Karolina Wolińska: List przestraszonego optymisty

list letter2015-09-04.

Zwolenników Polski liberalnej i otwartej światopoglądowo jest wielu. Oddając swój głos na Bronisława Komorowskiego, wyrazili poparcie dla tego sposobu myślenia o Polsce. Dziś boją się powrotu do władzy moralizatorów, nakazujących żyć według ich ideologii. B. Komorowski jest zgodnym i odpowiedzialnym politykiem. Jego oponenci oprócz awantury o rasę, narodowość, wyznanie i orientację seksualną noszą się z zamiarem przewrotu w Konstytucji RP.

Piszę ten list, bo jestem zwolenniczką nurtu liberalnego w życiu społecznym i opowiadam się za otwartością światopoglądową. Obawiam się, że najbliższe cztery lata oznaczać będą regres w tej sferze.

Piszę, bo jestem przestraszona rozmiarem afer, awantur prasowych, jazgotem płynącym zewsząd – z radia, TV , Internetu i prasy. Ludzie mają dosyć zaklinania i wzajemnych oskarżeń. „Nie o take Polske mi chodziło”, chciałoby się powtórzyć za klasykiem… Irytuje bełkot komunikacyjny i celowe wywoływanie nieporozumień. Przeciętny obywatel narzeka, wyłącza TV, bo: ciągle skaczą sobie do oczu i nie można już na to wszystko patrzeć. A chodzi o to, żeby chciało mu się uczestniczyć.

Drugi problem tkwi w języku, jakim politycy się porozumiewają z rodakami. Politycy nie mówią prostym językiem do normalnych ludzi. Myśl polityka kryje się za martwym językiem pojęć, na które pozostajemy głusi.

Jestem mieszkanką gminy Pobiedziska w woj. wielkopolskim. Mało kto (ja również) przyjmuje do wiadomości, że propozycje pytań referendalnych prezydenta Andrzeja Dudy są z zakresu programu PiS (którego – prezydenckiego czy partyjnego?). A w ogóle, co to za argument, że to PiS proponuje? Jak PO proponuje, to dobrze, a jak PiS to źle? Zachęcam, by wczuć się w sposób myślenia zwykłego obywatela. Do ludzi trzeba mówić jasno i zrozumiale: „ Rodacy, prezydent w referendum was pyta, czy chcecie, by spełnił swoje przedwyborcze obietnice”. To jest jasny komunikat. Kiedy ludzie słyszą w głosie premier Ewy Kopacz, skrót „PiS”, to się wyłączają. Jak słyszą porównania, ot pierwsze z brzegu, którego użyła pani premier wyjaśniając sytuację z Lasami Państwowymi: „ to tak jakby poszedł pan do lekarza z anginą, a ktoś zarzucił panu, że idzie zmieniać płeć. To co by pan powiedział?” Zdanie za długie i za skomplikowane. Nikt tego nie analizuje, nie słyszy, bo ludzie zaprawiają ogórki i mają swoje sprawy. Nie zapominajmy, że to głosy wsi i małych miast przesądziły o przegranej Bronisława Komorowskiego. Zwracam się do rządzących, do posłów i wszystkich, którzy chcą faktycznie demokratycznego i otwartego światopoglądowo państwa, by głos Wasz brzmiał klarownie i potężnie.

Włączam się do dyskusji w sprawie proponowanego referendum – drugie pytanie brzmi: Czy jest Pan/Pani za utrzymaniem dotychczasowego systemu funkcjonowania Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe? Niedosłownie i nie wprost wraży przekaz jest taki:nie będzie można wejść do lasów, bo PO sprzeda je Niemcom. Rozkradli już wszystko, więc biorą się za lasy. Ci co żyją ze zbieractwa, nie będą mieli z czego żyć, bo Niemiec będzie rządził. Niemiec wejdzie do lasu, gdzie twój dziad był partyzantem. Kasę dadzą, oczywiście, Żydom”. Celowo podnosi się larum bogoojczyźniane i odwołuje do fobii. Zarzut pazerności i działania na szkodę Polski, by Żydom zadośćuczynić, jest najbardziej chwytliwy. Pytam koalicję rządzącą: czy tak trudno objaśnić  o co chodzi z Lasami Państwowymi?

Jedna z moich sąsiadek (osoba refleksyjna i inteligentna) mówi:A widzi Pani, PKP rozkradli, to z lasami chcą zrobić to samo”. Jeżeli ona tak myśli, to strach pomyśleć o tych, którzy faszerują się informacjami z tabloidów lub Radia Maryja. Nie można mówić „ nie chcemy prywatyzować lasów”, bo ludzie rozumują, że za tym słowem kryje się jakiś szwindel: „nie chcą prywatyzować, to na pewno rozkradną jakoś inaczej – za dużo szumu robią”. Czy to takie trudne przekazać ludziom komunikat prosty jasny i skuteczny: „Nie sprzedamy lasów. Nie ogrodzimy lasów. Musimy zmienić sposób zarządzania lasami, bo to państwo w państwie”. Tłumaczenia nic nie pomogą, bo ludzie „swoje wiedzą”. Obszerne usprawiedliwienia działają na niekorzyść.

Z pierwszym pytaniem referendalnym jest inny problem. „Czy jest Pan/Pani za zniesieniem obowiązku szkolnego sześciolatków i przywróceniem obowiązku szkolnego od 7. roku życia”. Moim zdaniem pytanie jest nieuczciwe, bo dotyczy kampanii sprzed dwóch lat. Inicjatorzy akcji „Ratuj maluchy” mówili wówczas, że szkoły są na to nieprzygotowane. Przez dwa lata wiele się zmieniło.

