Tym razem proponujemy klimaty ze starej Odessy – rozsławionej w Polsce przez Izaaka Babla. Miasta pod każdym względem – i kiedyś, w czasach Imperium Rosyjskiego, i dziś – wyjątkowego. Odessa była taką rosyjską „Ziemią Obiecaną“ – mieszanką kultur i narodów; z bandycką Mołdawanką i jej królem – żydowskim „bandiugą“ Benim Krzykiem, stworzonym przez Babla w jego genialnych „Opowiadaniach odesskich“. W rzeczywistości nazywał się Miszka Japończyk i jego prawdziwą historię przypominamy w tekście Sławka Popowskiego. To nic, że powstał on kilkanaście lat temu i był już publikowany. Ważne, że znakomicie pasuje do „błatnych“ i żydowskich piosenek z Odessy, w których kryje się dusza tego miasta.

Sławomir Popowski: Prawdziwy koniec Beni Krzyka

Odezwałem się pierwszy. — Reb Arie-Leib — powiedziałem do starego — pomówmy o Beni Krzyku. Pomówmy o błyskawicznym jego rozbiegu i straszliwym końcu… Oto Froim Gracz. Czy stal jego uczynków nie wytrzymuje porównania z siłą Króla? Oto Kolka Pakowski. Zaciekłość tego człowieka zawierała w sobie wszystko co potrzebne jest by mieć władzę. A czy Chaim Drąg nie potrafił dostrzec blasku nowej gwiazdy. Czemu tylko Benia Krzyk wspiął się na sam szczyt sznurowej drabiny, a wszyscy inni zwiśli w dole, na chwiejnych szczeblach?

— Dlaczego? Dlaczego nie tamci, chce pan wiedzieć? Otóż trzeba na chwilę zapomnieć, że na nosie ma się okulary, a w duszy jesień. Niech pan przestanie się awanturować przy swoim biurku, a jąkać się wśród ludzi. Niech pan sobie wyobrazi na chwilę, że się pan awanturuje na placach, a jąka na papierze. Pan jest tygrysem, pan jest lwem, pan jest kotem.. Pan może się przespać z ruską kobietą i ruska kobieta będzie po tym zadowolona. Pan ma dwadzieścia pięć lat. Gdyby do nieba i ziemi przytwierdzone były uchwyty, to pan mógłby za te uchwyty złapać i przyciągnąć niebo do ziemi. A za tatunia ma pan furmana Mendla Krzyka… Pan chcesz żyć, a on każe panu umierać po dwadzieścia razy dziennie. Co by pan zrobił na miejscu Beni Krzyka? Nic by pan nie zrobił. A on zrobił. Dlatego on jest Król, a pan masz figę w kieszeni…”

Król Mołdawanki – Król Odessy

Odessa — tłumaczył mi Igor Szkliajew, historyk, który od lat bada archiwa śledcze odeskiej policji kryminalnej — to specjalne miasto. Do dziś, jeśli pan zapyta o narodowość, usłyszy odpowiedź: ani rosyjska, ani ukraińska, tylko odeska.

Na początku wieku, w czasach w których żył Benia Krzyk, uwieczniony w „Opowiadaniach odeskich” Izaaka Babla, była ona w połowie rosyjska, w 40 procentach żydowska, w 8 — ukraińska. Dwa procent przypadało na całą resztę: Mołdawian, Greków, Polaków, Francuzów, Niemców, Anglików, Turków, Cyganów i kogo tam jeszcze.

