Krzysztof Łoziński: Prawo prasowe w Kosmosie

2014-10-31.

Po rozmowie telefonicznej ze Stefanem Bratkowskim, i w nawiązaniu do jego artykułu o prawie prasowym, przypominam, za jego namową, obszerne fragmenty mojego tekstu z 2009 roku. Tekst był napisany po trzydniowej konferencji pt. „Standardy mediów”, która odbyła się w Warszawie w styczniu 2009 roku. Tekst jest minimalne zmodyfikowany, głównie w miejscach dotyczących odnośników do tamtego czasu. Ograniczyłem się do fragmentów dotyczących tylko zagadnień: w jakim kraju leży Internet, co to jest gazeta internetowa, co to jest obiektywizm i jaki sens mają nagrody dziennikarskie. Całość, trzy części, jest dostępna w archiwum „Kontratekstów” pod tytułem: Standardy mediów, prawo prasowe i rzekome środowisko”.

W jakim kraju leży Internet i co to jest gazeta internetowa

Pozornie wszystko jest jasne. Jeśli gazeta internetowa, na przykład taka jak nasza, ma wydawcę, adres redakcji, rejestrację w Sądzie Okręgowym (choć w ustawie jest Wojewódzki), redaktora naczelnego, tytuł, numer wydania i datę, to jest gazetą i już. Wcale nie jest jasne. To są pojęcia żywcem przeniesione z prasy drukowanej.

Zacznijmy od siedziby. Gdy PiS kombinował przy lustrowaniu dziennikarzy, po to, by przywrócić cenzurę, rozważaliśmy przeniesienie „Kontratekstów” na serwer w USA, a prawnej siedziby redakcji do Indii (bo tam nie musielibyśmy w ogóle się rejestrować). Czytelnik nic by nie zauważył, bo kolejne numery wychodziłyby tak samo pod tym samym adresem internetowym (domeny zmieniać nie trzeba). Technicznie jest to możliwe w ciągu kilku godzin. Zgłaszamy w sądzie rejestrowym, że kończymy działalność i odstępujemy tytuł osobie fizycznej, np. Łozińskiemu, albo bezpieczniej – panu Babu Singh (co najmniej pół miliona obywateli Indii tak się nazywa, a oni nie mają dowodów osobistych, a często nawet metryki urodzenia). I już przestajemy być „polską” gazetą, mamy polskie prawo prasowe w nosie. Nowy adres siedziby piszemy na przykład: Main Bazar near the Imperial Cinema, Delhi, India. Sporo adresów w Indiach tak wygląda, do niedawna nawet Biuro Imigracyjne w Delhi miało adres „near the Tilak Bridge” (w pobliżu mostu Tilak). Na tej samej zasadzie, my możemy mieć siedzibę w Delhi, koło kina Imperial. Czemu nie?

r1

W jakim kraju leży Internet? W lesie deszczowym, w miejscu, gdzie łączą się rzeki Ukayali i Maranion, tworząc Amazonkę, przystępuję do pisania artykułu dla “Kontratekstów”. Po klawiaturze chodzi mi zwierzątko, którego nazwy wówczas nawet nie znałem (ostronos). Fot. Agnieszka Glinkowska (Łozińska).

 Oczywiście adres do korespondencji, telefon do redakcji (i tak komórkowy), adres mailowy, zostawiamy po staremu. Bo adres do korespondencji możemy mieć, gdzie chcemy, to tylko nasz problem. Gazeta internetowa nie musi mieć, w sensie fizycznym, siedziby redakcji i najczęściej nie ma – każdy siedzi w domu, przy swoim komputerze i porozumiewamy się przez Internet. Adres potrzebny jest tylko do rejestracji i najczęściej pod nim, fizycznie, żadnej redakcji nie ma.

