mier­nie. Są prze­łomy, okresy burzy i naporu i jest, wpro­wa­dzone do nazew­nic­twa przez Brau­dela dłu­gie trwa­nie, kiedy trwają wsze­la­kie pro­cesy, przy­go­to­wu­jąc kolejny przełom.

Histo­ria ma czas…

… ale rządy nie mają. Zaś ocena: prze­łom czy trwa­nie, jest bar­dzo subiek­tywna i nie­raz udaje się do niej dojść dopiero po jakimś cza­sie. A i to nie zawsze jest pewna. Histo­ryczny prze­łom prze­żyła Pol­ska na prze­ło­mie dwóch ostat­nich dekad zeszłego wieku. (N.B.: cią­gle trudno mi się przy­zwy­czaić, że zeszły wiek to nie jest wiek XIX). Nato­miast dwie ostat­nie, skąd­inąd umiar­ko­wa­nie burz­liwe dekady – to już okres dłu­giego trwa­nia. Zmiany są, owszem, widoczne, ale nie ma takiego zawi­ro­wa­nia, po któ­rym znaj­du­jemy się w jako­ściowo innej rze­czy­wi­sto­ści. Tak jak zna­leź­li­śmy się w latach 1918, w 1939 i 1945 oraz w roku 1989. Żaden następny rok nie może się z nimi porów­ny­wać w tym względzie.

Zmiany z dnia na dzień doko­nują się jedy­nie pod­czas wybo­rów. Ale już od dwu­dzie­stu lat żaden ich wynik nie jest prze­wro­tem ni rewo­lu­cją. Nawet powsta­nie i szybki upa­dek IV RP w latach 2005 – 2007 mie­ściły się w regu­łach sys­temu. Prze­su­nię­cia na sce­nie poli­tycz­nej, lep­sza czy gor­sza koniunk­tura gospo­dar­cza, takie czy inne per­tur­ba­cje w Unii Euro­pej­skiej i stre­fie euro, to wszytko są sprawy ważne, lecz nie o prze­ło­mo­wym zna­cze­niu. Prze­łom, a jakże, jest, ale odbywa się na raty, w ramach pro­cesu cywi­li­za­cyj­nego, na który poli­tyka ma wpływ bar­dzo ogra­ni­czony i któ­rego skutki nie są zauwa­żalne z dnia na dzień, ani nawet z roku na rok. I nie jest to glo­balne ocie­ple­nie, które może się – powta­rzam; może – oka­zać hum­bu­giem, ani ewen­tu­al­nie kolejne zlodowacenie.

Tę ewo­lu­cyjną rewo­lu­cję opi­suje demo­gra­fia, gdyż jest to postę­pu­jąca depo­pu­la­cja. Czyli fakt, że w roz­wi­nię­tych kra­jach rodzi się coraz mniej ludzi. A że roz­wija się coraz wię­cej obsza­rów świata w ramach postę­pu­ją­cej glo­ba­li­za­cji – czy się ona komuś podoba, czy nie – to już widać, że depo­pu­la­cja będzie mieć miej­sce nawet tam gdzie trwa jesz­cze eks­plo­zja demo­gra­ficzna. W każ­dym razie Pol­ska już ma ten pro­blem i to nie w przy­szło­ści ale od pew­nego czasu na co dzień. Poli­tyka rodzinna, czy zgoła pro­ro­dzinna, jest ważna, ale nie wolno się łudzić, że ona zatrzyma, a tym bar­dziej odwróci, pro­ces depo­pu­la­cji. Może nań wpły­nąć imi­gra­cja na wielką skalę, lecz też tylko na jakiś czas, łącząc się z wie­loma pochod­nymi problemami.

Wła­ściwe zro­zu­mie­nie tego pro­cesu pro­wa­dzi do prze­ko­na­nia, że konieczne jest prze­mo­de­lo­wa­nie spo­sobu życia i pracy. W środku XX wieku, w sys­te­mie pań­stwa opie­kuń­czego, czło­wiek pra­co­wał na sie­bie, na swo­ich rodzi­ców i na swoje potom­stwo, które w przy­szło­ści, pra­cu­jąc na sie­bie, miało pra­co­wać i na niego. W kla­row­nym modelu końca XXI wieku czło­wiek będzie pra­co­wał na swoje dziecko i na sie­bie, tak żeby odło­żyć sobie środki na sta­rość, zało­żyw­szy, że jego rodzice, w podobny spo­sób odło­żyli byli sobie środki dla sie­bie. Pro­ste ? Pro­ste, ale w teorii.

