Urszula Glensk: Pamięć kultury. Muzeum

muzeum2014-11-06

Kasi i Milanowi

To miejsce pozwala na symboliczny powrót Żydów do Warszawy. Symboliczny, bo wraz z Holokaustem bezpowrotnie przepadło życie żydowskiej dzielnicy miasta. Niemożność jej odtworzenia pokazuje totalność przedsięwzięcia zadekretowanego w podberlińskiej willi w Wannsee, gdzie przypieczętowano „ostateczne rozwiązanie”. Po wojnie w Warszawie do pewnego stopnia wszystko się odrodziło. Wszystko z wyjątkiem społeczności żydowskiej, która przed okupacją stanowiła trzecią część ludności stolicy. Domy odbudowano, poeci wrócili, ale po wielokulturowości nie został ślad. Każde zastanowienie nad losem polskich Żydów budzi we mnie metafizyczny smutek.

W kulturze judaistycznej istnieje przekonanie, że momentem kończącym pierwszy etap żałoby jest realny gest upamiętnienia, wybudowanie pomnika. Wzniesienie macewy pozwala po stracie przejść do nowego czasu.

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN jest rodzajem żywego pomnika. Z rozmysłem używam oksymoronicznego określenia „żywy pomnik”, ponieważ powstałe muzeum jest równocześnie przypomnieniem przeszłości i instytucją kultury, zaprojektowaną jako miejsce spotkań, dyskusji i organizowania koncertów. To połączenie jest najlepszym z możliwych sposobów upamiętnienia historii polskich Żydów, bo daje szansę tworzenia czegoś nowego. Muzeum przywraca nie tylko obrazy przeszłości, buduje też wymiar aktualny, który daje szansę napisania dalszego ciągu, przełamania ponurej historii.

Zanim zabudowany został plac przy ulicy Mordechaja Anielewicza konieczne było uświadomienie rozmiaru strat. Wydaje się, że każda książka o dziejach polskich Żydów przeczytana i przedyskutowania w ciągu ostatniego ćwierćwiecza zbliżała do tego przedsięwzięcia. Idea budowy Muzeum sięga początku lat 90. Jednak, aby zrozumieć wartość tego miejsca, trzeba było przepracować historię: wysłuchać jednostkowych wspomnień, odkryć archiwa. Konieczna była próba zrozumienia przeszłości. Dzięki procesowi świadomościowemu Muzeum jest spełnieniem potrzeb wielu ludzi, którzy w Polsce po transformacji politycznej zaczęli poznawać wspólną polsko-żydowską przeszłość bez mitów o narodowym heroizmie i szlachetności. Tłumy, które zaraz po oficjalnym otwarciu zwiedzały to miejsce, potwierdzają moją tezę. Tylko pierwszego dnia przyszło tu 15 tysięcy osób, a przecież zwiedzanie muzeum to nie to samo co letnia wycieczka rodzinna i spacer po stadionie narodowym.

Rewizja naszego stanu wiedzy była niezbędna. Wychowankowie szkół PRL-owskich wiedzą co mam na myśli – jak wybiórcza i tendencyjna była nauka o „Żydzie, wiecznym tułaczu”. Przykłady można mnożyć. Ósmoklasiści mogli przeczytać w podręczniku do polskiego, że matka Adama Mickiewicza była „frankistką”, ale nikt nie wiedział, co to w istocie znaczy. Pewnie niektórzy tłumaczyli sobie, że pochodziła z Francji, a to że należała do społeczności żydowskich asymilantów – było zbyt trudne jak na wyobraźnię i kompetencje uczniów monokulturowej szkoły socjalistycznej. Od początku lat dziewięćdziesiątych można było jednak nadrobić brakującą lekcję historii. Otworzyć szafy. Zrozumieć podział na aryjską i żydowską stronę.

Postawienie pomnika-muzeum przynosi swego rodzaju ulgę. Wypełnia talmudyczne przesłanie „zachowaj i wspominaj”. Jest zakończeniem pewnego etapu żałoby, która rozpoczęła się wiele lat po Zagładzie, wraz z publikacją różnych tekstów: Jan Błoński wyjaśniał jak „biedny chrześcijanin patrzył na getto”, Michał Głowiński ujawnił historię „czarnego sezonu” w swoim własnym dzieciństwie, archiwa Ringelbluma pokazywały przerażające szczegóły.