W ciągu kilku godzin przestajemy być gazetą polską, a zaczynamy być gazetą indyjską, na amerykańskim serwerze, wychodzącą w języku polskim. Wolno? Wolno. A co najlepsze, wcale nie ruszamy się z miejsca, każdy komputer stoi tam, gdzie stał, każdy ołówek leży tam, gdzie leżał. A więc identyfikacja kraju i gazety nie jest wcale jednoznaczna, bo zmiana jej siedziby na inny kraj, to błysk i łatwizna. To nie jest gazeta drukowana, która ma rzędy biurek i gabinetów, która swój produkt musi wydrukować i rozwieść do kiosków. Nasz produkt może powstawać w dowolnym miejscu i będzie dostępny dla czytelników na całym świecie. I tak jest. „Kontrateksty” powstają na prywatnych komputerach 3 szefów redakcji, ok. 30 dziennikarzy i ok. 400 zewnętrznych autorów, z których każdy siedzi u siebie w domu. Powstają w kilkunastu miastach i kilku krajach na raz. Wprawdzie ja większość swoich tekstów zamieszczam z Warszawy, ale czytelnik bez trudu znajdzie w archiwum moje artykuły, które z identycznym skutkiem zamieszczałem z Delhi, Agry, Varanasi (Indie), Kathmandu (Nepal), Bangkoku, wyspy Ko Chang (Tajlandia) , Siem Riep (Kambodża), Limy, Cusco, Arequipy, Huaras (Peru)…

I mogę tak dalej, a co? Pytanie: w którym kraju leży Internet, wcale nie jest retoryczne.

  1. W tym, gdzie jest zarejestrowana redakcja? Za chwilę może być gdzie indziej.
  2. W tym, którego języku wychodzi? Ale my publikujemy teksty w 3 językach (polskim, rosyjskim i angielskim). Poza tym, gazety w języku polskim wychodzą w wielu krajach.
  3. W tym, z którego jest redaktor naczelny? No to zaraz redaktorem będzie Babu Singh, czemu nie?
  4. W tym, z którego są dziennikarze? A w którym? W naszej redakcji piszą dziennikarze z Polski, Białorusi, Wietnamu, Australii, Kanady, Holandii, Włoch, Tadżykistanu, Gruzji, Rosji, Ukrainy… No to którzy?
  5. W tym, z którego są czytelnicy? Czytelnicy są z całego świata, z wyjątkiem Korei Północnej i Kuby.

r2

Ton Van Anh, dziennikarka “Kontratekstów” i radia “Wolna Azja”, którą władze Wietnamu pozbawiły obywatelstwa za działalność dziennikarską (zdjęcie z legitymacji prasowej “Kontratekstów”).

Ale jest z tym wszystkim i kłopot dla nas. Prasa internetowa nieuchronnie staje się prasą międzynarodową, a rządy wielu państw uważają, że skoro ich obywatele w niej piszą, to ma tych gazet i dziennikarzy dotyczyć prawo ich krajów. Są na to konkretne przykłady. Służby Chińskiej Republiki Ludowej zatrzymały swego czasu, pobiły i deportowały, pisujących u nas Marię Salzman (obywatelkę USA) i Tomasza Ozimka (obywatela Polski). Wobec mnie posunęły się do grożenia śmiercią (otrzymywałem telefony z pogróżkami, że „sąd ludowy prowincji Hebei skazał mnie na śmierć” za pisanie o prawach człowieka w Chinach). Wietnamska SB, przy udziale polskiej Straży Granicznej, miała zakusy na przesłuchanie naszej dziennikarki, wówczas obywatelki Wietnamu. Na szczęście bez skutku, choć Polska podpisała z wietnamskimi komunistami fatalną umowę o pomocy prawnej. Innym razem, polskie Biuro Ochrony Rządu, na życzenie służb wietnamskich, wyrzuciło ze wspólnej konferencji prasowej ówczesnego premiera Kaczyńskiego i premiera Wietnamu, dwójkę naszych dziennikarzy, Wietnamkę i Polaka – Ton Van Anh i Jędrzeja Karpińskiego, choć byli akredytowani i mieli ważne legitymacje prasowe. Później, nasze państwo chciało naszą Wietnamkę lustrować, choć nie była obywatelką polską (podobnie jak innych naszych cudzoziemskich dziennikarzy), a gdy Wietnam odebrał jej obywatelstwo (za działalność dziennikarską), to nasze polskie państwo miało jakieś straszne biurokratyczne problemy z wydaniem jej paszportu nansenowskiego (bezpaństwowca, o przyznaniu obywatelstwa polskiego nawet nikt nie myślał, przyznał je dopiero znacznie później prezydent Komorowski). Dla celów lustrowania Ton Van Anh była dla państwa dobra, a do tego, by po prostu dać jej obywatelstwo, gdy za pisanie w polskiej gazecie została na lodzie, to już była niedobra. To samo dotyczy Romana Jakowlewskiego z Białorusi. Lustrować go chcieli, a o wizę musi prosić. Zresztą służby białoruskie też uważają, że mogą się do naszej gazety i naszych dziennikarzy wtrącać.

