Leszek Szaruga: Dobry rok dla jubileuszy

szar1403072014-11-08.

To dobry rok, ten który powoli zaczyna mijać. Dobry przynajmniej dla tych, którzy lubią jubileusze, te nieodłączne od naszego życia świętowania rocznic. Tym razem – do wyboru, do koloru: 100 lat od rozpoczęcia I wojny światowej, 75 lat od rozpoczęcie II wojny światowej (ja pamiętam, rzecz jasna, że dla Rosjan ta wojna zaczęła się trochę później, zaś pakt Ribbentrop-Mołotow, za sprawą którego można było się pozbyć, jak to mawiał sowiecki minister, tego potwornego „bękarta wersalskiego paktu”, to tylko epizod), 70 lat od powstania warszawskiego, a wreszcie, by tylko przy tym pozostać, 25 lat od runięcia muru berlińskiego, o którym jeszcze miesiąc wcześniej towarzysz Honecker powiadał, że stać będzie całe 100 lat. Pewnie jeszcze parę okrągłych rocznic dało by się tu znaleźć, pozostanę przy jednej – 25-lecia powołania Tadeusza Mazowieckiego na pierwszego niekomunistycznego premiera między Łabą i Kamczatką po II wojnie światowej. Tak, to jest coś!

Ten rząd nie tylko naruszył – jakby nie licząc się z 200 tysiącami wojsk sowieckich stacjonujących w NRD oraz 30 tysiącami w Polsce – status quo, ale, co najważniejsze, stał się autorem najbardziej radykalnego eksperymentu społecznego XX stulecia. Jego istotę najlepiej oddaje krążący ćwierć wieku temu dowcip, w którym stwierdzano, że choć wiadomo, jak przerobić akwarium na zupę, to przecież nikt nie próbował dokonać czegoś tak zdumiewającego, jak przemienienie zupy w akwarium. Mówi o tym w wywiadzie zatytułowanym „Desant z Moskwy na Warszawę” ekonomista Grigorij Jawliński („Gazeta Wyborcza” nr 212/2014): „Kiedy w Warszawie powstawał program przemian ekonomicznych, ja w Moskwie kierowałem grupą ekspertów Rady Ministrów pracującą nad naszym planem reform. (…) Powiedziałem wicepremierowi Leonidowi Abłakinowi: – Proszę mnie wysłać do Warszawy. Trzeba popatrzeć jak oni to robią, a nie tylko samemu wszystko wymyślać. Po dwóch dniach zawiadomili mnie, że jest polecenie Gorbaczowa. (…) Moskwa naszymi oczyma chciała widzieć, jak się zmieniają ceny, jak rynek zapełnia się towarami, jak się zaspakaja popyt. Na ile oferta rynku odpowiada popytowi. (…) Codziennie sporządzałem raport o zmianach na rynku finansowym, cenach, handlu, popycie, podaży”.

W dalszym ciągu Jawliński mówi o skutkach tego rozpoznania, o swoim doradztwie dla władz: „O, tych rad było dużo. Przede wszystkim, że u nas trzeba przeprowadzić liberalizację cen. Tylko w żadnym wypadku nie tak jak w Polsce. (…) Bo w Polsce była jedna zasadnicza rzecz, której my nie mieliśmy – indywidualne gospodarstwa rolne, prywatna inicjatywa rzemiosła czy handlu. I jak tylko pojawił się wolny rynek, od razu pojawiła się i konkurencja. A u nas niczego podobnego nie było. U nas uwolnienie cen oznaczałoby danie pełnej wolności monopolistom. A to prowadziło wprost do hiperinflacji. (…) W 1991 r. przeprowadzili u nas liberalizację cen, nie likwidując monopoli. Co więc wyszło? Hiperinflacja – 2600 proc. (…) Była też u nas ‘prywatyzacja’. A jak przeprowadzać prywatyzację, jeśli przez hiperinflację zlikwidowało się całe pieniądze? (…) U nas nie chcieli obcokrajowców. Więc jedynym wyjściem było rozdanie majątku narodowego kolesiom – i tak zrobili. Przeprowadzili kryminalne przetargi ‘pod zastaw’ i za darmo, drogą oszustwa rozdali wszystko młodym ludziom, którzy stali się z dnia na dzień potężnymi biznesmenami. I w tym samym momencie zlikwidowali u nas, i to na zawsze, prawowitość prywatnej własności”.

