Paweł Artymowicz: Skrzydło kontra brzoza cz. I

Skrzydło samolotu nie dźwigało chyba dotąd tak wielkiego ciężaru politycznego. W pierwszej połowie września zespół sejmowy d/s katastrofy smoleńskiej pod przewodnictwem posła Macierewicza połączył się „telemostem” z Ameryka.  Po drugiej stronie, dr Nowaczyk z Baltimore, MD, i prof. Binienda z Akron, OH, dokonali godzinnej prezentacji ekspertyzy wykonanej na zamówienie zespołu.

Zdarzyło się coś, co byłoby niemożliwe w USA ani paru innych krajach, które znam. Zaprezentowano w Sejmie RP ekspertyzę naukowa, wykonana za granicą na zlecenie polityka opozycji. Trochę mnie to zastanowiło, gdyż nie wyobrażam sobie, żeby w Szwecji, USA lub w Niemczech uznano, że krajowi inżynierowie i naukowcy nie są w stanie tego dokonać, a jedynym człowiekiem zdolnym wykonać modelowanie przy użyciu programu komputerowego znanego od kilkudziesięciu lat (metoda elementów skończonych) jest emigrant, powiedzmy John Smith, zamieszkały w kraju trzecim i pracujący, dajmy na to, na Wydziale Inżynierii Lądowej Uniwersytetu Zielonogórskiego. To trochę byłby afront.

Przypomniałem sobie jednak szybko o wadze problemu Smoleńska. Z pewnością były powody wykonania ekspertyzy za granicą. Zapewne eksperci zespołu posiadali wiedzę niedostępną w Polsce. Tak, z pewnością. Prof. Binienda pracował przecież dla NASA. Ponadto sprawa musiała być ważna, inaczej nie zaprzątano by uwagi Sejmu, który na pewno ma jeszcze parę innych rzeczy do załatwienia. Tak przynajmniej myślałem, zanim nie obejrzałem prezentacji na własne oczy. Musiałem nieco zmienić zdanie.

ZAWODOWA PREZENTACJA

Obraz zastąpi tysiąc słów, zatem zachęcam do samodzielnego oglądu, materiały prezentacji sejmowej zastały umieszczone w Sieci i są łatwe do odszukania. Zawodowy polityk, pan Macierewicz, korzystając z pomocy zawodowego inżyniera-naukowca prof. Biniendy, oraz fizyka cum analityka komputerowego dra Nowaczyka, zaprezentował reprezentantom narodu prezentacje popularno-naukową nt. niedostatków raportów polskiej komisji państwowej Millera i skomplikowanych obliczeń na amerykańskich superkomputerach. Prezentacja była bardzo ładnie, zawodowo, zmontowana. Mówiono wielu rzeczach, spędzając niesłychanie dużo czasu na rzeczach pobocznych, co nieźle trzymało widza chcącego w końcu zobaczyć symulacje zderzenia skrzydła z brzoza w napięciu:

(1) o przekonaniu dra Nowaczyka, ze w raporcie komisji Millera jest część niezrozumiałych lub sprzecznych informacji (Pewnie, ze są! Jak w każdym raporcie pisanym z odpowiednimi wytycznymi) i czy to nie oznacza, ze był zamach (nie oznacza).

(2) o życiorysie prof. Biniendy, z dokładnym wyjaśnieniem, jakie posiada tytuły i na jakich uniwersytetach bywał, w jakich organizacjach naukowych jest członkiem i gdzie kliknąć, aby ujrzeć jego stronę sieciowa. (Mimo obszernego wprowadzenia w rzeczy mało istotne, nie podano standardowych miar jakości naukowej, np. cytowań lub indeksu Hirscha profesora; naturalne można to sprawdzić samemu).

(3) o długiej liście firm, które współpracują z ministerstwem NASA, które dostarcza profesorowi funduszy na badania (z konkretami typu wysokość grantów; to już była chyba drobna złośliwość, tak denerwować polskich naukowców).

(3) o tym, że ma laboratorium, w którym strzelał gąbką do pokryć Wahadłowca Kosmicznego Columbia, niestety jak było całkiem jasne, co spowodowało jego katastrofę.

(4) o tym, ze jest wysokiej klasy specjalista od symulacji komputerowych, czego dowodem jest ze używa od dawna programu LS-DYNA, opartego o metodę elementów skończonych z lat 70. i dostępnego na całym świecie za kilkaset dolarów oprogramowania (bez wyszczególnienia, jakie nowe metody numeryczne prof. Binienda opracował)

(5) o tym, jak długo i z jakim poświeceniem jego komputer i doktoranci liczyli symulacje Tu-154.

