Stefan Bratkowski: Po co Europie Europa

unia europejska flaga2014-10-28. Napisałem to dla Studia Opinii, żeby zachować niezależność osądu…

Ostatnie wydarzenia sugerują, że niektóre państwa europejskie i sporo ich wpływowych obywateli nie bardzo rozumieją powstałą – powstającą – sytuację. A już całkowicie niczego nie rozumieją tzw. eurosceptycy. Bo nie rozumieją i swojej dość paskudnej roli w dość paskudnym świecie.

Czasy poczciwego spokoju, jak już się rzekło, mamy za sobą. Nowe, niespodziewane napięcia każą zastanowić się nad przyszłością całego kontynentu. Objawił się Europie wróg z ambicjami mocarstwa, zainteresowany rozbiciem, tak lub inaczej, prędzej czy później, Unii Europejskiej. Wkłada on w to już niemało wysiłku. Z niemałymi już sukcesami. A zarazem nie jest pewne, czy wszyscy Europejczycy potrzebują Europy i czy wedle swego pojęcia żyją oni w Europie. Co dotyczy zwłaszcza ludzi biznesu, ale i polityków pokroju Orbana…

Czas wielkich przywódców Europy minął, nie ma Churchillów, de Gaulle’ów, Adenauerów, po drugiej stronie zamiast Stalina – pozer, który zmarnował europejską pozycję Rosji, szacunek i wiarygodność uzyskane przez nią po roku 1990. Klasa polityczna Europy poza panią Merkel, Cameronem i Tuskiem to poziom niżej dawnego średniego, na ogół bez żadnego innego poczucia interesu poza wygraniem najbliższych wyborów i utrzymaniem swych stanowisk. Szefowie wielkiego biznesu europejskiego popisują się nieznajomością interesów kontynentu lub te interesy programowo ignorują i podejmują decyzje całkowicie z nimi sprzeczne. Czasem nawet nie znają Europy…

Tymczasem szefowie odradzającego się wrogiego Europie imperium doskonale znają Zachód, jego mechanizmy decyzji i jego psychologię. Dziś wiedzą, gdzie i jak skutecznie nacisnąć, a co zlekceważyć. Wiedzą, że politycy Zachodu nie są zdolni rozumieć wzajem ich świat, tak racjonalny w swej irracjonalności i nieobliczalności. Politycy Europy, zwłaszcza Zachodniej, są przekonani, że swoim desinteressement chronią swoje interesy, czyli głównie interesy swego biznesu, który zapewnia równowagę gospodarczą i społeczną, więc i politykom – sukces wyborczy. Wedle dotychczasowych złudzeń Europy naturalną ścieżkę przyszłości wyznaczać miały stopniowe postępy zdrowego rozsądku i ambicje cywilizacyjne, zarówno Rosji, jak świata radykalnego islamu. W tych kalkulacjach zapomniano, niestety, że świat cywilizowany już kiedyś prześlepił ambicje pewnego przywódcy, co to podnosił z kolan swój naród po przegranej wojnie. I też zdawał się karykaturą polityka. Nie doceniwszy go, dano mu szanse i wysadził w powietrze pół świata.

Putin też „podnosi naród rosyjski z kolan” po klęsce rozpadu Związku Radzieckiego. Nie wygląda na karykaturę polityka, jest głównym aktorem przedstawienia w  teatrze, które sam inscenizuje – otwarcie i niemal ostentacyjnie podważając ustalony z takim trudem porządek świata, gwałcąc przyjęte powszechnie normy prawa międzynarodowego, nie dotrzymując własnych zobowiązań, napadając na obce państwo, którego granice sama Rosja gwarantowała. I jeśli wolno prognozować podobne przyzwolenie ze strony Europy, jak tamto w latach trzydziestych XX wieku wobec hitleryzmu, to sam Putin, jeśli nie pójdzie w ślady Hitlera i nie wywoła trzeciej wojny światowej, i każdy jego naśladowca będzie mógł jak sam Putin powołać się na jego bezkarność. Wszystko będzie wolno, niczyje słowo nie będzie się liczyło, żadna ziemia, żadne państwo, nie będą bezpieczne. Ani Estonia i Łotwa, ani jednorodna etnicznie Finlandia. Ani nawet Stany Zjednoczone, nad którymi demonstracyjnie będą latać bombowce z atomowymi ładunkami, mogące, no cóż, doznać awarii nad Ameryką…

Stoimy wobec rozmaitych perspektyw – nie miejsce tu, by je bardziej szczegółowo rozważać. Nie będę zastanawiał się, po co Putin szykuje tysiąc rakiet z głowicami atomowymi i czy naprawdę. Ani jak poradzi sobie z polskim systemem antyrakietowym, z „Gromami” przeciw „Igłom” i „Striełom”. A trzeba się liczyć i z najgorszymi wariantami przyszłości – wojna światowa może wybuchnąć zgoła bez sensu, z powodu pyszałkowatej pewności siebie lub lekkomyślności.