Odessa to była taka polska Łódź; ziemia obiecana dla wszystkich, którzy chcieli szybko się wzbogacić: kupców eksportujących ukraińską pszenicę, handlarzy i przemytników, korzystających z odeskiej strefy wolnocłowej, a także złodziei i bandytów, okradających przedstawicieli obu wcześniej wymienionych grup społecznych.
Miasto, czwarte co do wielkości w dawnym Imperium Rosyjskim (po Petersburgu, Moskwie i Warszawie), podzielone było na przestępcze rewiry. W centrum, na tzw Priwozie, koło dworca kolejowego, działała banda „sachalińczyków”. Z kolei od Prospektu Szewczenki do Wielkiego Fontana, wzdłuż drogi do nadmorskiej Arkadii, znajdował się rewir, określany w slangu odeskim, jako „SSzA”, czyli „USA”. Nikt już nie wie skąd wzięła się ta nazwa i do tego w odniesieniu do dzielnicy, zamieszkanej przez odeski lumpenproletariat, ale podobnie było też na Słobodkie, Pieresypie, Kulikowym Polu i Dalnych Mielnicach, uchodzących za najbardziej bandyckie miejsca w całej Odessie.

Największa i najsławniejsza była jednak Mołdawanka. Nazwa wzięła się stąd, iż początkowo osiedlali się tu głównie Mołdawanie, ściągający do Odessy. Później byli to już tylko Żydzi.

W 1905 r w Odessie zaczęły się żydowskie pogromy. Antysemickie bojówki Związku Św. Michała Archanioła, chciały wedrzeć się na Mołdawankę, ale miejscowa ludność żydowska stawiła im opór. Za wiedzą policji utworzono drużyny samoobrony. Zgodzono się nawet na wydanie broni, która nigdy już nie została zwrócona…
To był właśnie świat Beni Krzyka. Świat małych, najwyżej trzypiętrowych domów; podwórek, zabudowanych najdziwaczniejszymi krużgankami, balkonami i werandami, połączonymi drewnianymi, skrzypiącymi schodami. Mieszało się tu wszystko: stajnie portowych wozaków, składy żydowskich kupców hurtowych i małe sklepiki drobnych handlarzy, podobne do tych z Nalewek, Żytomierza, czy Drohobycza. Były synagogi, a także cmentarz i stojący do dzisiaj szpital żydowski.

To tu Benia Krzyk zdobywał sławę, wykonując pierwsze zadania odeskiego bandiugi Froima Gracza, zanim nie został królem Mołdawanki, a potem całej Odessy. Tu wydawał za mąż swoją siostrę Dwojrę i brał okup od hodowcy 60 krów, bogatego Sendera Eichbauma, zanim podczas nocnego napadu nie zobaczył jego córki Cyli i nie został jej mężem…

Tyle, że Beni Krzyka nigdy nie było. — Sprawdzałem wszystkie dostępne archiwa odeskiej policji kryminalnej, cieszącej się sławą jednej z najlepszych w Rosyjskim Imperium, i ani razu nie spotkałem się z tym nazwiskiem — mówił mi Igor Szkliajew. Byli różni odescy bandyci: był np. Spiro Kostia, turecki poddany, zajmujący się — jak byśmy dzisiaj powiedzieli — rekietem, był „killer” Samuel Zechcer, na poły kryminalista, na poły anarchista, który na zlecenie bolszewików wykonywał wyroki śmierci, a także Gawrił Kuzniczin, przezywany „Papugajczykiem” i uważany za „atamana” złodziei kolejowych. Był nawet, aresztowany w 1910 r, Jakow Bender — głośny oszust i „wielki kombinator”, który posłużył później za pierwowzór Ostapa Bendera z „12 krzeseł” Ilji Erenburga, ale nazwisko Benia nie pojawia się ani razu i gdyby żył naprawdę, carska Ochrana napewno miałaby go odnotowanego w swoich dokumentach.

W czasach, o których pisze Babel — dowodził Szkliajew — było tylko dwóch bandytów odeskich, których sława mogła dorównać sławie Beni Krzyka: jednym był Grigorij Kotowskij, późniejszy bohater Armii Czerwonej, a drugim — Michaił Winicki, Żyd z Mołdawanki, znany w Odessie jako Miszka Japończyk. Ponieważ Kotowskij działał głównie w Besarabii, więc wszystko wskazuje, że to Miszka „Japończyk” był prawdziwym Benia Krzykiem. Ale nie można też wykluczyć, że Babel, który przyjechał na Mołdawankę już po rewolucji, w latach 20-tych, stworzył swojego bohatera, korzystając z tego, co mu opowiadano i o jednym, i o drugim.