Ponie­waż nie można hur­tem, z dnia na dzień, zamie­nić jed­nego poko­le­nia na inne, trzeba prze­pro­wa­dzać tę zmianę przez okres co naj­mniej poko­le­nia, dopa­so­wu­jąc warunki do kolej­nych rocz­ni­ków. Mie­ści się to w przed­się­wzię­ciu zwa­nym reformą eme­ry­talną, która to nazwa pasuje do czyn­no­ści legi­sla­cyj­nych, ale nie obej­muje cało­ści. Mie­ści się w niej koniecz­ność prze­mo­de­lo­wa­nia sys­temu opieki zdro­wot­nej, sys­temu edu­ka­cyj­nego, zapew­nie­nie wzro­stu gospo­dar­czego – no bo skąd środki na to wszystko ? – sta­bi­li­za­cji spo­łecz­nej i praw­nej, pew­nego pie­nią­dza i sys­temu finan­so­wego, żeby odkła­dane środki nie prze­pa­dały, a pro­cen­to­wały po drodze.

Za trzy­dzie­ści – czter­dzie­ści lat spo­łe­czeń­stwo będzie funk­cjo­no­wało ina­czej niż teraz, a nie będzie już więk­szo­ści tych, któ­rzy dziś świa­do­mie podej­mują decy­zje o jego życiu w dru­giej poło­wie XXI wieku. Mamy więc lep­sze czy gor­sze, roz­strzy­gnię­cia na poko­le­nia, , podej­mo­wane w odcin­kach czasu mie­rzo­nych czte­ro­let­nimi kaden­cjami, pod ciśnie­niem bie­żą­cych oko­licz­no­ści oraz par­ty­ku­lar­nych interesów.

Można przy­pusz­czać, że w przy­szło­ści, na tle rzą­dów, które sku­piały się głów­nie na dotrwa­niu do końca kaden­cji, histo­ria wyróżni na plus słaby skąd­inąd rząd AWS-UW Jerzego Buzka w latach 1997 – 2000, który usi­ło­wał się zmie­rzyć z tym kar­dy­nal­nym pro­blem, podej­mu­jąc, mię­dzy innymi, reformę eme­ry­talną. Tę szansę zdo­był też, wygry­wa­jąc drugą kaden­cję, rząd PO-PSL Donalda Tuska. Zgod­nie z reguła sto­so­waną przez pre­zy­den­tów USA, pierw­szą kaden­cję poświęca się na zdo­by­cie dru­giej, a druga służy pozo­sta­wie­niu cze­goś waż­nego po sobie.

A kozy skaczą

Dzie­sięć lat ciężko pra­cuj, tysiąc lat żyj szczę­śli­wie – takie było hasło kosz­mar­nego Wiel­kiego Skoku w Chi­nach Mao. Za komuny wszę­dzie żyło się mar­nie i pra­co­wało się ciężko dla szczę­ścia – ilu­zo­rycz­nego – przy­szłych poko­leń. Do dziś pamię­tam zda­nie eko­no­mi­sty, Józefa Lewan­do­wi­cza, że wyeks­plo­ato­wa­nie jed­nego poko­le­nia w inte­re­sie innego nie różni się od wyzy­sku jed­nego kraju przez inny. (Opu­bli­ko­wał to chyba za wcze­snego Gierka, kiedy już miało być dobrze)

”Ojczy­zna w potrze­bie ! Nie­przy­ja­ciel w gra­ni­cach ! Do broni oby­wa­tele !” Są, gra­ni­czące z pew­no­ścią, szanse, że taki zestaw haseł nie będzie potrzebny w dają­cej się prze­wi­dzieć przy­szło­ści i jesz­cze póź­niej… Gdyby jed­nakże – Boże ucho­waj ! – był, można sobie wyobra­zić Rząd Jed­no­ści Naro­do­wej, zło­żony czy poparty przez wszyst­kie siły poli­tyczne, wytę­żoną pracę i dobro­wolne ofiary spo­łe­czeń­stwa. Nie widzi ono wszakże potrzeby by dla reformy, do któ­rej nie ma prze­ko­na­nia, a która może się spraw­dzi za poko­le­nie, rezy­gno­wać z ”cie­płej wody”, o czym musi pamię­tać rząd i co mu wyrzu­cają pięknoduchy.

Można dziś zade­cy­do­wać ustawą kto przej­dzie na eme­ry­turę w roku 2020 i 2040, ale bar­dzo orien­ta­cyjne są wyli­cze­nia o ile pro­cent będzie ona więk­sza w tej nie­wia­do­mej przy­szło­ści tech­no­lo­gicz­nej, eko­no­micz­nej, spo­łecz­nej i poli­tycz­nej. Może będzie kolejny kry­zys ener­ge­tyczny, a może nowe, tanie źró­dła ener­gii. W nie­skoń­czo­ność można wynaj­dy­wać wsze­la­kie oko­licz­no­ści. Wia­domo tylko, że jeśli czło­wiek ma dłuż­sze życie, to musi wię­cej pracy wło­żyć w to przed­się­wzię­cie. Zna­czy się dłu­żej pra­co­wać, bo to pro­ste. Ale może ktoś będzie pra­co­wać wydaj­niej i już przy pięć­dzie­siątce odłoży sobie na dru­gie pół wieku pod pal­mami. Nie­któ­rych już teraz na to stać, ale ci prze­waż­nie chcie­liby pra­co­wać jak najdłużej.

