Sławomir Popowski: Polska jest OK!

2012-07-10. Nie obchodzi mnie spór między tygodnikami „Wprost” i „Newsweek”, kto pierwszy wymyślił hasło „Polska jest OK”, a kto że „Polska jest fajna”. I czy było to w tej kolejności, czy odwrotnie. Ważne, że Polska rzeczywiście jest OK; nawet bardzo OK!

Dwa dni spędziłem niedawno w Siennicy, koło Krasnegostawu, gdzie spotkałem się ze słuchaczami (studentami?) Wakacyjnej Szkoły Reportażu im. Ryszarda Kapuścińskiego. Założonej i prowadzonej od czterech lat przez Franciszka Piątkowskiego z UMCS-u w Lublinie. Mój piątkowy temat: „Jak pisać o Rosji?” – czyli studium przypadku, o tym jak unikać stereotypów, uproszczeń i mitów, umacniających antyrosyjskie fobie, cynicznie wykorzystywane potem w wojnie polsko-polskiej, prowadzonej przez sekciarską mniejszość przeciwko pragmatycznie myślącej, „normalnej” większości. Słowem, rzecz o metodzie Kapuścińskiego, otwarciu na INNEGO i o tym, jak unikać rusofobii i rusofilii, zniekształcających rzeczywistość i uniemożliwiających jakikolwiek dialog, sensowną politykę…

Po wykładzie, już „na luzie”, przed internatem, długie wieczorne rozmowy z młodymi słuchaczami. O wszystkim: o studiach, umowach śmieciowych i kryzysie dziennikarstwa. Ale też o korzeniach rocka i jacy byśmy byli, gdyby np. nie było Rolling Stonesów, czy Nirwany – słowem rockowej rewolucji lat 60. i 70. A wszystko – to także znak czasu –  ilustrowane nagraniami, ściąganymi na bieżąco z YouTube, wyszukiwanymi jednocześnie na kilku laptopach. (Bo internat Zespołu Szkół Wiejskich w Siennicy, gdzie jesteśmy zakwaterowani – ma oczywiście Wi-Fi).

Większość z nich to rówieśnicy mojego młodszego syna. Rocznik 90. i okolice – dwa, trzy lata w tył, lub tyle samo do przodu. Mówię, trochę prowokacyjnie: – moje pokolenie jest szczęśliwsze od waszego, bo ma skalę porównawczą i potrafi docenić, jak wielki skok cywilizacyjny dokonał się za jego życia. Ale też, niezależnie od wszelkich rewolucji ustrojowych, jakie wypadło nam przeżyć – należę do pokolenia, pierwszego od setek lat, które wojnę zna tylko z opowieści; że nawet „piękna epoka” z przełomu XIX i XX wieku, od powstania styczniowego do I wojny światowej – trwała krócej, tylko 51 lat. Co w niczym nie zmienia faktu, że być może jesteśmy już ostatnim pokoleniem, patrzącym na świat „linearnie”, podczas gdy wy – jesteście już „dziećmi sieci”…

Patrzę na nich z podziwem, może nawet z lekką zazdrością. Ale nie tą „emerycką”, przedterminowego „stypendysty ZUS-u”, wyrzuconego na bruk przez IV RP, która pod hasłami prawicowej rewolucji i odnowy moralnej dokonywała – zupełnie niemoralnego – skoku na media oraz miejsca w spółkach skarbu państwa. Zgoda, moje pokolenie musiało czekać 15 lat na własne mieszkanie, a oni mogą mieć je nieomal natychmiast… Ale tylko wówczas, jeśli wykażą się zdolnością kredytową (umowy „śmieciowe” nie dają takiej szansy), a później – jeśli już ten kredyt dostaną – będą go spłacać przez 30 – 40 lat… I tak im jednak zazdroszczę. Luzu, braku jakichkolwiek kompleksów, a także – mimo wszystko – wolności wyboru i otwarcia na świat, o którym moje pokolenie mogło tylko marzyć.