Benia Krzyk, alias Miszka „Japończyk”

Winicki, tj Miszka „Japończyk”, został królem Odessy i szefem największego w mieście syndykatu bandyckiego dopiero w latach 1918-1919, kiedy miasto kolejno dostawało się pod władzę: najpierw bolszewików, potem Niemców, Francuzów, znów bolszewików, Denikina i ponownie (na kilkadziesiąt lat) bolszewików.
O początkach przestępczej kariery Miszki „Japończyka” wiadomo niewiele. Jedynie to, że zanim został bandytą, był elektrykiem w odeskich zakładach „Anatra”. Podobno mieszkał na Mołdawance przy Miasojedowskiej 26. Urodził się w Odessie, miał 30 -35 lat i szaro-niebieskie, lekko skośne oczy. Stąd przezwisko. Miał też brata, który kilkadziesiąt lat po rewolucji zmarł w Nowym Jorku.

Co ciekawe, zanim nazwisko „Japończyka” pojawiło się w protokołach odeskiej policji… trafiło do archiwów „bolszewików”. A było to tak: wiosną 1918 r, kiedy Odessa była okupowana przez wojska austro-niemieckie, ludzie z bandy Waśki „Zezowatego” napadli na Mołdawance, koło kina „Iluzjon”, znajdującego się na rogu ul. Miasojedowskiej i Prochorowskiej na wywiadowcę podziemnej organizacji bolszewików. Nie tylko go pobili, ale jeszcze ograbili, zabierając mu pistolet „parabellum”. Kilka dni później — wspomina stary „czekista” Nikołaj Lwowicz Mier — w mleczarni niejakiego Marka Kogosa odbyło się tajne spotkanie szefa kontrwywiadu podziemnego komitetu obwodowego bolszewików Borysa Samojłowicza „Nika” z mężczyzną w średnim wieku, ubranym w mundur oficerski. Był nim właśnie Miszka Japończyk, który osobiście postanowił spotkać się z przedstawicielami bolszewików. Równo w tydzień później, w tej samej mleczarni pojawił się kurier, który oddał paczkę, a w niej wszystkie rzeczy skradzione przez Waśkę „Zezowatego”, łącznie z parabellum.

Czy był to początek współpracy „Japończyka” z bolszewikami? Trudno dziś powiedzieć. Pewne jest natomiast, że w roku 1918 był on jednym z głównych dostawców broni dla podziemnej, Rewolucyjnej Rady Wojennej bolszewików, którą — jak wynika z komunistycznych archiwów — sprzedawał za stosunkowo niską cenę.
W tym samym roku, gdy Odessa znajdowała się już pod władzą Francuzów, Miszka „Japończyk” przeprowadził jeszcze jedną wspólną operację z bolszewikami, o której głośno było w całym mieście. 12 grudnia, w odeskim cyrku miejskim odbywał się wiec partii socjalistycznych. Agitatorom udało się poderwać zebranych do ataku na policję. Jedna grupa z rewolucyjnymi pieśniami na ustach poszła odbijać więźniów politycznych z pobliskiego komisariatu. Druga natomiast ruszyła pod miejskie więzienie. Do tej ostatniej, nie wiadomo kiedy i skąd dołączyła grupa ok 400 uzbrojonych po zęby bandytów, dowodzonych osobiście przez Miszkę „Japończyka”. Dalej wydarzenia rozwijały się już szybko. Bramę wysadzono wiązką granatów i tłum wdarł się na więzienne podwórze. Socjaliści zaczęli uwalniać „politycznych”, a ludzie Miszki „Japończyka” swoich kamratów. Wszyscy byli zadowoleni. Z wyjątkiem naczelnika więzienia. Kiedy zaczął się szturm, schował się w komórce, ale został odnaleziony. Komórkę obłożono słomą i spalono…