Pomysłodawcy kampanii „Ratuj maluchy” tak przygotowali jedną z licznych akcji zbierania podpisów, że znalazły się tam do podpisu 2 inne pytania: o kurs historii w szkołach i o likwidację gimnazjum. Wiele osób podpisywało z uwagi na pozostałe punkty, nie tylko z powodu sześciolatków (ja również podpisałam, bo jestem zwolenniczką likwidacji gimnazjum). W rezultacie każdy podpis to jakby 3 x TAK. Państwo Elbanowscy tak przygotowali druki, że trzeba było się zgodzić ze wszystkimi 3 pytaniami. Nie wiem, czy podczas wszystkich akcji były 3 pytania. Wiem tylko, że mit o nieprzygotowanych szkołach w języku rodziców małych dzieci, stał się prawdą. Histeria tak się rozbujała, że sprawie przyjrzałam się bliżej podczas akcji ruchu rodziców Matki I Kwartału, której byłam czynną uczestniczką.

Sześciolatki w szkole to problem złożony. Jedną z przyczyn jest nadmierna opiekuńczość. Problem jest w wyobrażeniach rodziców. Nie dają szansy swoim dzieciom na samodzielność. Drugim zagadnieniem, którego rządzący i dyrektorzy oraz wychowawcy nie powinni lekceważyć, to problem zmianowości w szkołach. Dyrektorzy mogliby tak pogłówkować, żeby sześcioletnie maluchy kończyły zajęcia najpóźniej o 14.00. (Czasem tzw. sześciolatki nie mają jeszcze sześciu lat!).

Kuriozalna wydaje mi się sytuacja, kiedy rodzic zamiast psychologa decyduje czy posłać wcześniej do szkoły czy nie. Rzecz jasna, rodzic powie: znam lepiej swoje dziecko i to jest koniec rozmowy. Psycholog wypisuje odroczenie, jeśli rodzic poprosi. Takich rodziców „teraz robią” i to się na razie nie odmieni.

Rządzący, powiedzcie prosto: rozumiemy obawy rodziców małych dzieci. Ale słowo się rzekło i sześciolatki muszą pójść do szkoły, bo to dla ich dobra.

Parlament jeszcze przed wyborami może zrobić jednak dobre rzeczy w polityce prorodzinnej i jasno je obwieścić urbi et orbi. Kiedy nasz ruch Matki I Kwartału się rozwijał, mieliśmy sporo pomysłów, które w sposób oszczędny dla budżetu państwa pozwalały na wprowadzenie pewnych udogodnień dla rodziców. Na przykład podczas spotkań z Ministrem Pracy i Polityki Społecznej sugerowaliśmy, by wprowadzić urlop na godziny. Proste, tanie rozwiązanie, wymagające odrobiny logistyki, a ułatwiające życie. Rodzic nie musi brać zwolnienia z pracy na cały dzień, skoro potrzebuje dwóch godzin.

Zwracam się do Was, panie i panowie rządzący. Otoczeni jesteście pijarowcami, a nieskutecznie prowadzicie politykę prostych komunikatów. Tego nie rozumiem. Proste komunikaty wbijają się w pamięć. W myśl zasady, że kłamstwo wielokrotnie powtórzone staje się prawdą, PiS zawłaszczył sobie niektóre pojęcia. Popisy retoryczne posłów PiS, żonglujących bez umiaru słowami: ojczyzna, miłość do ojczyzny, patriota, prawdziwy Polak – dotyczą wyznawców tylko jednej partii. To samo było podczas kampanii prezydenckiej – prezydentura B. Komorowskiego została sprowadzona przez pijarowców PiS do trzech słów: bulu, nadzieji i shoguna. Resztę zrobili internauci.

Uczę w szkole średniej, moi uczniowie to przede wszystkim przyszli technicy. Wielu z nich ma wielką wiedzę na temat współczesnej polityki. Wielu, niestety, czerpie wiedzę z memów, w których obrazek z tekstem zastępuje skłaniający do refleksji artykuł prasowy. Wniosek? Kawa na ławę; byle klarownie.

Rządzący – zwolennicy Polski demokratycznej i postępowej – nie umacniajcie się na barykadach. Nie zagrzebujcie w okopach. Wyjdźcie z defensywy. Przejmijcie inicjatywę. Nie tłumaczcie się. Akurat w ciągu ostatnich paru lat udało się coś zrobić, ot, na przykład: darmowe podręczniki, przedszkole za złotówkę, roczny urlop rodzicielski.

Chce się powiedzieć za poetą: Chyćcie broni, chyćcie koni. Mówicie wielkimi literami, by można było zapamiętać. Nie ma sensu skakać sobie do oczu. Nikt tego nie chce oglądać. Kibicujemy tym, którzy nie mają narodowych kompleksów. Kibicujemy demokratycznym standardom. Nie oddawajcie Polski ksenofobom i nawiedzonym ideologom. Pamiętajcie, że wspieramy Was, polityków walczących z regresem i szeroko pojętym konserwatyzmem. Jest nas wielu. Nie zawiedźcie nas.

Karolina Wolińska

jest zwykłą czytelniczką Studia Opinii i sympatyzuje – jak widać – z naszą linią redakcyjną

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.0/10 (28 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +29 (from 43 votes)
Karolina Wolińska: List przestraszonego optymisty, 9.0 out of 10 based on 28 ratings

11 komentarzy

  1. Woziwoda 2015-09-04
    • Mateusz Kijowski 2015-09-04
  2. sroka 2015-09-04
    • Mateusz Kijowski 2015-09-04
  3. W. Bujak 2015-09-05
  4. slawek 2015-09-05
  5. andrzej Pokonos 2015-09-05
  6. janwojciech 2015-09-06
  7. W. Bujak 2015-09-07
    • BM 2015-09-07
  8. W. Bujak 2015-09-07