(6) co to jest metoda elementów skończonych,

(7) jak potężna jest energia kinetyczna samolotu jako całości (w istocie, to wielkość bez znaczenia dla tego, czy skrzydło pęknie pod naporem drzewa).

(8) o tym, jak samolot lata i jak zachowałby się po utracie końcówki skrzydła (opis był całkowicie sprzeczny z aerodynamiką, jednak profesor inż. Binienda twierdził kategorycznie, że właśnie fizyka czyni niemożliwą wersję wydarzeń w Smoleńsku podaną przez zarówno rosyjską, jak polska komisje). Robił tez błędne wrażenie nt. wytrzymałości konstrukcji skrzydła na quasi-punktowe uderzenia z przodu.

(9) o tym, że dziennikarze nie tłoczą się prosząc o wywiady, żeby o tych rewelacjach donieść.

Co zrobił zawodowy polityk? Zaczął jeździć po kraju i mówić, ze naukowiec udowodnił zamach i pytał, kiedy w końcu skończą się kłamstwa rządu w tej sprawie. Wypowiedzi posła Macierewicza sugerują, ze potrzebuje on pilnie pomocy, której nauka obecnie nie jest jeszcze w stanie udzielić.

WĄTPLIWE METODY SYMULACJI

Nasunęło mi się po obejrzeniu prezentacji naturalnie wiele spostrzeżeń. Mam spore doświadczenie w symulacjach dynamicznych (zacząłem je publikować na studiach, w 1983 r.). Natychmiast więc zrozumiałem, ze symulacja prof. Biniendy ma wiele słabości. Muszę jednak przyznać, że być może popełniłem zasadniczy błąd, próbując interpretować prace dra Nowaczyka i prof. Biniendy, jako prezentację pracy naukowej. Wtedy oczywiście wycofuje się z mojej krytyki. Jednak, jako tylko i wyłącznie naukowiec, nie potrafię przejść nad tym, co usłyszałem, do porządku dziennego.  Pewne wady symulacji widoczne są na prezentacji, innych można się tylko domyślać z wyników, których prof. Binienda najwyraźniej nie skonfrontował z rzeczywistym stanem rzeczy w dniu katastrofy pod Smoleńskiem.

O co chodzi? Najbardziej uderzyła mnie chyba niedopuszczalnie niska jakość symulacji w strefie największego zgniotu, która jest rzędu przekroju pnia drzewa i jest zasadnicza dla rezultatu jej zmagań ze skrzydłem. Ten, kto chce zrozumieć fizykę procesu płynięcia i pękania metalu, a z drugiej strony deformacji i pękania drewna brzozy, powinien pokryć ten obszar gęstą siatką elementów skończonych (paneli obliczeniowych lub brył elementarnych). Tego mi bardzo brakowało. Reprezentacja brzozy była fatalna, doliczyłem się kilkunastu zaledwie paneli lub brył obliczeniowych w krytycznej sekcji brzozy. Zasadniczy element konstrukcyjny skrzydła, dźwigar, na którym zatrzymuje się i łamie brzoza w obliczeniach zespołu Macierewicza, jest złożony z kilku dosłownie paneli. Ponieważ są one obiektami płaskimi, a przybliżany przez nie dźwigar odkształca się, pojawiają się szpary pomiędzy panelami zwane jako „leakage problem” metody elementów skończonych (FEM). Dlaczego ten problem wystąpił? Myślę, że dlatego, iż użytkownik programu nie zadbał o wykorzystanie opcji LS-DYNA tworzenia siatki samozagęszczajacej, która dałaby zmienna rozdzielczość i bardziej poprawny opis deformacji i pękania. Nie jest jasne, dlaczego. Wynikiem tego jednak było niepotrzebne marnowanie czasu na obliczenia z równą dokładnością przeciwległej końcówki skrzydła, ogona, jak i łamanego małego kawałka w bezpośrednim styku z brzozą. Obliczenia o tak niskiej rozdzielczości, w mojej opinii, nie są godne zaufania, ponieważ nie spełniają założeń metody FEM.  Dodatkowo, spowalnia to niesłychanie obliczenia, gdyż 99.9% elementów obliczeniowych nie jest w najważniejszej strefie zgniotu.

