Nawróciłem się na wiarę smoleńską.
Od dziś, po nocy w oparach (a bez lekarstw), wierzę w zamach, a nie przypadkową katastrofę. Nikt mnie nie agitował, sam do tego doszedłem. Pracą umysłu. Więc chcę się ze wszystkimi podzielić tymi przemyśleniami, a może ktoś z czytelników stanie się mi umiłowanym bratem/siostrą w wierze?
Zacznę więc od analizy kryminalnej zdarzenia (zważ, nie piszę „wypadku”). Od pytania: kto skorzystał?
Otóż gdyby nie to nieszczęsne zdarzenie, to Lech sromotnie przepadłby w nadchodzących wtedy wyborach, a dziś o PiS już zdążylibyśmy zapomnieć; bliźniacy byliby na bardzo dalekim marginesie życia publicznego. Tymczasem — zdarzyło się, w wyniku czego Jarek dostał olbrzymi powiew już nie wiatru, a huraganu w żagle swojej politycznej działalności, do tego rodzina wzbogaciła się o gigantyczne odszkodowanie z ubezpieczenia.
Więc korzyści niewątpliwe, ale nie przybliżające do odpowiedzi na pytanie: kto to sprawił? Bo myśl, aby Jarek i jego kompani potrafili zorganizować taką piękną katastrofę jest zupełnie absurdalna. Mogliby owszem, doprowadzić do takiej katastrofy całkiem przypadkowo, przez swoje niezgulstwo, ale na pewno nie przez ciąg przemyślanych działań. Nie te możliwości, nie te umiejętności. Zatem pytanie „kto skorzystał?” nie prowadzi do rozwiązania. Ale czy na pewno?
Przeminęło 5 lat i do władzy doszedł pan Jarosław K. Konsekwencją tego już jest, a będzie się to pogłębiało, osłabienie kraju, dezorganizacja wojska, rozluźnienie związków z Unią; nie wdając się w długie rozważania sytuację można podsumować krótko — wielka radość dla wschodniego sąsiada. Radość płynąca z rysujących się wymiernych korzyści gospodarczych i politycznych.
I w tym momencie, po 5 latach od zdarzenia można się zastanawiać: czy nie nadeszła pora, aby jeszcze raz spytać „kto skorzystał”? A tym razem odpowiedź łączy się ze wskazaniem strony, która niewątpliwie potrafiłaby wytworzyć sztuczną mgłę, „rozpylić” hel, spowodować wybuch, który mógłby rozsadzić nie tylko parówki, a nawet – to jest mój autorski pomysł, który łączy ustalenia Komisji Millera z hipotezą zamachu — posadzić brzozę na skrytym w gruncie podnośniku, który w stosownym momencie wyniósłby drzewko i 50 m do góry – na spotkanie z lecącym wysoko samolotem.
Nota bene ta ostatnia możliwość szczególnie mi się podoba. Przecież nikt nie sprawdzał, czy ta brzoza nie rosła w wielkiej donicy, stojącej na ukrytym podnośniku…
Więc jako wierny czytelnik Sherlocka Holmesa i Agaty Christie przejrzałem na oczy i doszedłem do jedynego możliwego wniosku. Od dziś wiem: to był zamach. Wszystkich czytelników zaklinam – uwierzcie! Macie jakieś wątpliwości? Piszcie do mnie, telefonujcie, przyjedźcie — wszystko dokładnie wyjaśnię.
Kontakt do mnie – Klinika Zaburzeń Psychiatrycznych, Oddział Paranoi, pokój bez klamek.
Andrzej Sroczyński



„dziękuję panu – odparł Holmes – za zwrócenie mojej uwagi na ten wypadek zajmujący pod niejednym względem” ;
rzeczywistość była jednak najprawdopodobniej mniej ekscytująca: prezydent RP żył od pewnego czasu w poczuciu istniejących w jego otoczeniu konfliktów i tak narastająca nieufność, być może także poczucie zagrożenia, umożliwiły degradację procedur, które są właśnie po to aby do podobnych wypadków nie dopuścić;
może pan spokojnie opuścić Klinikę, chyba, że ktoś miałby z tego odnieść korzyść.