Wygląda na to, że jesteśmy w fazie przedmonachijskiej. Europa jakby starała się nie dostrzegać swojego nowego, otwartego wroga. Gdyby nie Stany Zjednoczone, wszystko by mu uchodziło. Przyznano mu organizację mundialu. Czulą się z nim pomniejsi politycy  Europy jak włoscy, podlizują się prezydent Czech i węgierski fuehrer Orban, nie dla jego przewagi broni palnej, lecz gazu palnego. Niedalekie są od takich stosunków z nim i poniektóre wielkie państwa Europy, rezygnując z potencjalnej obrony Europy Środkowej, czy też robiąc z nim tak samobójcze interesy jak sprzedaż wielkich desantowców. Są te okręty klasyczną bronią agresji, nie obrony.(przypomina się tu wciąż, jak trafnie zdefiniował kapitalistę nieboszczyk Lenin: to ten, który sprzeda ci sznur, na którym go powiesisz). Geografia wskazuje, że desantowce mogą popłynąć przede wszystkim na wody Atlantyku, z którego ląduje się w Ameryce i w zachodniej Europie. Popłyną może i na mały Bałtyk, z którego też jest gdzie lądować. Rosja nie odważy się wysłać tych okrętów na Pacyfik w sąsiedztwo Chin.

Przypomnę wobec tego, jak w początku lat pięćdziesiątych XX wieku mieszkańcy zachodniej Europy wykupywali w panice wszelkie stateczki i jachty, by możliwie szybko odpłynąć za Atlantyk, nim ruszy na nią inwazja radziecka. Jeśli przewidywać mamy, że gwarancje bezpieczeństwa z racji członkostwa NATO okażą się iluzją, to radzę wcześniej wykupywać te stateczki i jachty…

Nie chodzi mi jednak o samo potępienie (lub nie), o inteligentną wyrozumiałość (lub nie), wobec popisów siły, odrażających kłamstw, grabieży cudzej własności. Ani o pobłażliwość (lub nie) wobec ordynarnych zachowań w Unii Europejskiej ze strony „eurosceptyków”, półgłówków z wyboru, odgrywających role polityków. Chodzi mi o coś innego, poza bieżącą grą polityczną.

Jest chyba w interesie  wszystkich krajów Unii Europejskiej zadać sobie i innym pytanie o wizję Europy. Zadał niedawno to pytanie Timothy Garton Ash. Sześć znanych gazet postanowiło zadbać o ducha Unii i o świadomość jej siły. Powtórzyły pytanie zasadnicze  – po co członkom Unii Europa. Nie abstrakcyjna ani umowna, lecz ta zorganizowana w Unię Europejską jako przyszły, poważny podmiot, a nie dzisiejszy karzeł polityczny mimo 507 mln obywateli.

Nie spotkały się te redakcje z jakimiś zorganizowanymi odpowiedziami. Dodałbym pytania – z jaką filozofią rozwoju Europa wybiera się w przyszłość i z jaką perspektywą trwałości? Czy pomieści w tej perspektywie instynkt samozachowawczy naszej cywilizacji, czy też praktyczne lekcje najstarszego zawodu świata? A jeśli pytać o filozofię rozwoju, to czy zdajemy sobie sprawę ze skali wyzwania, przed jakim stoi świat, a zwłaszcza nasz kontynent? I z roli, jaka mu przypada lub jaką zechce obrać? Bo na razie jedynym państwem „europejskim”, które ma poczucie odpowiedzialności za globalny pokój i rozwój, są Stany Zjednoczone, państwo na pewno bardziej europejskie niż Francja czy Włochy. Doświadczenia najstarszego zawodu świata ceniłbym jednak jako dość wątpliwą inspirację dla taktyki politycznej… Dojrzewające zaś do pozycji mocarstw Indie i Chiny ciągle jeszcze zachowują się tak, jakby żyły na innej planecie.

