Stanisław Szuszkiewicz: “To była trzeźwa decyzja”.

Stanisława Szuszkiewicza, byłego przewodniczącego Rady Najwyższej Białorusi, jedną z trzech osób, które w grudniu 1991 r. podpisały historyczny układ o rozwiązaniu Związku Radzieckiego – spotkałem przypadkowo w Warszawie, w maju 1998. Przyjechał do Polski na długi, świąteczny weekend. Odbyliśmy spacer Alejami Ujazdowskimi, a dwa dni później Szuszkiewicz zgodził się udzielić wywiadu dla “Rzeczpospolitej”, w której wówczas pracowałem. Mówiliśmy o tym, jak doszło do rozpadu radzieckiego imperium i o tym, co działo się na rządowej daczy w Wiskulach, w Puszczy Białowieskiej. Tam właśnie, 8 grudnia 1991 r. zapadł ostateczny wyrok na ZSRR. W 20 rocznicę tamtego wydarzenia, które zmieniło geopolityczną mapę Europy i świata postanowiłem przypomnieć tamten wywiad.

Sławomir Popowski


– W Rosji, zwłaszcza w kręgach opozycji komunistycznej i nacjonalistycznej, bardzo często się mówi, że to, co się stało w Puszczy Białowieskiej, to był spisek Jelcyna, Krawczuka i pana; że gdyby nie wy, to Związek Radziecki mógłby istnieć dalej.

– To kompletna bzdura. Nie było spisku i nie było spiskowców. W rzeczywistości Związek Radziecki rozpadł się znacznie wcześniej. Był zrujnowany wojną w Afganistanie i kryzysem gospodarczym. Poza ZSRR były już wszystkie republiki bałtyckie. Za niepodległością głosowała też większość obywateli Ukrainy podczas grudniowego referendum, a wcześniej – wbrew oficjalnym zapewnieniom propagandy – spora grupa republik odmówiła udziału w marcowym referendum 1991 r., podczas którego rzekomo większość opowiedziała się za utrzymaniem ZSRR. Mówiąc krótko: nie było już żadnej podstawy prawnej, aby utrzymywać Związek. Ktoś musiał wziąć na siebie odpowiedzialność, aby przyznać, że król jest nagi, a właściwie, że go w ogóle już nie ma. W Wiskulach jedynie to przyznaliśmy i szukaliśmy form prawnych, w jakich można byłoby to zapisać. I to był najważniejszy rezultat naszego spotkania w Wiskulach: powiedzieliśmy publicznie, że „Związek Radziecki, jako podmiot geopolityczny przestaje istnieć…”, co następnie zostało ratyfikowane przez wszystkie parlamenty republik związkowych.

– Jak doszło do spotkania w Wiskulach; kto pierwszy zaproponował, aby się spotkać – w takim gronie i właśnie w Puszczy Białowieskiej?

– Słyszałem już wiele i bardzo różnych opinii na temat tego, kto doprowadził do ogłoszenia ostatecznego wyroku na ZSRR. W rzeczywistości wyglądało to tak: 21 października 1991 r. odbywało się kolejne spotkanie przywódców republik związkowych w Nowym Ogariewie, które prowadził Gorbaczow. Wcześniej byłem pod jego wielkim wrażeniem. Był jedynym radzieckim przywódcą, którego zdjęcie z pełnym przekonaniem i z czystej sympatii powiesiłem w swoim gabinecie na uczelni. Ale właśnie w Nowym Ogariewie przekonałem się ostatecznie, że gwiazda Gorbaczowa zaczyna gasnąć; że w jego działaniach politycznych brak jest postępu i politycznie już się wyczerpał.

Podczas tego październikowego posiedzenia Gorbaczow przedstawił nam kolejny projekt tzw. porozumienia nowoogariewskiego, z którego wynikało, że proponowana konfederacja republik związkowych w zasadzie niczym nie będzie się różnić od dotychczasowego państwa unitarnego. Powiedziałem wówczas, że to nie ma sensu. Jelcyn mnie poparł, ale Gorbaczow się obraził. Żądał: albo podpiszemy wszystko to, co on sam nam zaproponuje, albo nie podpisujemy niczego. Nie było nawet mowy o tym, aby nad ostatecznym tekstem porozumienia mogli popracować eksperci. W pewnym momencie – pamiętam – Gorbaczow wstał i przeklinając wyszedł.