Pierre Nora w książce Między pamięcią a historią zauważył, że „mówimy tak dużo o pamięci, ponieważ tak niewiele jej zostało”. Do czasu kiedy żyją ostatni świadkowie istnieje „pamięć indywidualna”, ale wraz z ich odejściem przekształca się ona w „pamięć kultury”. Później zostaje tylko wiedza zapośredniczona, dostępna jedynie w formie przekazów pisanych czy nagrań. Marek Edelman nie zdążył zobaczyć Muzeum (powstało w obszarze getta warszawskiego), ale żyją jeszcze ludzie, którzy byli świadkami Zagłady. Jeszcze nie cała „pamięć indywidualna” przekształciła się w „pamięć historyczną”. Na czele rady Muzeum stoi Marian Turski, który przeszedł przez getto łódzkie i Auschwitz.

Otwarcie Muzeum to jasny punkt we wspólnych losach polsko-żydowskich. Nowe otwarcie, nowa epoka. Także dlatego, że obiekt został zaprojektowany nie tylko jako miejsce wystawiennicze, ale wielofunkcyjna przestrzeń nadająca się do organizowania wydarzeń kulturalnych. Jeszcze przed oficjalnym otwarciem odbyła się w nim gala Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. W wielkiej auli zabrzmiał wówczas fragment wyróżnionego w tym roku reportażu Elisabeth Åsbrink, opowieść o szwedzkim antysemityzmie i wygodnej neutralności. Czytany przez Krystynę Czubównę fragment książki o tym, jak Holokaust pogruchotał życie zwykłych ludzi, dosłownie zahipnotyzował pół tysiąca słuchaczy. Można było odnieść wrażenie, że wszyscy przestali oddychać.

Entuzjazm udzielił się natomiast słuchaczom koncertu Davida Krakauera i Ancestral Groove – zespół uświetnił otwarcie POLIN. Słuchając, można było poczuć się jak w nowojorskim elitarnym klubie muzycznym, a jednocześnie klarnet Krakauera miał w sobie siłę koncertu Jankiela. Muzyk grał i wspomniał swoich dziadków z Kamieńca Podolskiego. Jakby dla nich też grał.

Zatrzymam się jeszcze na szczegółach, ponieważ moje wątpliwości budzi organizacja wystawy stałej przygotowanej w Muzeum. Z jednego powodu – jest przeładowana i nie ma struktury, budującej hierarchię informacji w taki sposób, aby można było wybrać długość drogi zwiedzania – powiedzmy: od trzech godzin do trzech dni. Rozwinę swoje uwagi krytyczne. Ktoś, kto zaczyna oglądać wystawę od początku – a początek to tyleż efektowna, co zbędna instalacja pokazująca puszczę i żubry – powinien chyba zaplanować oglądanie na tydzień (nie znam takich szczęśliwców, którzy mogą sobie na to pozwolić). Autorzy wystawy całkowicie zignorowali granice percepcji widzów. To, że ekspozycja została ułożona chronologicznie nie zmienia faktu, że jest chaotyczna – każda ściana, szczególnie w początkowej części wystawy jest przeładowana cytatami, które tworzą co najwyżej impresję, mozaikę skrzydlatych słów. Nie wiadomo na czym się skupić. Na pewno można dociec spójności pokazu, ale nie wyłania się on naturalnie.

Dobrzy muzealnicy radzą sobie z problemem nadmiaru – tak konstruują poszczególne elementy wystaw, aby widz mógł się zorientować, co jest najważniejsze, a co poboczne i kontekstowe oraz miał szansę wybrać swoją własną drogę i poziom wnikliwości, na który może sobie pozwolić, choćby z powodów ograniczeń czasowych.

Sama wystawa ma lepsze i gorsze fragmenty. Nie przekonuje mnie jej pierwsza część wraz z kuriozalną salą poświęconą rozbiorowi Polski czy ze zmultiplikowanym wizerunkiem Stanisława Staszica. Niepotrzebny monumentalizm, tłusta makieta, historyczny disneyland. Kompletnie zbędna jest imitacja biblioteki (zupełnie jak z domu amerykańskiego milionera). Albo wiązka czosnku, która wygląda jak pamiątka z Cepelii – identyczną aranżację można zobaczyć w Muzeum Historii Żydów w Berlinie, ale tam jest chociaż dobrze wyjaśnione symboliczne znaczenie rośliny dla relacji między poszczególnymi gminami żydowskimi. W POLIN, w kolorowym nadmiarze początku umyka fenomen XVII-wiecznego chasydyzmu, a on powinien być znacznie bardziej istotny w tym muzeum niż rozbiór Polski.

Znacznie lepiej przemyślana jest XX-wieczna część ekspozycji. Ale i tu można przeoczyć oryginalne eksponaty, które na tle niejasno hierarchizowanej wystawy giną, są zbyt słabo wyeksponowane w nadmiarze makiet i pokazów mulitimedialnych.