Następnie, dobrze byłoby zadbać o symulację obciążonego zwiększonym o 30% ciężarem całego samolotu skrzydła. Przeciążenie rejestrowane przez skrzynki było równe 1.3 g. Nie wiem, czy zostało to uwzględnione.  Fizycznie, przyłożenie 10 ton siły na ostatnie 5 metrów rozmachu skrzydła, mogło być czynnikiem organizującym ułożenie płaszczyzn poślizgu i ułatwiającym rozchodzenie się defektów i mikroszczelin w kierunku przeciwnym do ruchu samolotu, które w końcu doprowadziły do pęknięcia bądź obcięcia napiętego kawałka skrzydła.  Sądząc po zrelaksowanym kształcie skrzydeł przez napotkaniem brzozy w prezentowanej nam symulacji, mogło być to nieuwzględnione.

Drugim szokiem był dla mnie sposób traktowania w symulacji stref o największej deformacji. Maksymalną dopuszczalną względną deformację opisuje parametr, który przyjęto jako 0.14 dla metalu, a tylko 0.05 dla drewna brzozowego. Już ten konkretny wybór parametrów w powiązaniu z konkretnym algorytmem obliczeniowym zawartym w programie mógł potencjalnie spowodować wszystkie zasadnicze efekty, które, jak przedstawię to niżej, nie są realistyczne i nie zgadzają się ze stanem faktycznym na miejscu katastrofy, takie jak destrukcja drzewa typu czystego ścinania poziomego, a znikome uszkodzenie skrzydła Tupolewa w zderzeniu. Chodzi tu o to, że po prostu elementy obliczeniowe poddane deformacji powyżej ustalonej tymi parametrami znikają wraz z całym dobytkiem (przenoszonymi energiami i na prężeniami). Graniczna deformacja drewna ustalona została na dużo mniejsza niż odpowiednia deformacja metalu, nota bene wbrew możliwości ze mokre o tej porze roku drewno brzozowe ma zwiększaną giętkość i zwiększony zakres rozciągania przez zerwaniem włókien w porównaniu z suchym drewnem podłogowym. Olbrzymie numeryczne klocki drewna z których składał się w symulacji pień drzewa w krytycznym momencie znikały, pozwalając skrzydłu wchodzić w pień nieomal jak w próżnię (tak to przynajmniej wygląda na wideo). Istnieją znacznie lepsze metody opisu procesu łamania zarówno belek aluminiowych, jak i drewnianych, niż zastosowana (jak wynika z tych danych wejściowych, które widać było na slajdach w prezentacji).

Olbrzymim problemem dla zrozumienia, co naprawdę liczył program polega na dużej liczbie danych wejściowych, których nie znamy. Przede wszystkim nie podano grubości i rozłożenia elementów nośnych wewnątrz skrzydła! Nie można w tej sytuacji być pewnym, że skrzydło ma realistyczne elementy konstrukcyjne, takie jak belkowo-płatowe dźwigary, jak i masę całkowitą. LS-DYNA jest programem uniwersalnym, do liczenia niemal dowolnych zagadnień związanych ze zderzeniami lub oddziaływaniem na siebie elementów różnych konstrukcji. Dlatego sterowany jest setkami parametrów wejściowych, definiującymi symulowana sytuację fizyczna, które powinniśmy poznać. Wiele pytań zrodzonych przy oglądzie zachowania belki nie może być rozstrzygniętych tak długo, jak prof. Binenda nie opublikuje, najlepiej na jakimś forum internetowym, duży zbiór parametrów wejściowych, przy użyciu którego programuje się m.in. strukturę skrzydła.

Jest to absolutnie konieczne. Program LS-DYNA zawiera w sobie setki tricków, obchodzących problemy z niestabilnością, z nadmiernie uproszczonym opisem symulowanych procesów, z zaklinowywaniem się symulacji na mikroskopijnym kroku czasowym, na niefizycznej penetracji części obiektu przez inne części, na typowym kłopocie z plątaniem się siatek Lagrange’owskich i in. (oczywiście LS-DYNA jest już starym i dobrze zdebugowanym programem i działa, to znaczy nie „wywala się”. Daje często bardzo rozsądne wyniki. Nawet bardzo często, ale nie zawsze. Programu niezawodnego we wszystkich problemach nie ma. Również zaniedbanie fizyki w skali poniżej rozmiaru elementu obliczeniowego obciąża nieraz wiarygodność wyników. Dlatego programy tego typu musza być koniecznie kalibrowane i sprawdzane na nowo w każdym rodzaju rozwiązywanego problemu. To nie zostało w problemie skrzydło-drzewo zrobione, jak stanie się jasne za chwile.)