Po tej awanturze przywódcy innych republik zwrócili się do mnie i do Jelcyna z apelem, abyśmy obaj, jako główni „sprawcy” kryzysu w Nowym Ogariewie, udali się do Gorbaczowa i wspólnie znaleźli jakieś wyjście z impasu. Poszedłem z Jelcynem na przechadzkę nad rzeką Moskwą. Powiedziałem mu: jest tu bardzo ładnie, ale pokazałbym też parę ciekawych i równie pięknych miejsc na Białorusi, jakich w Rosji nie ma. Na to Borys Nikołajewicz: to ja chętnie przyjadę.

Zależało mi na dobrych stosunkach z prezydentem Rosji i poleciłem premierowi Wiaczesławowi Kiebiczowi, aby przygotował wizytę na początku grudnia. Poprosiłem go też, aby wykorzystując swoją dobrą, osobistą znajomość z premierem rządu ukraińskiego, Fokinem – doprowadził również do przyjazdu prezydenta Leonida Krawczuka.

Kiedy już było wiadomo, że w Kijowie wyrażono zgodę na spotkanie – zadzwoniłem do Jelcyna i zapytałem, czy nie będzie miał nic przeciwko temu, że na polowanie do Puszczy Białowieskiej przyjedzie także Krawczuk. Jelcyn zgodził się natychmiast: to dobrze, dobrze – powiedział. Wtedy pół żartem, pół serio zaproponowałem, a może by zaprosić i Gorbaczowa. Ale tu Jelcyn okazał się nieustępliwy. „No – odpowiedział – jeżeli zaprosisz Gorbaczowa, to ja nie przyjadę”. I tak to było…

– W białowieskich Wiskulach ktoś pierwszy musiał jednak wystąpić z pomysłem, że powinniście wypowiedzieć Układ Związkowy, czyli w praktyce zlikwidować ZSRR. Kto to był i jak doszliście do takiej konkluzji?

– Później wiele i różnie o tym mówiono, ale pamiętam, że po raz pierwszy słowa o możliwości rozwiązania Związku Radzieckiego usłyszałem w Wiskulach od Giennadija Burbulisa, ówczesnego najbliższego współpracownika Jelcyna. Podczas dyskusji plenarnej zapytał on wprost: „A może by tak zastanowić się nad problemem, czy ZSRR w ogóle jeszcze istnieje”. Burbulis powiedział też, że możemy uznać, iż Związku Radzieckiego już nie ma i formalnie ogłosić, że przestał istnieć. Okazało się wtedy, że nikt przeciwko temu nie oponuje…

– Czyli idea wychodziła od Burbulisa, ówczesnej – jak o nim mówiono – szarej eminencji na Kremlu…

– Nie jestem pewny, czy pochodziła ona od Burbulisa, ale to, że po raz pierwszy w mojej obecności ją ogłosił, to nie podlega dyskusji.

– Czy z tego wynika, że Rosjanie przyjechali do Wiskuli z gotową już propozycją?

– W takim kształcie, w jakim została przedstawiona – decyzji nie było i być nie mogło. Myślę, że Rosjanie już wcześniej rozpatrywali różne warianty rozwiązania, ale podstawowe porozumienie było pisane na brudno już w Wiskulach. Każdy zapis był redagowany na miejscu, przez specjalną roboczą komisję trójstronną. I dopiero kiedy ustalono podstawową koncepcję, zaczęliśmy pracować nad ostatecznym redagowaniem końcowego dokumentu. W wersji roboczej został on podpisany przez sześć osób. Oprócz tego Jelcyn, Krawczuk i ja podpisaliśmy wspólne oświadczenie, w którym informowaliśmy o podpisanym porozumieniu i czego ono dotyczy. Potem wszystko już poszło gładko.

– Jak doszło jednak do tego, że podjęliście taką, a nie inną decyzję?

– To było podczas wieczornego spotkania. Dyskutowaliśmy o tym, co zrobić, aby uporać się z narastającym w kraju kryzysem politycznym i ekonomicznym. Wtedy też ustaliliśmy zasadniczą koncepcję dokumentu końcowego. W nocy jego projekt przygotowała komisja trójstronna, a następny cały dzień pracowaliśmy już nad ostateczną redakcją.