Wysoce niepokojący jest fakt skazania w Tajlandii już drugiego cudzoziemskiego dziennikarza, za to, co pisał we własnym kraju (chodzi o książkę Australijczyka napisaną w Australii i nawet nie sprzedawaną w Tajlandii, gdzie trafiło tylko 7 egzemplarzy, bo ktoś je przywiózł). Do tej pory takie praktyki uprawiały tylko państwa bandyckie, a nie kraje normalne, jak Tajlandia. Co gorsza, nie tylko Tajlandia ma takie pomysły. Przypomnijmy, że nasz (były) Prezydent nieszczęśliwie nam panujący i jego brat też chcieli ścigać listem gończym niemieckiego dziennikarza za artykuł napisany i opublikowany w Niemczech, w gazecie, która do Polski w ogóle nie dociera, a i w Niemczach mało kto ją czyta.

Dlaczego o tym piszę? Umiędzynarodowienie prasy internetowej, jej nieograniczony zasięg, powodują, że dziennikarz staje się coraz mniej bezpieczny. Jeśli ktoś, tak jak ja, napisał w swoim życiu zawodowym kilka tysięcy artykułów, w tym wiele na tematy międzynarodowe, to nawet nie pamięta, jakiemu rządowi w jakim kraju nadepnął na odcisk, jakim ekstremistom, czy innym oszołomom podpadł. Jeśli już majstrować przy prawie prasowym, to w pierwszej kolejności na poziomie międzynarodowym. Należy starać się o to, by dziennikarze byli na świecie bezpieczni, a w pierwszej kolejności, by za granicą nie ścigano ich za to, co piszą we własnym kraju i we własnym języku. Ci dwaj ludzie skazani w Tajlandii nie byli żadnymi gwiazdami dziennikarstwa o światowym zasięgu. Zapewne nawet nie przypuszczali, że ktokolwiek w Tajlandii czytał ich wypracowania. Chciałbym wiedzieć, że jeśli pojadę na przykład do Armenii, Pakistanu, lub Tanzanii, to nie zostanę tam aresztowany, bo napisałem coś, co nie spodobało się, być może jedynemu, czytelnikowi mojej gazety w tym kraju i złożył on odpowiedni donos. Ja już nie mogę pojechać do Chin i Wietnamu, bo nie jestem Harrym Wu i Clinton mnie z więzienia nie wyciągnie. Po tym, jak służby związane z ambasadą Wietnamu nazwały mnie w Internecie (razem z Mirkiem Chojeckim, Robertem Krzysztoniem i Ton Van Anh) „groźnymi szpiegami, którzy zostaną ukarani”, naprawdę zastanawiałem się, czy jadąc do Kambodży lub Laosu (kraje silnie infiltrowane przez komunistyczny Wietnam) będę tam bezpieczny. Porobiło się tak, że jadąc do niektórych krajów zostawiam w domu legitymację dziennikarską, a we wniosku wizowym, w rubryce zawód piszę: „matematyk”.

