Władimir Wysocki – nowe tłumaczenia

Pieśni i ballady Władimira Wysockiego, które niedawno przypomniał na swojej płycie Maciej Maleńczuk ponownie zwróciły uwagę na tego jednego z największych, obok Galicza i Okudżawy, bardów rosyjskich. Dziś proponujemy kilka jego najbardziej znanych utworów w nowym tłumaczeniu red. Jerzego Szperkowicza. Poza wszystkim, to także fascynująca poezja. Teksty te proponujemy czytać, słuchając jednocześnie oryginałów w wykonaniu samego Wysockiego.

 

Skałołazka

 

Zapytałem cię, co góry wam obiecały?
A tyś ku szczytom szla i to po eN-kroć.
Przecież Elbrus ze samolotu widać cały.
Roześmiałaś się lecz skinęłaś „Chodź”.

Od tej chwili takaś mi bliska i pełna łask.
Alpinistko ty ma, Skałołazko tyś ma.
Wyciągając mnie ze wszystkich durnych dziur,
Tyś karciła mnie, Skałołazko ty ma.

Potem już w trybie szkolenia
U stóp każdej wspólnej ściany,
„Sznurowałaś” mnie do upojenia.
Skałołazko ty ma z porcelany.

Kiedyś za dziesiątki nieudanych prób,
kiedy zrazom twym chciałem oddać cześć,
wziąłem ze dwa razy lekko  w dziób,
zamiast nadąć się, lepiej  było znieść.

Stałaś mi się jeszcze bliższa i pełniejsza łask,
Alpinistko ty ma, Skałołazko ty ma
Wydłubując mnie ze szczelin oraz dziur,
pocieszałaś mnie Skalołazko ty ma.

Piąłem się za tobą resztką resztki sił,
Mam serdecznie dość, zaraz dam ci znać.
Nagle poleciałem, jakbym soplem był,
Wisząc głową w dól nie przestałem piać…

Jeszcześ bliższa mi i pełnaś łask
Alpinistko ty ma, skałołazko ty ma.
Teraz jedna lina mocno wiąże nas
Skalołaskaś ty, jam jest skałołaz

Mogiły bratnie

Na bratnich mogiłach nie widzi się wdów
Przychodzą tu ludzie twardawi,
Ktoś westchnie. Przykucnie. Postoi bez słów.
Ktoś kwiaty z wesela zostawi.

Znicz pełga. Tak czołgu dopalał się wrak
paliły się chaty rosyjskie,
tak palił się Smoleńsk, tak płonął Reichstag,
zajęło się serce gwardyjskie.

Tę ziemię przed laty stawiano pod włos,
śpi teraz pod płaszczem granitu.
Tu nie ma herosów, bo jeden jest los
zepchniętych w chłód nocy bez świtu.

Na skraju wioseczek, osiedli i miast,
dokładnie to samo jest wszędzie,
na bratnich mogiłach ni krzyży, ni gwiazd.
Na duszy lżej przez to nie będzie.

Wszyscy poszliśmy na front


Zamilkł łagier jak strażników gwizd
I wyroki poszły w kąt,
A na bramie pożegnalny list:
„Wszyscy poszliśmy na front”.

Koniec naszych poplątanych dróg
ważne chcieć naprawić błąd
Gdy Ojczyznę naszedł luty wróg,
wszyscy mają iść na front.

Im wysługi, lat odsiadki nam
doda albo ujmie sąd.
Trzy za rok – przeliczysz łatwo sam.
Teraz razem, marsz na front!

Szef Bieriozkin ta zapita ćma,
za nim pobić ciężkich swąd
Duszę na krzyż zagwożdżoną ma
Poszedł –  także on – na front.

Lepiej, żeby się po biurach snuł,
Do okopu – Boże broń,
Sąd polowy czapę wlepił mu,
tchórz przestrzelił sobie  dłoń.

My? Odznaczeń nas obsypał grad,
z kruszcu wręcz najwyższych prób.
Jeśliś przeżył to ci  medal wpadł,
martwy gwiazdę wziął na grób.

Łagier słyszy znów nahajki świst,
Pełno ludzi, nie wiem skąd.

Trwa za szkłem nasz pożegnalny list:
„Wszyscy poszliśmy na front”.

Szczyt

Żegnajcie równiny, zefirki wśród zbóż.
Tu grzmocą lawiny aż pieni się kurz
i z piargów na piargi kamienny w cwał puszcza się spad.
Możemy się ugiąć, ominąć ten żleb,
lecz my wybieramy szlak szczery jak chleb,
jak ścieżka wojenna zdradliwy, ciaśniejszy niż ślad.

Kto tędy nie przeszedł, nie zagrał va bank,
ten siebie nie poznał, nie sprawdził na bank.
I co, że na dole mógł ręką z łatwością sięgać do gwiazd.
Na dole nie spotkasz ze świecą w dzień
połowy olśnień i serca drżeń,
co tutaj za jednym jedynym spojrzeniem znad orlich gniazd.

Kominy, przewieszki. Nie strzelajże gap.
Na pecha nie zwalaj. Za pewne się łap,
bo w ścianie zawodzi przewrotnie i skała, i kamień, i lód.
Liczymy na chwyt swój mocny i hak
na dłoń braterską i dobry znak,
że pręży się lina, na której wieszamy nasz trud.

Nie będzie przemówień ni kwiatów ni wstąg,
a garstka przyjacół obstąpi cię w krąg,
gdy zamiast nagrobka bezkształtny przygarnie cię głaz.
I zniczem błękitnym rozjarzy się w dzień,
jak nuta żałobna wśród setki brzmień,
ta czapa lodowa o której samotnym zdobyciu mówiłeś nie raz.

Niech gdera ulica, niech ślini się typ
a po coś tam polazł, dość kaca i gryp,
by śpiesznie ekspresem pożegnać na zawsze ten .byt.
Kto inny porzuci przytulny swój kąt,
odnajdzie to miejsce  by stąd, właśnie stąd
dośpiewać to wszystko co wyszło u ciebie za krótkie  na szczyt.

Kujemy po stopniu na krok. Tylko wzwyż.
Kolana dygocą. Żre pot? To go zliż.
A serce na górę przed tobą wyrywa się, gna.
I oto tam stoisz. To bajka. To sen.
I nagle odkrywasz, że więcej ma ten,
któremu do szczytu pozostał wciąż hak albo dwa.

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 8.8/10 (5 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +4 (from 4 votes)
Jerzy Szperkowicz: Nowe tłumaczenia Wysockiego, 8.8 out of 10 based on 5 ratings