Listę pytań można kontynuować: jakiego równania stanu używał profesor w strefie szybkiego zgniotu? Może żadnego, tylko posłużył się niewłaściwymi wg. wielu autorów, w tym przypadku, krzywymi naprężenie-deformacja (stress-strain)? Czy użyto dla przyspieszenia obliczeń tzw. skalowania masy (dodawanie niefizycznej masy do elementu żeby się liczyło szybciej, jest taka opcja i jest tez czasem potrzeba jej użycia, obawiam się ze zaszła?

Dziesiątki, setki parametrów i opcji, setki możliwości manipulowania przebiegiem symulacji. Prof. Binienda dal zupełnie fałszywe wrażenie, ze podał wszystkie ważne parametry w tabelce na slajdzie.

Analiza wspomnianego zbioru wejściowego przez naukowców, którzy obeznani są w praktyce z jego zastosowaniem, może przynieść wiele wyjaśnień. Zabierze na pewno wiele czasu.  Prof. Binienda powinien jak najszybciej udostępnić tekstowy plik wejściowy LS-DYNA, zamiast proponować nieszczerze wykonanie własnych obliczeń w 3 dni i zgłoszenie abstraktu prezentacji na sesję konferencji w Pasadenie w kwietniu 2012 r. Jest on doskonale świadom tego, że proponuje rzecz niemożliwą i szczerze mówiąc nie pojmuję tego rodzaju żartów. Zresztą, odradzałbym uczestnictwo. Organizowałem wiele podobnych sesji i wiem, ze nie są one dobrym forum do analizy i uwiarygodniania czyjejś pracy. Nie ma tam czasu na więcej niż kilka krótkich pytań i krótkich odpowiedzi pod adresem prelegenta, podczas gdy próba zrozumienia co poszło źle w obliczeniach profesora, jeśli ktoś się jej podejmie, zajmie zapewne miesiąc czasu, a przedyskutowanie jej wyników z profesorem będzie wiele tego czasu wymagało. Przewiduję w każdym razie, że ta konferencja nie odpowie na żadne z ważnych pytań.

 WĄTPLIWE WNIOSKI ZESPOŁU

Cóż jednak, jeśli profesor Binienda, firmujący ostatecznie swoim nazwiskiem poprawność obliczeń, dobrał wszystkie parametry najwłaściwiej i upewnił się, że zjawiska symulowane są wiernie, a tylko ja, wiedziony jakimiś wyjątkowo pechowymi doświadczeniami jako fizyka obliczeniowca, wyolbrzymiam problemy? Co, jeśli zaprezentowane animacje są po prostu słuszne i basta?

Niestety, to niemożliwe. To niemożliwe z prostej przyczyny: nic się wtedy nie zgadza ze stanem faktycznym, który sadzę, że i dziś każdy może za cenę biletu kolejowego do Smoleńska udokumentować. Dlaczego zespół sejmowy, wszyscy inni wyznawcy różnych teorii tego nie zrobili, a muszą się opierać na zdjęciach dziennikarza rosyjskiego Amielina, któremu jednocześnie jak mówią nie ufają, przekracza moja zdolność pojmowania. Może mieli jakiś powód.

Rodzaj przełomu obserwowany w brzozie smoleńskiej to przełom drzazgowy, i to z imponującej długości drzazgami na urwanej części. W inżynierii materiałowej wiadomo, jak czasowo taki przełom zachodzi. Nie zgadza się to z przebiegiem ani wynikami symulacji.

Znikoma odległość, na jaką w rzeczywistości odsunięta została jej górna część od sterczącego w ziemi pnia (brzoza upadla tuż obok, właściwie prawie nie doznając żadnego przesunięcia, tylko złożyła się we dwoje, a nie odleciała jak na symulacji z prędkością kilkunastu metrów na sekundę mniej więcej w kierunku lotniska) — nie zgadza się z symulacjami. Kierunek i rodzaj ruchu tuz po urwaniu brzozy też się nie zgadzają. Prawdziwa brzoza leży czubkiem w kierunku północy.