To zagrożenie wcale nie jest fikcją. Znamy na przykład takie fakty: Służby specjalne Wietnamu działające na terenie Polski podsłuchiwały kontakty mailowe naszego dziennikarza Roberta Krzysztonia. Jego korespondencję z Januszem Śniadkiem przekazały posłance Samoobrony, Alinie Gut, która posłużyła się nią przy próbie storpedowania konferencji na temat Wietnamu, i naiwnie wyznała, skąd to ma (z ambasady Wietnamu). Innym razem, znany polski sinolog zbierał na zlecenie ambasady ChRL informacje o moim stanie majątkowym, czyli brał udział w działaniach operacyjnych obcego państwa przeciw polskiemu dziennikarzowi. Mój przyjaciel, politolog, został przez jednego z pracowników tejże ambasady zaskoczony pytaniem: co zrobić z Łozińskim – przekupić, skompromitować, zabić? Pytający był przekonany, że rozmawia z człowiekiem podobnie kupionym, jak w/w sinolog. Tym razem się mylił i kolega mi rozmowę powtórzył.

(ostatnio doszedł nowy element sytuacji: dziennikarze zaczynają być porywani w innych krajach i przewożeni do tzw. „państwa islamskiego” w Iraku i Syrii, gdzie grozi im egzekucja. Przypis aktualny)

Wróćmy jeszcze do kwestii, co to jest gazeta internetowa. Wedle ustawy ma mieć numer wydania, datę itp. Tymczasem są gazety internetowe wychodzące w sposób ciągły. Cały czas dodawane są kolejne materiały, spychając w głąb archiwum poprzednie, przy czym nie ma tak jasnego podziału na numer bieżący i archiwum, jak u nas. Nie ma numeru wydania, data jest tylko dzisiejsza, czyli zgodnie z ustawą nie są to gazety. A jednak są. Tak wychodzi „Nasza Polonia” w Holandii i „Studio Opinii” w Polsce. To są całkiem porządne gazety. Są też formy pośrednie. W „Kontratekstach” jest wyraźnie widoczny aktualny numer na stronie głównej, ale już w działach, materiały zamieszczone są po prostu w kolejności publikowania i nie ma widocznej granicy miedzy numerem aktualnym, a archiwum. W dodatku, także na stronie głównej, zdarza się nam dorzucać coś aktualnego w trakcie bieżącego numeru, co w gazecie drukowanej było niemożliwe.

Internet ujawnił całkiem nowe możliwości publikacji, do których nie przystaje ani prawo prasowe, ani prawo autorskie. „Newsletter Afryka.org” rozsyłany jest mailami do czytelników. Wychodząca w Wielkiej Brytanii gazeta „Moja Wyspa”, też rozsyłana jest mailami, ale ma także oryginalną formę. Składa się tylko z lidów poszczególnych artykułów, zakończonych linkami do innych gazet internetowych, z których one pochodzą. Jest jednocześnie gazetą i przeglądem prasy zarazem. Prawo prasowe ma się nijak do takich form. Tym bardziej do takich form jak blogi, fora dyskusyjne zawierające często całe materiały typowo prasowe (np. http://www.sws.org/), listy dyskusyjne, strony domowe, strony tematyczne itp. Istnieją też portale użytkowe, takie jak onet.pl, wp.pl, gazeta.pl, które łączą elementy prasy z serwisami randkowymi, wyszukiwarkami, i inną działalnością typowo usługową. Granica miedzy prasą a nie-prasą, jest tu całkowicie zatarta. Gubią się w tym nawet sądy. Znamy przypadki skazania blogerów za wydawanie prasy bez rejestracji w Sądzie Okręgowym (i nie szkodzi, że ustawa mówi o Wojewódzkim) i znamy przypadki uznania przez sąd, że blog to nie prasa (patrz: „Bloger wyjęty spod prawa” w archiwum „Kontratekstów, przedruk z miesięcznika „Press”).