Zatrzymajmy się jednak nad autentykami. Nie sposób nie zadać pytania, dlaczego tak mało zdołano ich zgromadzić? Czy nie da się odnaleźć w polskich magazynach muzealnych starych zwojów Tory, menor, chałefów czy tradycyjnych strojów? Nie wierzę, że nie można stworzyć oryginalnej kolekcji, przeszukać aukcji i antykwariatów. Kultura materialna ma większą odporność na przetrwanie w piwnicach niż ludzie.

Autentyczne eksponaty, które udało się zgromadzić robią wielkie wrażenie. Łatwo jej jednak przeoczyć – znikają w natłoku reprodukcji. Bywają wtłoczone w nietrudny do przeoczenia zaułek jak obrazy łódzkiej grupy artystycznej Jung Jidysz, wspaniała zapowiedź kubizmu, albo giną w gablocie „wszystkoizmów” jak formy do ciastek purimowych z końca XIX wieku. Podobnie jest z legitymacją studencką z pieczątką określającą dozwolone ławki numerus clausus, która została wtłoczona w kąt i łatwo może umknąć uwadze zwiedzających. Ślady minionej codzienności robią zwykle większe wrażenie niż dokumenty polityczne.

W jednej z sal centralnie wyeksponowany został mlecznik z kawiarni Ziemiańska. Rzeczywiście, gdyby nie było biesiad literackich na pięterku i rytualnego popijania „małej czarnej” (chyba jednak z mlekiem), to może „Wiadomości Literackie” nie stałyby się tak cennym międzywojennym pismem. Może jednak lepiej byłoby pokazać wymyślony przez redakcję tygodnika quasi-konkurs, ośmieszający koncepcje rasistowskie albo kpiny z „hitlerozaurów”. W tym miejscu nie upieram się. Dzbanek też jest ciekawy. Dobrze wyeksponowana jest natomiast oryginalna skarbonka z kwesty przeznaczanej na budowę jesziwy w Lublinie.

W każdym razie uderzająca jest zbyt mała liczba oryginalnych, autentycznych przedmiotów. Budzi to refleksję, że zaginęły nawet materialne relikty kultury żydowskiej w Polsce.

Za mało realnych przedmiotów – za dużo prezentacji multimedialnych. Skądinąd same filmy i pokazy są bardzo interesujące i perfekcyjnie przygotowane, ale tu gość muzeum musi intuicyjnie wybierać, bo nie ma żadnego sygnału hierarchii ważności, i przez to sekwencja faktograficzna rozmywa się w oceanie informacji.

Twórców wystawy zawiodła umiejętność selekcji i nie zdołali wskazać spójnego porządku zwiedzania możliwego do ogarnięcia w ciągu kilku godzin. Nie stworzyli prymarnej linii narracyjnej przekazu i dróg pobocznych, które są przeznaczone dla bardziej wnikliwych i już zorientowanych widzów (a oni w tym Muzeum mogą znaleźć wiele cennych informacji, co dodaję z uznaniem). O ile da się zaakceptować nadmiar Luwru czy Ermitażu, to w nowych muzeach niewyrazistość dominującej narracji jest kardynalnym błędem kompozycji wystawy. Mniej znaczy więcej.

Najlepiej byłoby zamienić marmurowo-gipsowe gadżety na oryginalne kolekcje, czego się zapewne nie da łatwo zrobić. Ale można by ułatwić widzom oglądanie ekspozycji stałej, przygotowując uproszczony i klarowny plan – mapę zwiedzania. Potrzebna jest jasna informacja, że wnikliwe zobaczenie całości wymaga 50 godzin (szacuję w sposób umiarkowany), wtedy widzowie nie stracą na początku czasu na oglądanie Napoleona. Natomiast spacer bez czytania i zastanowienia nad czymkolwiek zajmie 3 godziny (tak mi podpowiada intuicja), a więc należy wybrać to, co każdego zwiedzającego specjalnie interesuje, choćby Dwudziestolecie międzywojenne czy Shoa. Rozmiar ekspozycji i jej (nie)ustrukturyzowanie powoduje, że z namysłem można ją oglądnąć tylko we fragmencie. Bez dokonania wyboru pozostaniemy przytłoczeni natłokiem. Zabrakło w Muzeum elementarnych wskazówek (rozrysowane na ścianach wielkie plany sytuacyjne tego nie zmieniają). Ale to akurat da się łatwo naprawić.

Wrócę do wrażenia wynikającego całości. Odczuwam ulgę, że powstał ten wspaniały obiekt – miejsce upamiętnienia i tworzenia. Nowa warstwa życia na gruzach warszawskiego getta.

Urszula Glensk

Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. Kot Mordechaj 2014-11-06
  2. natan gurfinkiel 2014-11-07
    • A. Goryński 2014-11-07
  3. W.Bujak 2014-11-07
    • BM 2014-11-07
  4. W.Bujak 2014-11-07
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com