Porównanie symulacji z wynikami realnych testów robionych kilkadziesiąt lat temu przez NASA, w których prawdziwe samoloty rozpędzano na ziemi i zderzano z obiektami takimi jak slupy telefoniczne (chudsze i materiałowo nieco słabsze na pękanie kuzynki mokrej, dorodnej, prawie 40-cm przekroju, smoleńskiej brzozy) jest ostatecznym gwoździem do trumny śmiałej hipotezy o niezłomnym skrzydle, autorstwa zespołu Macierewicza. Samoloty Constellation i DC-7 miały podobną konstrukcję skrzydła co późniejszy radziecki TU-154.  W kilku testach słupy uderzały w skrzydło w różnych miejscach skrzydła. W przypadkach, kiedy miejsce to leżało blisko kadłuba, czasami slupy wgryzały się w skrzydło lecz łamały od uderzenia, skrzydło zaś nie rozpadało się. Nie wiadomo, jaki wynik byłby w zderzeniu z trudniejszą przeszkoda brzozy smoleńskiej. Jednak w żadnym z przypadków które znam, a było ich kilka, przy uderzeniu słupa telegraficznego w zewnętrzną część skrzydła, skrzydło nie zachowywało ciągłości konstrukcji tylko było udarowo cięte i zgniatane wzdłuż linii przełomu, po czym kontynuowało swoją podróż na własny rachunek, czasem bardzo krótko, bo prędkość nie była znacznie mniejsza niż 270 km/h i brakowało im siły nośnej. Powtórzę — mimo słabszego słupa i mniejszej prędkości uderzenia niż pod Smoleńskiem, słupy cięły zewnętrzne części skrzydeł. Wideo tych prób można dziś oglądać na youtube.

ZŁE ZROZUMIENIE FIZYKI

Niestety, prezentacja sejmowa zawiera także zwyczajne nieprawdy fizyczne, ogłaszane przez profesorów nie tylko jako prawdy, ale i reguły fizyki, które są dowodem w sprawie zamachu, w który najwyraźniej wierzą, ale nie potrafią udokumentować.  Nie chce już nawet przypominać sobie opowieści dra Nowaczyka, który twierdził, że przy uderzeniu w drzewo samolot powinien natychmiast zmienić kurs, a naprawdę wiemy, ze tego nie zrobił (zapisy dwóch skrzynek parametrycznych, jak i ślady na ziemi świadczą, ze stopniowo zmienił kurs dużo dalej, kiedy obrócił się na bok). Do przebiegu beczki będę w przyszłości powracał, proszę wybaczyć, że wspomnę tu tylko ten błąd.

Ważniejsze były stwierdzenia prof. Biniendy, które nie były bynajmniej przejęzyczeniem, tylko tematem osobnych slajdów i całych minut prezentacji. Po pierwsze, podkreślił on jak wielkie są masa całkowita i energia całkowita samolotu TU-154M, w porównaniu z samochodem. Jako fizyk mogę zrozumieć fascynacje inżyniera tymi wielkościami, jednak nie maja one nic a nic do rzeczy w kwestii tego, czy skrzydło mogło czy nie mogło się złamać po lokalnym ciosie zadanym przez pień brzozy. Nie jestem jedynym, który to zauważył. Pytania wielu internautów o to, czy ważne jest jaka jest całkowita masa samochodu lub ciężarówki kiedy zahacza lusterkiem o coś twardego po drodze, świetnie oddają istotę zjawiska. Te globalne wielkości podane chyba były dla efektu medialnego. Nie, naprawdę nie wiem dlaczego. Może nie rozumiem fizyki.

Ale najważniejszym i niestety dość kompromitującym dowodem niezrozumienia fizyki lotu samolotu, było kategoryczne stwierdzenie prof. Biniendy o tym, ze Tupolew #101 nie odwrócił się do góry kolami. Nie odwrócił, ponieważ nie mógł, zgodnie z „prawami fizyki”, tego zrobić. Wg. profesora, samolot, który traci końcówkę skrzydła NIE WYKONUJE BECZKI bo nie może. W związku z ubytkiem całkowitej siły nośnej, wykonuje on wg. profesora cos na kształt rzutu poziomego w próżni. (Proste, prawda? A my się tyle niepotrzebnie głowimy.) Oprócz prezentacji sejmowej, to samo niesłuszne powoływanie się na fizykę rzutu poziomego odnajdziemy w gazetowych wywiadach z prof. Biniendą. To jest jeden z dowodów zdrady, zamachu. Tupolew nie mógł, a jednak najwyraźniej odwrócił się do góry kolami! Tak samo jak skrzydło nie mogło się złamać (por. symulacje), a złamało.