Niektóre gazety internetowe sprytnie obeszły prawo autorskie. Składają się tylko z tytułów, pod którymi ukryte są linki do innych gazet i ich publikacji. Taka gazeta jest stuprocentowym plagiatem, ale nic jej zrobić nie można, bo teoretycznie nie przedrukowuje cudzej pracy, a tylko do niej kieruje. Prawo autorskie jest bezradne, choć autor może sobie nie życzyć, by linki do jego pracy zamieszczały jakieś szemrane brukowce. Bezradny jest także przepis Prawa Prasowego o dopuszczalnej objętości cytatu, bo w jednych krajach link jest cytatem, w innych nie jest, a jeszcze w innych (jak u nas) nie wiadomo. Miałem taki przypadek, że jedna ze stron biznesowych zamieściła na stronie głównej tytuł mojego artykułu, po kliknięciu w który otwierał się mój tekst na ich stronie (bez mojej zgody na przedruk). Gdy zaprotestowałem, tytuł pozostał, ale po kliknięciu otwierał się ten sam tekst, ale już na naszej stronie. Plagiat pozostał, ale zaczął być bezkarny.

Myślę, że tych wszystkich problemów nie da się rozwiązać bez napisania wspólnego prawa prasowego dla całej globalnej wioski. Tylko jak napisać wspólne prawo prasowe dla USA, Watykanu, Polski, Iranu, Sri Lanki i Kuby? Bądź tu mądry prawniku i pisz wiersze.

A problem narasta. Już niemal wszystkie gazety drukowane mają swoje wydania internetowe. W szybkim tempie narasta liczba gazet tylko internetowych. Prasa schodzi do Internetu, czyli wszędzie i nigdzie. Prawnicy mogą opracować a Sejm uchwalić nowe Prawo Prasowe, po czym może się okazać, że nikogo ono nie dotyczy, albo nie wiadomo, kogo dotyczy.

Co to jest obiektywizm?

Prawo prasowe i etyka dziennikarska nakazują zachowanie obiektywizmu i informowanie o stanowisku różnych stron. Niby wszystko w porządku, ale nigdzie nie precyzuje się, co to jest obiektywizm i co to są „różne strony”, przez co oba te pojęcia interpretowane są całkowicie dowolnie.

Moim zdaniem, obiektywizm to po prostu dążenie do prawdy, a „różne strony´ występują tam, gdzie istnieje konflikt i różnica zdań. Nie jest natomiast obiektywizmem średnia arytmetyczna z prawdy i nieprawdy, ani uśredniony pogląd różnych ludzi. A niestety wielu dziennikarzy tak te pojęcia rozumie. W dodatku obiektywizm oraz informowanie o różnych zdaniach może dotyczyć tylko warstwy informacyjnej, a nie publicystyki. Publicystyka z natury jest subiektywna i przedstawia jeden pogląd – autora. Nie znaczy to jednak, że w publicystyce można pisać nieprawdę w sferze faktów.

Tymczasem w mediach, głównie w radiu i telewizji, mnożą się programy lub materiały typowo publicystyczne, do których w imię „obiektywizmu” zaprasza się kilku ludzi według klucza: mają mieć zupełnie różne poglądy. Samo to nie byłoby jeszcze niczym złym, gdyby nie rozumienie obiektywizmu jako średniej między prawdą i nieprawdą, wiedzą i głupotą, prawością i podłością. Niestety nader często jako „równowagę” dla naukowego autorytetu zaprasza się do studia lub na łamy kompletnego durnia i nieuka, jako „równowagę” dla autorytetu moralnego – kompletnego łobuza. Nie będę sypał nazwiskami. Wystarczy włączyć telewizor, a przykłady same się pojawią. Właściwie to w ogóle nie rozumiem, jaki jest pożytek z zapraszania do dyskusji ludzi głupich lub nieuczciwych. Jakie wartości mają do przekazania widzom, słuchaczom lub czytelnikom nieuk i kłamczuch? Tak rozumiany „obiektywizm” daje im tylko audytorium do głoszenia nieprawdy.