Waldemar Kuczyński przypomniał był punkt wyjścia – ideę Jeana Monneta Stanów Zjednoczonych Europy. Długie lata nie traktowano jej serio. Dla nacjonalistów – miała oznaczać utratę suwerenności i tożsamości. Czas, który upłynął od wystąpienia Monneta, potwierdził jednak, że ani „stare”, ani nowe państwa Unii nie straciły ani suwerenności, ani tożsamości. Przeciwnie, żywioły etniczne zamarłe lub zgoła marginesowe odnajdują teraz bądź poszukują swej tożsamości i nikt im nie przeszkadza. Choć, zauważmy, niekoniecznie dla ich dobra. Proszę sobie wyobrazić Szkocję poza wspólnym z Anglią rynkiem pracy i energii – cena pracy wzrośnie natychmiast, bo trzeba będzie Szkotom płacić więcej niż w Anglii imigrantom; wzrośnie i cena energii, bo na eksploatację podmorskich złóż trzeba wielkich pieniędzy.

Ogólnoeuropejski festiwal eurosceptycyzmu, z popisami różnorakich małych karierowiczów i bufonów, niesie ze sobą chaos pojęciowy i entropię w politycznej przestrzeni. I nie tylko. W tym futbolu nie chodzi o strzelenie bramki, lecz o to, by rozbić piłkę. Taka polityka ma unicestwić najmądrzejszy i najpiękniejszy projekt polityczny, jaki zrodziła Europa po doświadczeniach dwóch wojen światowych. Ten projekt rozbicia Unii zdaje się wręcz odpowiadać niektórym politykom europejskim i na pewno Putinowi. Nie przypadek. Zachodniej Europie brakuje dziś tych wielkich polityków, a Europa Środkowa nawet nie wie, że takich warto mieć. Mali kurduple jak we Włoszech i w paru innych krajach, zwłaszcza w Europie Środkowej i Wschodniej, – rozwalają własne państwa, sabotując ich demokratycznie powołane władze, prowadząc jak Berlusconi własną politykę zagraniczną.

Daleko chyba odeszliśmy od mądrości ojców i twórców Unii. Bliżej do niej okazuje się z ukraińskiego Majdanu, który dla niej umierał. I wygląda na to, że najpoważniejsi członkowie  Unii Europejskiej nawet chyba nie podejmują diagnozy obecnej sytuacji na świecie i pozycji w nim naszego kontynentu. Pozostaje więc pytaniem, czy Europa chce być Unią Europejską, czy bezwładnym towarzystwem 28 kilkudziesięcio- czy kilkumilionowych krajów, z których każdy dogadywałby się w  pojedynkę z półproszalnej pozycji, uprzejmie i dyplomatycznie, wśród umizgów i przemilczeń, z wielkimi potęgami współczesnego świata.

Dawny Związek Radziecki umiejętnie podtrzymywał w Europie, a nawet finansował wszelkie destabilizujące normalność, nacjonalistyczne ruchy polityczne. Dziwne byłoby, gdyby państwa zjednoczonej Europy zapomniały o tym doświadczeniu. Nacjonaliści w Europie, zwalczający Unię, nie są tylko głupcami. W Polsce, a w innych wersjach po całej Europie, to świadome lub nieświadome rosyjskie agentury wpływu – wedle terminu Krzysztofa Mroziewicza. Przekłada się to wprost na podejrzenie o zdradę narodowych interesów. Nie tylko w Polsce.

Miejmy jasność: mianowanie Unii obozem koncentracyjnym, biurokracji brukselskiej agenturą Moskwy, obrażanie flagi Unii, ironiczne uwagi pod jej adresem, kampania przeciw „obróceniu Polski w województwo”, przeciw importowi  „zachodnich obyczajów seksualnych”, wymysły, insynuacje, epitety, ordynarne posądzenia, głupkowate opinie, bez źdźbła znajomości rzeczy, wszystko oparte na ewidentnych kłamstwach, to więcej niż działanie wbrew polskim interesom. Tak działa się na rzecz rozbicia Unii Europejskiej – w interesie Putina. Dlatego taka panna Pawłowiczówna w Polsce stała się symbolem zdradzieckiego idiotyzmu.