Trzeba było jeszcze zamienić „aresztanckie” ubrania więźniów na „cywilne”, ale za radą Miszki „Japończyka” problem ten rozwiązano prosto i w sposób, jakiego napewno nie powstydziłby się literacki Benia Krzyk: zatrzymano przejeżdżający ulicą, przepełniony tramwaj, a jego pasażerom przedstawiono „propozycję nie do odrzucenia” i zostali goli…

Król idzie na wojnę

Chmury nad Benią Krzykiem alias Miszką „Japończykiem” zaczęły się zbierać w 1919 r., kiedy na kilka miesięcy, od kwietnia do sierpnia, miasto zajęli bolszewicy. Przez Odessę przetoczyła się wówczas pierwsza fala masowych roztrzeliwań. To wówczas Max Dejcz, szef odeskiej „CzK”, miał podzielić ludność Odessy, w jego przekonaniu w większości bandycką, na trzy grupy: tą którą już roztrzelano, tą którą bolszewicy właśnie aresztują i roztrzeliwują, oraz ostatnią, która, niestety, musi jeszcze na to poczekać.

Szczyt tej fali wielkiego terroru przypadł na lipiec. Korzystając z usług donosicieli i przygotowanych wcześniej list, bolszewicy likwidowali bez sądu wszystkich, których uznali za kryminalistów. Wyciągani wieczorem z domów, byli przywożeni do siedziby „CzK” przy Placu Jekatierińskim (dziś Ptiomkinowskim), tam ich rozbierano do naga, sortowano rzeczy i po 10 roztrzeliwano na wewnętrznym podwórzu. Kiedy uzbierano po 50 trupów — wywożono je na żydowski cmentarz na Mołdawance…

Miszka „Japończyk” czuł co się święci i dlatego, razem ze swoim adiutantem, sam stawił się w sztabie 3 Ukraińskiej Armii Radzieckiej. Według relacji uczestnika tego spotkania Fiodora Fomina, który był wówczas szefem Wydziału Specjalnego, „Japończyk” miał powiedzieć, że na swój sposób również walczył z burżuazją (napadał na banki, kasyna, restauracje itp) oraz zapewnił, że odtąd żadnych bandyckich napadów nie będzie. Na koniec zaproponował zorganizowanie własnego oddziału Armii Czerwonej. — Ludzi mam, broń też, pieniędzy nie potrzebuję. Chcę tylko waszego mandatu i lokalu — powiedział Miszka „Japończyk”.

23 maja 1919 r Rewojensowiet 3 Ukraińskiej Armii Radzieckiej wydał rozkaz Towarzyszowi Miszce Japończykowi, polecający zorganizowanie zbrojnego oddziału, przemianowanego później na 54 Ukraiński Pułk Radziecki. „Kryminalny Pułk”, jak o nim mówiono w Odessie, wyglądał rzeczywiście malowniczo. Podczas parady, na czarnym koniu jechał na czele sam Towarzysz Miszka „Japończyk”. Po bokach miał dwóch konnych adiutantów, w tym przydzielonego mu komisarza, rewolucyjnego-anarchistę, Aleksandra Feldmana. Tuż za nimi jechały, przygrywające do marszu dwie orkiestry żydowskie z Mołdawanki, a dopiero dalej szła „piechota” — 2 tysiące odeskich bandiug, w białych spodniach i marynarskich, pasiastych, biało-niebieskich tielniaszkach. Za to na głowie każdy nosił, co kto miał: kapelusz, cylinder, albo futrzaną lisiurę. Pochód zamykało kilka lekkich armat.