Bardzo często, w takich programach, prowadzący je dziennikarz stara się w osobliwy sposób dochować obiektywizmu, co rozumie jako nie protestowanie przeciwko ewidentnym kłamstwom i bzdurom, wedle zasady: ja wiem, że on kłamie, ale ja tylko zadaję pytania. Chciałbym przypomnieć, że nie protestowanie wobec kłamstwa, to przyzwolenie na kłamstwo. To współudział w kłamstwie, a nie żaden obiektywizm.

Kolejnym przejawem tak rozumianego „obiektywizmu” jest bezkrytyczne transmitowanie lub cytowanie każdej konferencji prasowej lub nawet wypowiedzi na sejmowym korytarzu, kłamiących polityków. Żadne prawo prasowe, żadna etyka dziennikarska, nie nakazują mediom transmitowania „konferencji”, której celem jest tylko okłamywanie społeczeństwa lub ubliżanie przeciwnikom politycznym. Co więcej, transmitowanie takich występów tylko zachęca polityków do kolejnych kłamstw i obelg. Chwilami mam wrażenie, że niektórzy reporterzy telewizyjni wręcz ganiają po sejmowych korytarzach za szczególnie nieuczciwymi politykami, licząc na to, że oni znowu coś „walną” i będzie „materiał”. I nikogo nie martwi, że ten „materiał” polega wyłącznie na rozpowszechnianiu, obelgi, potwarzy lub kłamstwa.

Zaraz usłyszę: – Ale mu przecież musimy informować o tym, co mówią politycy! Nieprawda. Nie musimy informować o każdej wypowiedzi, a tylko o wypowiedziach istotnych. Nie mamy żadnego obowiązku rozpowszechniać niczyich kłamstw, a jeśli już naprawdę musimy, bo ma to poważne znaczenie polityczne, to powinniśmy informować, że jest to kłamstwo.

Politycy bardzo szybko przestaliby uprawiać takie praktyki gdyby dziennikarze przestali brać udział w ich rozpowszechnianiu, lub gdyby na przykład informacja była prezentowana tak: „Polityk X kłamał, że…”, nie zaś: „Polityk X powiedział, że…”.

22 lutego 2009 r, w niedzielę, od rana telewizja TVN-24 wielokrotnie cytuje wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o tym, że on nie ma alergii na klimatyzację tylko na „agresję polityków jednej partii” na sali sejmowej. Po co to jest cytowane? Przecież ta wypowiedź nie zawiera żadnej informacji, a jedynym jej celem jest naubliżanie przeciwnikom politycznym. Czy naprawdę media muszą brać w tym udział?

Nagrody „dziennikarskie”

Spory szum powstał (w 2009 roku) wokół przyznania tytułu „dziennikarza roku” Bogdanowi Rymanowskiemu. Nie chcę się znęcać nad Rymanowskim, nie jego tu wina, ale warto się przyjrzeć, kto i jak typował. Według materiału opublikowanego w miesięczniku „Press”, każda redakcja głosowała na swoich. „Najwyższy Czas”: Gontarczyk, Cenckiewicz, Ziemkiewicz, Michalkiewicz; „Rzeczpospolita”: Kowalewski, Skowroński, Łaszcz, Gawryluk, Zaremba; TOK-FM: Paradowska, Olejnik, Jagielski, Kącki, Górka, Zadworny, Wanat; … A teraz pierwsze miejsca: TVN – Bogdan Rymanowski, TVN-24 – Bogdan Rymanowski; TVN Style – Bogdan Rymanowski; TVN Turbo – Bogdan Rymanowski… Poza tym, Bogdan Rymanowski pojawiał się na dalszych miejscach w różnych redakcjach, po odrobieniu „swoich” na pierwszych miejscach.