– Kozyriew twierdzi w swoich wspomnieniach, że to właśnie od stanowiska Białorusi, tj. od pana osobiście, zależało, jak daleko posunie się Rosja w swoich propozycjach. W pierwszej wersji, podobno, proponował wam federację, ale pan się nie zgodził. Z kolei proponował Krawczukowi konfederację, i on też się nie zgodził.

– Niech Kozyriew się nie wygłupia. Przecież podczas zasadniczych rozmów jego w ogóle nie było. Do Wiskuli został zaproszony tylko jako członek grupy roboczej, w której – ze strony Rosji – głównymi osobami byli Jegor Gajdar i Siergiej Szachraj, czuwający nad formą prawną porozumienia. Kozyriew to był blok dyplomatyczny i właściwie zajmował się on tylko sprawami kosmetycznymi, nie prowadząc żadnych poważnych rozmów. Nigdy zresztą nie odznaczał się nadmierną samodzielnością i najczęściej ograniczał się do ubierania w ładne, dyplomatyczne słowa to, czego życzył sobie Jelcyn.

– Czy Gorbaczow wiedział o waszym spotkaniu?

Wiedział. Oczywiście, że tak…

…ale czy domyślał się, co się święci?

– Tego nie mógł wiedzieć, bo i my sami nie wiedzieliśmy, czym zakończy się nasze spotkanie. Kiedy do Mińska przyleciał Jelcyn, mówiliśmy, że sytuacja staje się coraz trudniejsza, że trzeba coś robić, itd. Niedługo potem, aby nie tracić czasu, 30 minut rozmawiałem z Krawczukiem podczas wspólnego lotu do Wiskuli. I dopiero wówczas zrozumiałem, że pójdziemy znacznie dalej niż mogłem przypuszczać… Faktycznie mieliśmy do wyboru: albo w sposób kategoryczny postawimy przed Gorbaczowem nasze żądania, albo w ogóle nie będziemy już na niego zwracać uwagi. Wybraliśmy to drugie.

– Rosjanie twierdzą, że o tym, iż spotkanie w Puszczy Białowieskiej zakończyło się tak a nie inaczej – zadecydowało w istocie stanowisko strony ukraińskiej, a przede wszystkim Krawczuk, który był najbardziej nieprzejednany.

– W dużym stopniu tak właśnie było. Krawczuk opierał się na wynikach referendum na Ukrainie, którego rezultaty były właściwie niczym wyrok. Było to dla niego wiążące, ale i bardzo wygodne. O tym, że Ukraina ma być niepodległa, wypowiedziało się w powszechnym głosowaniu 90,6 proc. jego uczestników. Oznaczało to, że za pełną suwerennością głosowała również przytłaczająca większość Rosjan mieszkających w tej republice.

Dla mnie to było szokujące. Jak to: Ukraina już jakby poza Związkiem, my jeszcze… a tu dochodzimy do stwierdzenia, że ZSRR faktycznie już nie ma. I kiedy to przyznaliśmy, natychmiast zrobiło się lżej.

Zaraz potem próbowaliśmy się kontaktować z Nazarbajewem, prezydentem Kazachstanu i nawet leciał do nas, ale – jak chytrze wyjaśnił – musiał się zatrzymać w Moskwie dla zatankowania paliwa. Dziś wiemy, że kontaktował się wówczas z Gorbaczowem. Nic jeszcze nie wiedział o naszych decyzjach, ale myślę, że przeczuwając je i nie będąc pewnym, co będzie dalej – postanowił poczekać i nie przyleciał do nas. I chyba dobrze, że tak się stało, bo później powiedział, że nigdy by nie podpisał takiego porozumienia, jakie podpisała nasza trójka. Z wielkim zadowoleniem przyłączył się do umowy, ale dopiero 19 grudnia, gdy już było wszystko jasne i bezpieczne.

– Dawid Remnick, powołując się na bardzo pewne źródła, pisze w swojej książce „Zmartwychwstanie”, że kiedy doszliście do konkluzji, że Związek Radziecki można już tylko rozwiązać i że konieczne jest wypowiedzenie układu związkowego – przyjęliście to z wielką ulgą. I kiedy grupa robocza przystąpiła do pracy, wy udaliście się na kolację. Jelcyn podobno był po jej zakończeniu kompletnie pijany, tak że spadł z krzesła. Razem z Krawczukiem, trzymając Jelcyna za ręce i nogi – podobno usiłowaliście go przenieść na kanapę.