Chciałoby się powiedzieć: Panie Profesorze! Ile jeszcze grantów NASA potrzeba Panu, aby zorientować się jak lata samolot? Mówię to z całą odpowiedzialnością. Proszę mi uwierzyć, ze #101 i tuż przed i tuż po utracie końcówki skrzydła unosił się do góry z dodatnim przyśpieszeniem, dopóki nie obrócił się na bok. Samoloty nie podlegają bowiem fizyce Arystotelesa i nie maja naturalnej i nieprzemożonej ciągoty, by spadać w dół. Aby pomóc im w zwalczaniu takiej ewentualnej tendencji, inżynierowie z tych wszystkich firm, które pan wymieniał na slajdach, instalują na ich ogonach specjalne płaszczyzny kontrolne zwane po ang. elevators (stery wysokości). Zasady rzutu poziomego nie stosują się do samolotu z wielu powodów. Mieszkam niedaleko, mam czas, mam samolot, mogę przylecieć. Polatamy chwilkę i sam pan zobaczy co i jak jest z tymi samolotami i aerodynamiką.

Byłaby to taka ot wpadka, każdemu się zdarza, prawda? Nie. Nie, jeśli ktoś z piedestału samemu sobie ułożonego ze związków z NASA, daje nieprawdziwe świadectwo prowadzące w prostej linii do wniosku, ze 96 ludzi w Smoleńsku padło ofiarą nieczystej gry (dosłowne stwierdzenie tego zamachu pozostawił profesor zleceniodawcy ekspertyzy).  Bez zebrania skrawka rzeczowego dowodu! Wbrew metodzie naukowej. I jeszcze myląc się co do fizyki ze szkoły średniej. Przepraszam, trochę się uniosłem, ale szybciutko mi przeszło: przecież moja ulubiona agencja rządu amerykańskiego nie miała dokładnie nic a nic wspólnego z obliczeniami profesora Biniendy, thank God! Padłem ofiarą zawodowo przygotowanej prezentacji.

CO POSZŁO ŹLE?

Po każdej grubszej wpadce warto zastanowić się co poszło źle. Tutaj – kilka rzeczy.

Ludzie, którzy idą do komputera po odpowiedź i nie zadają sobie trudu żeby przynajmniej skonsultować się dwa razy, używając zasadniczo różnych metod numerycznych, zawsze miewali i będą  co jakiś czas mieli wpadki.  Ludzie, którzy nie robią najpierw oszacowań fizycznych ani inżynieryjnych, takich jakie pokażę w następnym odcinku, będą niepotrzebnie męczyli komputery. Nie słyszeli, co mawiał von Neumann, jeden z ojców informatyki: nie zaczynam nigdy obliczeń, jeśli nie mam pojęcia jaki powinien być mniej więcej wynik. Ludzie, którzy prowadzą swe obliczenia w tajemnicy, bez normalnej dla procesu naukowego szerokiej konsultacji z kolegami-specjalistami, również będą mieli wpadki. A także ludzie, którym braknie sceptycyzmu, zwłaszcza do swoich własnych wyników, albowiem sami siebie oszukujemy najlepiej. Przypominają mi oni naukowców z anegdoty o jednym z najwybitniejszych fizyków po Einsteinie, Richardzie Feynmanie. Powiedział on kiedyś o naukowcach spoza swojej dziedziny, ze pracują prawie dokładnie tak jak on, to znaczy: maja książki, papier, ołówki i kosz w swoim biurze, do wyrzucania zmiętych kartek papieru. Z jednym tylko wyjątkiem: ci o których mówił, zdaja się nie potrzebować w ogóle kosza na śmiecie! Obecnie świat posunął się znacznie do przodu. W cyfrowej produkcji makulatury.

A przecież można było uniknąć problemów. Wystarczyło spojrzeć na prawdziwa brzozę, która donikąd nie poleciała, tylko poharatana metalem skrzydła, utraciła mnóstwo włókien (to materiał kompozytowy) i ani nie poleciała, ani nie była ucięta jak nożem, tylko się zapewne przełamała. Czy nie trzeba było wtedy poprawić trochę symulacje, żeby chociaż miała szanse dać wynik bardziej zgodny ze stanem faktycznym?