Mniej więcej połowa z nich była w Siennicy już w ubiegłym roku. Zauroczyła ich? Tak, jak mnie? – Wcale bym się nie zdziwił. To naprawdę wspaniała wieś i gmina. Gdy rok temu przyjechałem tam po raz pierwszy, zrobiła na mnie duże wrażenie. I nie tyle krajobrazami, ale gospodarnością i samorządnością, a także inicjatywami kulturalnymi, które realizuje. Przykład? – Podobno kilka lat temu jej mieszkańcy „zrzucili się” na kupno fortepianu, aby można było organizować koncerty. Wreszcie, w końcu to dzięki wsparciu władz gminnych możliwe było zorganizowanie Wakacyjnej Akademii Reportażu, a teraz – jak słyszę – gdzieś tu w okolicy ma powstać pierwszy wiejski uniwersytet trzeciego wieku… A wszystko to w regionie, który uchodzi za jeden z biedniejszych w kraju…

Co najciekawsze, nie jest to sprawa tylko tej jednej wsi. W tym roku, aby sprawdzić, wracałem do Warszawy bocznymi drogami, z drugiej strony Krasnegostawu, przez Żółkiewkę, Częstoborowice i Gardzienice. Zgoda. Wąska, lokalna droga z Żółkiewki do Częstoborowic mogła by być lepsza i mniej wyboista, ale patrzyłem uważnie na mijane gospodarstwa i zabudowania. Wszystkie zadbane, uporządkowane, czyste i ukwiecone. Moja żona, gdyby je widziała, pewnie by powiedziała: – to już prawie, jak w Austrii, przez którą po raz pierwszy jechaliśmy w końcu lat 80., doznając prawdziwego szoku cywilizacyjnego. Teraz słyszę to od niej coraz częściej, gdy jedziemy na wakacje: przez Podlasie, na Mazury, albo przez Pomorze… I to jest miara postępu dokonującego się na naszych oczach, za naszego życia.

Ktoś powie: wszystko to bez pieniędzy unijnych byłoby niemożliwe. Być może. W samej Siennicy, bez tych euro, pewnie nie powstałby zbiornik retencyjny, ani wiejska kanalizacja… Ale nadal będę twierdził, że Unia to nie tylko kasa, lecz coś znacznie ważniejszego: zmiana sposobu myślenia, mentalności, podejścia do świata… Czyż nie tego właśnie obawiali się ojciec-biznesmen z Torunia, spora część episkopatu i pisowska prawica, gdy protestowali przeciwko wejściu Polski do Unii? Albo stawiali warunki nie do przyjęcia, aby uchronić ich zatęchły zaścianek przed jakąkolwiek zmianą? – W końcu to w tym środowisku ideowym i politycznym sformułowano dwa najważniejsze jego hasła: „nieważne, jaka Polska, ale czyja” i – „byle była katolicka”.

Także z tego punktu widzenia Siennica może być dla nich wyzwaniem. W końcu to stąd pochodził Mikołaj Sienicki, nazywany w swojej epoce „polskim Demostenesem”. A był to jeden z najwybitniejszych posłów w dziejach naszego parlamentaryzmu, lider ruchu „egzekucji praw” i Konfederacji Warszawskiej z 1573 r, dzięki której Polska była w tamtych czasach jedynym państwem w Europie wolnym od wojen religijnych – jedynym tak tolerancyjnym wobec innowierców i – używając dzisiejszego języka – najbardziej liberalnym, oświeconym i demokratycznym. Dopiero potem nadszedł czas katolickiej kontrreformacji i pojawili się jezuici; zaczęły się „saskie ostatki”, konfederacja barska, a w finale: „targowica”, której przecież – upraszczając – o nic innego nie chodziło, jak właśnie o zachowanie „starych porządków, kościoła, religii i wiary przodków” oraz temu podobnych „wartości” – chciałoby się powiedzieć: narodowych, konserwatywnych… Idąc ich tropem, tropem tej właśnie mentalności, pewnie doszlibyśmy i do endeków, i do ojca-dyrektora, i do pisowskiej prawicy.

Kiedy czytam szkic Macieja Bielaka o „Demostenesie z Siennicy”, (napisany przez  jednego ze słuchaczy Akademii Wakacyjnej – publikujemy go na naszym portalu) – myślę sobie: miejmy nadzieję, że „kontrreformacja” nie wróci. I jeśli już mamy uprawiać „politykę historyczną” – pojęcie, którego nie znoszę –  to, zamiast martyrologii i budowania narodowej, obywatelskiej tożsamości na kolejnych nieudanych zrywach powstańczych, polskim cierpiętnictwie i sado-masochizmie, a także nacjonalistyczno-klerykalnym bełkocie – odwołajmy się do czasów, właśnie, Sienickiego, bo duchowo i intelektualnie powinny być dziś nam one najbliższe. Taka Polska, europejska, bez kompleksów obsesjonatów rodem z Ciemnogrodu – właśnie się rodzi. Rzeczywiście może być OK! I nawet bardziej, niż OK.

Sławomir Popowski

 

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com