Być może trzeba odwrócić pytanie o przyszłość i rozważyć ewentualne konsekwencje rozbicia Europy – przy obecnym zaniku jej instynktu samozachowawczego. Proszę przyjąć to nie jako dowcip, ale realną perspektywę. Otóż wątpliwe może stać się przy niej to, co niewątpliwe: największe od blisko 70 lat osiągnięcie Europy – pokój (poza lokalnymi, bałkańskimi, prawda, że krwawymi, konfliktami). Po rozpadzie Unii przy dalszym rozkwicie nacjonalizmów trzeba niewielkiego kroku do konfliktów i agresji wojskowych. Nie przesadzam. Wróci wojna, a przynajmniej wrócą  jako naturalny element gry politycznej małe wojenki, najpierw „putinowskie” z charakteru, z tajoną dywersją, potem i z otwartą agresją. Inspirowane, a nawet dowodzone z zewnątrz, czego zaznaje naród z najbliższego naszego sąsiedztwa. Albo i z bezpośrednimi operacjami obcych zbrojnych oddziałów – co też mogliśmy już obserwować. Już widziałem mapy Węgier sprzed traktatu w Trianon – bez pytania, co doprowadziło do Trianon i to za cenę życia ilu Węgrów.

Przy rozbiciu Europy nie da się chronić – bezpieczeństwa. Obok pokoju to bezpieczeństwo – dzięki Amerykanom – jest drugim najważniejszym osiągnięciem Europy. Nie mamy poza NATO i UE innych, lepszych pomysłów na solidarną wspólnotę, pilnującą spokoju i ładu w naszej części świata. Co się dzieje, gdy ich nie ma, ukazały Bałkany. I ukazały zajęte przez Rosję ziemie Ukrainy.

Dopiero na trzecim miejscu jako zagrożenie postawiłbym rozbicie Unii z jej wspólnym rynkiem. Przysporzyło by to strat wszystkim, nie tylko biznesowi. To ironia ekonomii, że biznes to akurat ci Europejczycy, którzy ciągle jeszcze nie zauważyli, że przypadło im żyć w towarzystwie pół miliarda Europejczyków, i to w Europie, nie na Antarktydzie. Ciągle bowiem jeszcze nie odkryli, że rynek pół miliarda Europejczyków to rynek ogromny, tylko nieco mniejszy niż rynek jednej trzeciej Chińczyków czy połowy obywateli Indii, ale zamożniejszy od nich razem wziętych, rynek z prawie dwukrotnie większą liczbą potencjalnych klientów niż w USA, od  rynku zaś Rosji Putina nieporównywalnie bogatszy i parę razy chłonniejszy. Rosja, z miejscem na produkcję żywności dla całego globu, nie umie wyprodukować sama dla siebie ziemniaków, co, owszem, otwierało rynek polskim ziemniakom, obłożonym teraz embargiem, ale poza sprzedażą okrętów wojennych i zakupem tańszego gazu nie rokuje większych interesów handlowi z Rosją. Rynek Europy trudniejszy jest od prostego handlu wymiennego z tym czy innym politycznym, pewnym siebie bandytą. Wymaga rozpoznania i przemyślenia, ale – obiecuje dalszy rozwój i jest wart pomocy w tym rozwoju. Może przekona do siebie zachodnioeuropejskich biznesmenów jako interes trwalszy i mniej ryzykowny – jeżeli już ktoś ma trudności w ewentualnej konkurencji na trudniejszym rynku amerykańskim. Rynek europejski wymaga za to inteligencji, przynajmniej na tyle, żeby np. odróżnić Budapeszt od Bukaresztu.

Teraz to, co w moim rozumieniu najważniejsze, a nie do przyjęcia dla skrytych i otwartych zwolenników Moskwy, rozbijających Unię. Pozycję światową może zająć Europa – jako wspólne supermocarstwo. Europa, której jesteśmy obywatelami. Nie superpaństwo, a wspólne supermocarstwo. 507–milionowe mocarstwo światowe, które przy całym zróżnicowaniu wewnętrznym i samodzielnych systemach rządzenia w odrębnych państwach może zachowywać się w skali międzynarodowej jak jedno mocarstwo. Proszę zwrócić uwagę: Stany Zjednoczone są jako mocarstwo zbiorem państw, które są w różny sposób rządzone; tyle, że podobnie opierają się na demokracji. Dla każdego z nich stosunki z Waszyngtonem są sferą stosunków międzynarodowych. Podporządkowanie Waszyngtonowi wcale nie budzi nabożeństwa, a jednak wszystkie razem państwa zjednoczone („stan” to „państwo”, Stany Zjednoczone nie odbierają tożsamości Teksasowi czy Oregonowi) czują się Ameryką i wspólnie – mocarstwem.