Patrząca gdzieś na północ, opuszczona. Żywej duszy nie ma wkoło, żeby jej położenie i jej półmetrowe drzazgi u góry a mniejsze u dołu zinterpretować i wymodelować. Zamiast tego, pojawia się jej cyber-uzurpatorka z klocków LEGO, a logo NASA na piersi. A każde dziecko widzi, że to nie to samo. Naturalnie, ze obliczenia LEGO-FEM się robi, jako wstępną próbę, po czym natychmiast wyrzuca do kosza i poprawia parametry, rodzaj siatki, opis materiału, tak aż symulacja zacznie mieć sens fizyczny, a potem może nawet realny. Z całą pewnością, nie należało robić 50 prawie takich samych, nie za dobrych symulacji, zajmujących jeszcze czas na klasterze obliczeniowym.  I po co ja to mowię? Prof. Binienda o tym na pewno wie, jemu nie musze nic wyjaśniać. Właściwie to w ogóle nie moja sprawa. Tylko komputerów mi szkoda.

LAMENT NAD SPOŁECZNOŚCIĄ

Poruszony sprawą ekspertyzy zza oceanu, zrozumiałem, że nie podoba mi się kilka rzeczy.

Nie podoba mi się też to, że nauki i inżynieria podzieliły się na tak małe działki, ze większość ludzi panicznie boi się wyjść poza swoją działkę na krok. Albo się boi, albo nie ma wewnętrznej potrzeby, albo zwyczajnie nie ma czasu, albo faktycznie, wykształcenia. Nie moja działka, mówi. I mamy wąskich specjalistów — w najlepszym przypadku. Nikt wiec nie protestuje, nikt nie powie: Hola! Jak to Pan szanowny „udowodnił ponad wszelka wątpliwość”? To przecież nie ma nic wspólnego z prawdziwym badaniem naukowym. Metoda naukowa dobrze rozumiana jest kompletnie sprzeczna z takim ogłoszeniem. (A etyka naukowa z takim postępowaniem, które nazwałbym w tym konkretnym przypadku serwilizmem politycznym.) Tak, nie podoba mi się wysługiwanie się przez polityka naukowcami.

Naturalnie tylko i wyłącznie amerykańskimi naukowcami, gdyż polityk najwyraźniej uznał, ze naród u nas, Panie, ciemny i zabobonny, ale w Amerykanów to uwierzy. I w jakieś zwariowane 15 metrów nad gruntem w FMS-ie uwierzy. I że coś wybuchło na kilkadziesiąt milisekund przed końcem lotu, który już od 10 sekund nie miał szans też uwierzy. Ludzie słuchają (lub coraz częściej zmieniają kanał) ale nie zadają głośno pytań o to, jak ten zapis FMS był skwantowany, jaka była dokładność pionowa urządzenia i co się kiedy dokładnie działo. (Z ust dra Nowaczyka usłyszałem mniej sensownych wyjaśnień, a ściśle i matematycznie – nieskończenie mniej, niż z wpisów anonimowego kogoś, kto sam doszedł do tego co i jak z tym FMS-em, i opisał cierpliwie na forum.)

Nie jestem zachwycony tym, ze Polacy nie protestują przeciwko takiemu ich traktowaniu przez zawodowców. Nie znałem was, drodzy Państwo, z tej strony, albo zapomniałem. Czy w Polsce jest czołobitność przed tytułami naukowymi? Magia tytułów naukowych? Chęć by uzyskać jakąś gwarancje od osób trzecich, organizacji, od nazw własnych, bo sami nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć, czy ktoś mówi cos nowego i ciekawego? Może to jest potrzeba jakiejś współczesnej arystokracji umysłowej, której pochodzenie naukowe, miejsce pracy, uczelnia, granty, same przez się nobilitują.  Bez tego argumenty czy obliczenia człowieka tracą wartość.

A. de Saint-Exupery opisał w ‚Małym Księciu’ pewnego naukowca, którego nikt nie chciał słuchać, do chwili aż zmienił ubranie na bardziej normalne. Przyjechał w garniturze, wyglądał jak Godny Zaufania Profesor i dostał tym razem oklaski, a mówił przecież dokładnie to co przedtem.

W. Gombrowicz powiedział kiedyś, ze idei szlachectwa nic nie zaszkodzi: ani głupota, ani bieda, ani brzydota, dosłownie nic nie odbiera arystokracji dziwnego blasku i nie gasi fascynacji nią. To takie europejskie, ale bardzo mało amerykańskie, ta potrzeba elity, na ręce której składa się osąd idei.