– To całkowite kłamstwo. Powiem panu, jak było z alkoholem w Wiskuli. We wszystkich apartamentach, w których mieszkaliśmy w Puszczy Białowieskiej, była dostateczna ilość wszelkich alkoholi, jakie kto lubił. Ja nie ukrywam, że jestem człowiekiem, który pije, ale tak jak powinien pić – kieliszek, dwa i nie więcej.

Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że w pierwszym dniu naszego spotkania w Wiskuli nie było żadnego pijaństwa. Byliśmy w bani, była specjalna brygada masażystów, którą zorganizował Kiebicz, ale wszystko bez alkoholu. W każdym razie, decyzja o rozwiązaniu ZSRR była przyjęta na trzeźwo.

Także następnego dnia nie było żadnego pijaństwa. Kiedy już koncepcyjnie ustaliliśmy zasady porozumienia, przystąpiliśmy do jego ostatecznego redagowania. W sześć osób pracowaliśmy przez cały dzień i wówczas, kiedy udawało nam się znaleźć jakieś udane rozwiązanie redakcyjne, wtedy rzeczywiście pozwalaliśmy sobie wypić po małym kieliszku dobrego koniaku. Ale to wszystko. Zresztą później była konferencja prasowa…

– Zostawmy sprawy alkoholowe. Czy podpisując porozumienie o wypowiedzeniu układu związkowego mieliście już gotową koncepcję przyszłej Wspólnoty Niepodległych Państw? Jak sobie wyobrażaliście przyszłość?

– Żadnej gotowej koncepcji nie było. Miała się dopiero narodzić. Umówiliśmy się tylko, że będziemy się dalej spotykać i zastanawiać, co robić dalej. Były natomiast do rozwiązania inne, pilniejsze problemy. Przede wszystkim chodziło o broń nuklearną, stacjonującą na terenie czterech nowych i już niepodległych państw. Trzeba też było uspokoić świat i powiedzieć, że nie będzie ona własnością Białorusi, Ukrainy, czy Kazachstanu, ale nadal pozostanie pod kontrolą Rosji.

– Podpisaliście rozwiązanie ZSRR, ale jak wówczas to traktowaliście: jako pożegnanie, rozwód, czy też początek poszukiwania jakiejś nowej formy wspólnoty?

– Uważaliśmy, że jest to radykalna forma rozwiązania kryzysu państwa związkowego. Moim zdaniem możliwość utworzenia konfederacji została ostatecznie zaprzepaszczona przez Gorbaczowa i trzeba było szukać nowej formy organizacyjnej, jeszcze łagodniejszej niż dawała ją konfederacja, ale takiej, którą zaakceptowałyby wszystkie państwa poradzieckie.

– Czy myśleliście jednak o nowej wspólnocie?

– Nie. Myśmy ogłosili jedynie powstanie wspólnoty, ale – podkreślam – państw niepodległych. Długo zastanawialiśmy się, jak nazwać ten nowy twór. Były nawet propozycje, aby dać mu nazwę Związek Państw Suwerennych, ale ze względu na podobieństwo skrótu do dawnego ZSRR – zrezygnowaliśmy z tego.

– Jakoś sobie jednak wyobrażaliście to WNP?

– Nie wyobrażaliśmy sobie: ani wtedy, ani długo potem. Ustaliliśmy tylko pewne zasady. To, że granice będą otwarte dla ludzi i informacji. Dogadaliśmy się też co do wspólnego dowództwa siłami jądrowymi i we wszystkich pozostałych problemach militarnych.

Mówiąc krótko: rozumieliśmy, że musimy się podzielić i rozstać oraz że trzeba tego wszystkiego dokonać w sposób cywilizowany. Ale – podkreślam – rozstać. Z tym że – rzeczywiście – słowa tego staraliśmy się nie używać i nie używaliśmy. Dla wszystkich nas było to jasne. Przed oczami stale mieliśmy przykład Jugosławii i Kaukazu. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jeśli nie ustalimy jakichś zasad, to będą działały prawa wojny. Tego staraliśmy się uniknąć i to się udało. Po podpisaniu porozumienia w Puszczy Białowieskiej, tam gdzie nie było pożaru wojny, już się on nie pojawił.