Co z tego wynika? Po typowaniu można wręcz rozpoznać orientację polityczną poszczególnych redakcji. Zwolennicy PiS królowali w jednych, zwolennicy PO w drugich i oba te zbiory nigdzie się nie pokrywały. Wygrać ten konkurs mógł tylko ktoś, kto obu tym wrogim obozom był dokładnie obojętny i w dodatku wsparły go aż 4 redakcje jego pracodawcy. Nie mam nic przeciw Rymanowskiemu, ale czy taki konkurs ma w ogóle sens?

Jaki w ogóle sens mają te wszystkie nagrody „dziennikarskie”, „telekamery” itp.? Przecież kryterium prawdziwe wygląda tak: każdy popiera swoich, tępi nie swoich, więc wygrywa najmniej znienawidzony przez wszystkich.

Jeszcze raz powtarzam, ze nie mam nic do Rymanowskiego, ale ten cały cyrk z nagrodami „dziennikarskimi” nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem. To nawet nie jest konkurs piękności, tylko konkurs obojętności. Po co się w ogóle w to bawić? W tym „środowisku” przecież nie ma żadnego środowiska. Są natomiast zwalczające się obozy polityczne oraz promujące „swoich” i tępiące obcych grupy interesu. Wystarczy zastanowić się, czy zwycięzca by wygrał, gdyby nie był doskonale obojętny wszystkim obozom politycznym i nie był wspierany przez 4 redakcje swego pracodawcy?

Specjaliści od nawozów i od świata

Dzwoni do mnie jedna z redakcji telewizyjnych: „Panie redaktorze, chcemy pana zaprosić do programu o …”. Tu pada temat całkowicie mi obcy. „Ale ja się na tym nie znam!” I słyszę w odpowiedzi: „Nie szkodzi”.

Codziennie oglądam, czytam i słucham „dziennikarzy”, którzy się nie znają i im to „nie szkodzi”. Widzom, słuchaczom, czytelnikom niestety szkodzi, ale najczęściej o tym nie wiedzą. Jest taka bezkrytyczna kasta dziennikarskich celebrytów, którzy są „fabrycznie mądrzy” na wszystkie tematy, więc są „fabrycznie sławni” i dalej zapraszani. Od lat obserwuję parę takich postaci, które niemal codziennie wypowiadają się na wszystkie tematy, a jakoś nie zauważyłem, by powiedzieli coś mądrego. Jedyna rzecz, jak nie przechodzi im przez usta, to zdanie: „Ja się na tym nie znam”.

Rekordem w tej dziedzinie było zaproszenie do telewizyjnej dyskusji o dziewczynkach porwanych przez Boko Haram byłego oficera milicji skazanego swego czasu za porwanie, pobicie i wywiezienie do Kampinosu wolontariuszy z Prymasowskiego Komitetu Pomocy Internowanym w 1982 roku. Rzeczywiście, facet zna się na porwaniach.

Dygresja (z 2009 roku): Ledwo opublikowałem ten tekst, a już mamy piękny przykład “obiektywizmu” rozumianego jako średnia arytmetyczna między prawdą a kłamstwem. Zaraz po zaproszeniu do studia w TVN-24 Lecha Wałęsy, zaproszono niejakiego Krzystofa W., by dać mu pole do oszczerstw wobec Wałęsy. Jest to praktyka notoryczna – jak Wałęsa to i ktoś, kto go oczernia. Kiedyś obowiązywały takie zasady, że osób nie posiadających zdolności honorowej (a takimi są oszczercy) nie zaprasza się do domu, na salony, nie rozmawia się z nimi i nie podaje się im ręki. No cóż, ale to były zasady honorowe…

Krzysztof Łoziński

Print Friendly, PDF & Email

9 komentarzy

  1. kuba 2014-10-31
  2. jotbe_x 2014-10-31
  3. Magog 2014-11-01
  4. Woziwoda 2014-11-01
    • Krzysztof Łoziński 2014-11-01
  5. Krzysztof Łoziński 2014-11-03
    • kuba 2014-11-03
  6. kuba 2014-11-04
    • Krzysztof Łoziński 2014-11-04
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com