Mocarstwu temu trzeba, po pierwsze – wspólnej armii w składzie NATO, z zakupami uzbrojenia własnej europejskiej produkcji, by gospodarka coś z tego miała. Doświadczenie Stanów Zjednoczonych poucza, że zbrojenia niosą błogosławieństwo wzrostu. Francuskimi desantowcami powinny pływać załogi Unii. Polskie doskonałe „Gromy” dla systemów antyrakietowych trzeba kupować dla unijnych armii. Czołgi w Niemczech. Itd. Nie mnie tu o tym dyskutować, to nie moja specjalność. Ale jak działają zbrojenia w gospodarce, nie jest tajemnicą dla nikogo.

I drugi warunek stworzenia wspólnego mocarstwa – muszą jego członkowie wspólnie ustalać wspólną politykę zagraniczną. Politykę nie z perspektywą do jutra, za to politykę, której wszyscy członkowie Unii będą skrupulatnie przestrzegać i nie strzępić języka indywidualnym wymądrzaniem się. Takie super–mocarstwo będzie się inaczej liczyć w polityce światowej, inaczej rozmawiać, choćby ze zbrojącą się, a  wymierającą liczebnie Rosją Putina, nie zwalając odpowiedzialności na Stany Zjednoczone. Te zaś wreszcie będą miały liczącego się partnera, a nie grupę samotnych państewek do ochrony ich i wspomagania.

Unia Europejska może być mocarstwem. Może stworzyć odpowiednie struktury intelektualne i polityczne, by analizować swoją pozycję w świecie, by podjąć nie tylko rękawicę rzuconą przez montowane na naszych oczach, agresywne imperium, ale i tę rzuconą przez wojujący islam. I organizować pomoc krajom byłego Trzeciego Świata w kłopotach zarządzania i stosunków politycznych – zanim ulegną jakimś demagogom czy dyktatorom… Skoro sytuacja jest trudna, pojawią się zapewne i wielcy przywódcy; proszę pamiętać – Churchilla przywołano do władzy dopiero w roku 1940, de Gaulle’a dopiero po wojnie, sędziwemu Adenauerowi dali szanse dopiero Amerykanie. Klasa polityczna była równie mało warta jak dzisiejsza.

Dzisiaj tylko są potężne, elektroniczne środki informacji i środki porozumiewania się elit intelektualnych i społecznych, czego lata trzydzieste nie miały. I ktoś musi wziąć na siebie odpowiedzialność za Europę, nim wyleci ona w powietrze. Musi najpierw – rozmawiać. Zmuszając swym naciskiem do rozmowy swoje klasy polityczne.

Czy potrafi Europa uprawiać wspólną politykę? W każdym razie – może. A nawet musi. Wolno zakładać, że te pół miliarda to w dużej większości – Europejczycy. To jest – Niemcy, Polacy, Szwedzi, czujący się zarazem Europejczykami. Z większością we własnym kraju. Choć w Polsce, jak wszędzie indziej, kretynów i kretynek nie brakuje…

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

43 komentarze

  1. Maria 2014-10-28
  2. kuba 2014-10-28
    • jacek2 2014-10-28
      • kuba 2014-10-29
  3. Magog 2014-10-28
  4. Maria 2014-10-28
    • andrzej Pokonos 2014-10-29
      • Maria 2014-10-29
        • andrzej Pokonos 2014-10-29
        • Maria 2014-10-29
        • andrzej Pokonos 2014-10-29
  5. MaSZ 2014-10-29
  6. Federpusz 2014-10-29
  7. andrzej Pokonos 2014-10-29
    • gość 2014-10-29
      • andrzej Pokonos 2014-10-30
  8. narciarz2 2014-10-29
  9. narciarz2 2014-10-29
  10. narciarz2 2014-10-29
  11. Aleksy 2014-10-29
    • andrzej Pokonos 2014-10-29
      • Aleksy 2014-10-29
  12. Marian. 2014-10-29
  13. beel 2014-10-29
    • Maria 2014-10-29
  14. Marian. 2014-10-29
  15. Maria 2014-10-29
    • Marian. 2014-10-29
  16. Maria 2014-10-29
    • MaSZ 2014-10-30
  17. Maria 2014-10-30
  18. andrzej Pokonos 2014-10-30
    • gość 2014-10-30
      • andrzej Pokonos 2014-10-30
  19. Marian. 2014-10-30
  20. PK 2014-10-30
  21. Brentano 2014-10-30
  22. Brentano 2014-10-30
  23. de mowski 2014-10-30
    • andrzej Pokonos 2014-10-30
  24. andrzej Pokonos 2014-10-30
  25. pawel 2014-11-02
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com