Sęk w tym, że wojsko Towarzysza „Japończyka” wcale nie miało zamiaru walczyć. W końcu lipca 1919 r, kiedy terror bolszewików dochodził do szczytu, a sytuacja na froncie stawała się coraz trudniejsza (koło Winnicy nacierał Petlura, od wschodu — Denikin, a do tego zaczął się bunt niemieckich kolonistów wokół Odessy) — Rewojensowiet postanowił wysłać 54 pułk „Japończyka” na front. Nie było to jednak takie proste. Chłopcy z Mołdawanki szukali każdego możliwego pretekstu, aby wykręcić się od wypełnienia rozkazu. W końcu jednak musieli ustąpić.
Krótko przed wyjazdem na front w miejskim konserwatorium odbył się pożegnalny bankiet, jakiego Odessa już dawno nie widziała. Długie stoły, jakie ustawiono w salach wręcz uginały się od wszelkiego rodzaju zakąsek, dań mięsnych, owoców i drogich, markowych win, które jakimś cudem przechowały się jeszcze z czasów, gdy w Odessie obowiązywała strefa wolnocłowa i kwitła kontrabanda. Wokół tych stołów kłębił się tłum odeskich złodziei i bandytów, w towarzystwie żon, przyjaciółek i kochanek. Centralne miejsce zajmował „Japończyk”, któremu komendant miasta ofiarował na pożegnanie srebrną szable, z rewolucyjnym monogramem. Bawiono się do samego rana…

Koniec króla Odessy

Miszce „Japończykowi” jeszcze kilka dni po tym bankiecie udało się odwlec moment wymarszu. Nie spieszył się. Zupełnie jakby przeczuwał, że z frontu już nie wróci. Kiedy 23 lipca dano rozkaz do wyjazdu i kazano żołnierzom zająć miejsca w pociągu — pułk trzykrotnie się rozbiegał. W rezultacie z 2 tysięcy ludzi, „Japończykowi” udało się zabrać do pociągu tylko ok. tysiąca żołnierzy, z których zaledwie ok 700 dotarło na front w rejonie Wapniarki.

Formalnie 54 pułk miał walczyć w składzie 45 dywizji Jakira, który początkowo kategorycznie sprzeciwiał się takiemu wzmocnieniu, a później nawet proponował swojemu sztabowi, aby ludzi „Japończyka” rozbroić. Skończyło się na tym, że całą jednostkę Króla Odessy polecono „szczególnej opiece” ze strony „CzK”.
I wtedy stała się rzecz dziwna, do dziś nie wyjaśniona. Krótko po zajęciu pozycji 54 pułk stoczył pierwszą i zwycięską dla siebie walkę. Wykorzystując ogniową przewagę 40 karabinów maszynowych — zmusił do ucieczki oddział petlurowców. W nocy, po zwycięskiej walce, kiedy zwykle żołnierze świętują zwycięstwo — nie wiadomo dlaczego cały pułk uciekł do Odessy, oddając pole przeciwnikowi.

Miszka „Japończyk” nie miał już co szukać na froncie. Na stacji Birzuła zajął ze swoim sztabem parowóz, doczepił do tego salonkę i ruszył w ślad za swoim wojskiem do Odessy…
„CzK” postanowiła zorganizować zasadzkę w Wozniesienskie. Koło budynków stacyjnych ukryto w wysokiej kukurydzy pułk Ursułowa i oddział komunistów z wozniesieńskiego komitetu partyjnego, dowodzony przez Michaiła Siniakowa.

Aby zatrzymać pociąg „Japończyka”, opuszczono semafor. Kiedy lokomotywa stanęła, Miszka, jego komendant Halip i żona Liza, uzbrojeni w mausery pobiegli do budki zwrotniczego, aby wyjaśnić przyczyny zatrzymania pociągu. Wtedy zostali zastrzeleni. Ursułow sam zabił Miszkę „Japończyka”, Siniakow — Halipa, a odeski „czekista” Zorin — Lizę.

Król nie dotarł już do Odessy. Został pochowany w Wozniesieńsku. Na pogrzeb przyjechało jednak wielu jego rodaków z Mołdawanki. Nad trumną Miszki „Japończyka” śpiewał znamienity kantor synagogi odeskiej Pinia Mińkowskij oraz soliści opery w Odessie…

Czy to miał na myśli Izaak Babel, kiedy pisał o strasznym końcu Króla, Benia Krzyka, alias Miszki „Japończyka”?

A teraz posłuchajcie. Kuplety Miszki Japonczika

Jan Różdżyński: Moja Rosja. Cedry. Sławomir Popowski: Pucz, który pogrzebał Imperium

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Odesskie klimaty, 10.0 out of 10 based on 1 rating