Z mojego punktu widzenia stała się rzecz niebywała: po raz pierwszy od 1795 r., od rozbiorów Rzeczypospolitej – Rosja uznała niepodległość Białorusi. Wcześniej tego nigdy nie było. Mało tego – tępione było wszystko co białoruskie. Myślę więc, że zrobiłem, co należy: udało mi się w sposób bezkrwawy i drogą dyplomatyczną dobić się rosyjskiego uznania naszej niezawisłości. Podobnie jest z Ukrainą. Pierwszy raz od 350 lat Moskwa przyznała, że państwo ukraińskie ma takie samo prawo do istnienia, jak i Rosja. To bardzo dużo. Przecież pamiętacie, ile krwi kosztowało wcześniej uznanie niezależności państw bałtyckich.

– Z pana wypowiedzi wynika jednak, że ruszyliście w drogę nie bardzo wiedząc, dokąd ta droga zaprowadzi. Z drugiej strony – pamiętam hasło, które tak często powtarzali moi rosyjscy przyjaciele z demokratycznej opozycji. A brzmiało ono: musimy się rozstać, aby się znowu połączyć, tyle że już na innych, bardziej demokratycznych, a przede wszystkim skutecznych zasadach.

– Ja też pamiętam to hasło. Ale wybaczcie, łączenie pod jednym dachem, ustalanie wspólnych zasad i reguł, zgodnie z którymi powinni byli działać zarówno hodowcy reniferów na dalekiej północy, jak i rolnicy z Uzbekistanu – nie ma najmniejszego sensu i ten właśnie bezsens chcieliśmy zlikwidować.

– Wspomniał pan wcześniej o Nazarbajewie. Jak on zareagował na wasze decyzje? Podobno początkowo był obrażony?

– Nazarbajew przyjął to tak, jak i dzisiaj przyjmuje. On zawsze chce być głównym i najważniejszym. A wie pan, co znaczy jego imię Nursułtan? – To tyle co sułtan sułtanów, ktoś ponad wszystkimi. I taki jest właśnie Nazarbajew. A tutaj, nieoczekiwanie, zaproponowano mu to samo, co i wszystkim. Prezydent Kazachstanu jest postacią bardzo wyrazistą. Jest syntezą przyzwyczajeń typu feudalnego, narodowych tradycji surowych chanów i jeszcze do tego ideologii komunistycznej. Jeśli do tego dodamy świadomość olbrzymich bogactw Kazachstanu, to zrozumiemy, skąd biorą się jego wielkie ambicje. Tak było i w 1991 r. Nazarbajew chciał być głównym rozgrywającym, a okazało się, że najważniejsze decyzje zapadły bez jego udziału.

– Na ile pana zdaniem utworzona wówczas Wspólnota Niepodległych Państw zrealizowało wasze ówczesne oczekiwania?

– Specjalnych oczekiwań nie było. Chcieliśmy doprowadzić do tego, abyśmy o naszych sprawach mogli decydować sami, bez oglądania się na Moskwę. I to się udało. Natomiast z pozostałymi nadziejami, m.in. na szybkie przełamanie kryzysu, jest już znacznie gorzej i jak dotąd nie zostały one spełnione. Powstanie WNP niczego tu nie rozwiązało. Wspólnota zdała natomiast swój egzamin jako sposób na cywilizowany rozwód byłych republik radzieckich. (…)

Rozmawiał Sławomir Popowski

 

Post sriptum:

Po trzynastu latach od tamtej rozmowy mogę już opisać jej finał. Stanisław Szuszkiewicz zatrzymał się w Warszawie w pokojach gościnnych OSW i tam też odbywała się nasza rozmowa. Kiedy już powiedzieliśmy sobie wszystko, nie wyłączając opinii Davida Remnicka, Szuszkiewicz zapytał: – To, co?  Po studencku? – Oczywiście – odpowiedziałem. Wyjął z lodówki butelkę i pokroił na talerzyku serdelka. Spożyliśmy natychmiast, pijąc za lepsze czasy. To był dla mnie jeden z najmilszych wywiadów.

 

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Stanisław Szuszkiewicz: “To była trzeźwa decyzja”., 10.0 out of 10 based on 1 rating