Rozu­mu­jąc trzeźwo, należy sobie zdać sprawę, że budo­wa­nie przez lata sys­temu eme­ry­tal­nego i wszel­kich pochod­nych musi być robione metodą prób i błę­dów, z dopa­so­wy­wa­niem się do warun­ków. Jak jed­nak pod­jąć i prze­for­so­wać w spo­łe­czeń­stwie decy­zję poli­tyczną mówiąc; wie­cie co, może spró­bujmy na począ­tek wło­żyć jakąś cząstkę do takiego OFE, a tam się zoba­czy. ”To czy tamto” musi być ”jedy­nie słuszne”, by mogło powstać. A kiedy się oka­zuje, że nie bar­dzo wycho­dzi, broni się tego jak nie­pod­le­gło­ści, bo za tym czymś stoją już jakieś inte­resy. I muszą stać ! Żadne duże, poważne przed­się­wzię­cie nie będzie zre­ali­zo­wane, jeśli się zań nie wezmą ludzie, któ­rzy się z nim iden­ty­fi­kują. Róż­nie; mate­rial­nie, ambicjonalnie.

W latach dzie­więć­dzie­sią­tych popu­larny był chi­lij­ski sys­tem eme­ry­talny. Usta­no­wił go gene­rał Pino­chet kiedy jesz­cze był dyk­ta­to­rem. Może by to była dlań oko­licz­ność łago­dząca gdyby sta­nął przed sądem. W histo­rii uda­wało się sku­tecz­nie refor­mo­wać świa­tłym monar­chom z bożej łaski, któ­rzy nie musieli się mie­ścić w czte­ro­let­niej kaden­cji. Demo­kra­tycz­nym refor­ma­to­rem był Fran­klin Delano Roose­velt, ale miał mocne popar­cie więk­szo­ści wstrzą­śnię­tej wiel­kim kry­zy­sem. Obec­nie pre­zy­dent USA musi się tar­go­wać z poli­ty­kami, prze­ko­ny­wać opi­nię publiczną, żeby prze­pro­wa­dzić kom­pro­mi­sowy, okro­jony wariant jakiejś reformy. W Pol­sce – podob­nie. W końcu zapewne powsta­nie jakiś kom­pro­mis, będzie ustawa eme­ry­talna, która zapewne okaże się kro­kiem w słusz­nym kie­runku, ale nie­kon­se­kwent­nym i niepełnym.

Nikt nie ma nic prze­ciw temu, by Pol­ska rosła w siłę, a ludzie żyli dostat­niej. Jed­nakże dla wice­pre­miera Wal­de­mara Paw­laka naj­waż­niej­szym zada­niem jest obrona wła­snej pozy­cji w PSL przed zaku­sami mini­stra Marka Sawic­kiego i umac­nia­nie pozy­cji PSL wśród nie­licz­nych wybor­ców. Nie słu­ży­łoby temu celowi pota­ki­wa­nie Tuskowi. Zwłasz­cza w spra­wie dlań naj­waż­niej­szej, czyli reformy eme­ry­tal­nej. Pali­kot może poprze, bo rozu­mie jak ważna jest ta reforma, ale jesz­cze waż­niej­sze dlań jest umoc­nie­nie wła­snej pozy­cji przez sprze­da­nie swego popar­cia za ustęp­stwa, które mogą zagro­zić pozy­cji Tuska. Ten, aby sta­wić czoło prze­ciw­ni­kom i … sojusz­ni­kom, musi mieć mocne opar­cie w wła­snej par­tii, mają­cej bar­dzo nie­wielką więk­szość. Czyli musi spa­cy­fi­ko­wać poten­cjal­nych czy rze­czy­wi­stych kon­ku­ren­tów. Naj­le­piej dając im sta­no­wi­ska i zapew­nia­jąc sobie popar­cie; ich oraz ich zaple­cza. To z kolei odbija się na jako­ści funk­cjo­no­wa­nia rządu; bała­gan z refun­da­cją leków, bała­gan w infra­struk­tu­rze – patrz wyżej.

I w takim napię­ciu, lawi­ru­jąc z naj­więk­szym tru­dem, wal­cząc o każdy pro­cent popar­cia, rząd nie­spo­dzie­wa­nie potyka się na skórce od banana, nie­spo­dzie­wa­nej reak­cji na ACTA.

Ernest Skal­ski



Powiązane tagi: , , ,

Dodany: 24 lutego 2012r.
Autor: Ernest Skalski
Dział: Państwo
Rozmiar liter: A A A

Współpracujemy z...

Reklama z sympatii

Polecamy