Wolę Amerykę.  W Ameryce istnieje pojęcie i (w większości przypadków) także praktyka merytokracji. OK, Polsce też, tylko za rzadko i nie do końca. Zwłaszcza słyszę o tym, jak bardzo rynek pracy podobnie działa tu i tam, w Ameryce Północnej i w Polsce. Czy po mojej stronie Atlantyku przyjmuje się do pracy po znajomości? Oczywiście, że tak. Po znajomości fachu. Serio. Ja co prawda żyję w wieży z kości słoniowej, ale słyszę i widzę nieco szerzej. A i u mnie, na przykład, polityka uczelniana to bywa prawdziwe bagno, gdy dominuje się walka o wpływy, zarozumialstwo. Ale nie aż takie bagno, żeby mieć możliwość przyjmować do pracy znajomków, którzy nie wygrali konkursu z innymi kandydatami na stanowisko. O czymś takim jeszcze nie słyszałem. Są podchody i kuluary, przekonywania i profilowane czasem ogłoszenia o pracy, ale w końcu zawsze jest furtka otwarta dla potencjalnie lepszych kandydatów.

O arystokracji i zadzieraniu nosa wśród wykształciuchów amerykańskich nie słyszałem. Z powodu ogólnego zadufania, tak, oczywiście, bo ludzie są różni. Ale o tytułomanii raczej nigdy. To zresztą nie Niemcy ani Japonia, w Nowym Świecie nie ma takiej tradycji. Profesor to Profesor. So what. I chyba to dobrze.

Nie dajcie się proszę nabrać politykowi. Pan prof. Binienda jest człowiekiem i jako taki czasem się myli. Głównie myli się sądząc, ze coś udowodnił (na pewno tak sadzi! Po cóż czekałby na dziennikarzy? I tu ciekawe – ci na szczęście coś się kapnęli, ze ta symulacja to nie żaden „dowód na zamach”, że nie ma żadnych materialnych dowodów, które by się w takiej poszlakowej w końcu sprawie przydały). Jestem pewien, ze w tej zawodowej prezentacji sejmowej nie chodziło autorom ani o ponadczasowa prawdę (bo ze świecą jej szukać w tym, co tam mówiono), ani chyba o propagandę metody elementów skończonych. Jakiś cel w produkcji tych wyników chyba jednak był, tyle że cel pozanaukowy. Oby to nie był precedens.

Zakończę anegdotami o tym, jak to powinno być z tymi wybitnymi postaciami nauki i okolic. Przydarzyło mi się rozmawiać na konferencji (NASA, naturalnie) z zupełnie normalnymi osobami, później dowiadując się kim są. Raz trafiłem z dzieckiem na film IMAX o Teleskopie Kosmicznym, a mój niedawny rozmówca, w pomarańczowym kombinezonie z naszywką był bohaterem filmu i coś opowiadał z entuzjazmem wisząc w nieważkości. Trochę mi mowę odjęło. Z kolei, mój niegdysiejszy opiekun naukowy, oczywiście z instytutu ściśle związanego z NASA (jakże by inaczej, w tym felietonie wszystko jest z NASA), siedział przy stole na obiedzie konferencyjnym z astrofizykiem, który przyszedł dla towarzystwa z zona. Siedziała obok, wiec zaczął z nią rozmawiać. Sympatyczna rozmowa o tym i o owym sprowadziła ich na temat pracy. What do you do? – spytał uprzejmie mój szef. „Och… Ja? No cóż, ja latam promem kosmicznym.” Odpowiedziała mu ta pani.

Czego nie mogę życzyć waszym najbliższym, bo spóźniłem się z anegdotą i prom już poszedł na złom?

[ w następnym odcinku, obliczenia jak to jest naprawdę z wytrzymałością brzozy i skrzydła. Może być nudno!]

Paweł Artymowicz

 

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.9/10 (28 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +7 (from 13 votes)

Paweł Artymowicz: Skrzydło kontra brzoza cz. I, 7.9 out of 10 based on 28 ratings

Dodany: 29 września 2011r.
Autor: Paweł Artymowicz
Dział: Nauka i technika
Odsłony: 1392
Rozmiar liter: A A A

Reklama

Współpracujemy z...

Reklama z sympatii

Polecamy