W równolegle opublikowanym wywiadzie z Danielem Friedem, byłym ambasadorem USA w Polsce, mowa jest także o szansach polskiego eksperymentu: „Większość amerykańskich polityków i dyplomatów przewidywała, że Polakom się nie uda. (…) Siedziałem w biurze, była dziewiąta czy dziesiąta wieczór. Nagle przyszło mi do głowy, że może Jałta i 1945 rok nie jest sprawą zamkniętą, że może Polakom uda się odwrócić bieg historii. Może to była bardziej nadzieja niż wiara. Tak czy inaczej, to była tak szalona myśl, że sam byłem nią zdziwiony… (…) Wprawdzie większość establishmentu w Waszyngtonie nie wierzyła w jego [Tadeusza Mazowieckiego] sukces, ale to była jedyna szansa, żeby sprawdzić w praktyce, czy transformacja jest możliwa. Decyzję podjął osobiście prezydent George H. W. Bush, a wcześniej przekonywała do niej Condi [Condoleezza] Rice, która wtedy była szefem wydziału ds. ZSRR i Europy Wschodniej w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. (…) Debata wewnątrz administracji w kwestii, jak reagować na wydarzenia w Polsce – czy mocno popierać „Solidarność”, czy przyjąć postawę bardziej ostrożną – odbyła się kilka miesięcy wcześniej, wiosną. To były zresztą pierwsze miesiące prezydenta Busha. On sam zdecydował, że stawiamy va banque na „Solidarność”. Pomimo wątpliwości. (…) Oczywiście mieliśmy wtedy na Kremlu Gorbaczowa, a nie Putina, co było szczęśliwą okolicznością. Ale podjęta została w Białym Domu decyzja, żeby nie patrzeć na Polskę przez pryzmat naszej polityki względem ZSRR, tylko potraktować ją osobno, priorytetowo”.

Udało się. Zapewne nic by z tego nie wyszło, gdyby nie fakt, że trafiliśmy wówczas w swego rodzaju lukę w historii – Rosja była zajęta sobą po rozpadzie Związku Sowieckiego, Niemcy mocowały się z kłopotami, jakie przyniosło zjednoczenie kraju, była zatem, dzięki pomocy USA, szansa postawienia gospodarki na nogi, choć reformy Balcerowicza były bez wątpienia terapią szokową. Jedno zdaje się nie ulegać wątpliwości: decyzje trzeba było podejmować natychmiast ze świadomością tego, że są one nieodwracalne.

Dziś, ćwierć wieku później, Balcerowicz, twórca ówczesnej reformy gospodarczej, w wywiadzie zatytułowanym „Pilnujmy polityków” zamieszczonym w „Polityce” (nr 37/2014) zwraca uwagę na obecne problemy: „Nurt etatystyczny jest silny wszędzie, nawet w Stanach Zjednoczonych. Tylko tam jest też nurt przeciwny – obywatelski, wolnościowy. Dlatego Stany jeszcze nie całkiem się upodobniły do Francji czy Włoch. Etatystyczny nacisk jest wywierany przez dwa typy grup. Jedne się kierują swoim interesem, chociaż nigdy tego wprost nie powiedzą. Po prostu chcą więcej pieniędzy od państwa lub chcą więcej osłony przed konkurencją, co też się ostatecznie przekłada na pieniądze.  (…) Grupy drugiego rodzaju to etatyści ideologiczni. To jest sporo intelektualistów i wielu polskich polityków, którzy traktują państwo jak bóstwo albo demonizują wolny rynek. Nie mam żadnego respektu dla moralnych i intelektualnych kwalifikacji tych ludzi”.

Balcerowicz, rzecz jasna, stawia na powszechną, głęboką prywatyzację, wskazując przy tym na wyjątki: „Są takie dobra w ekonomii, nazywają się dobrami publicznymi, które ze względu na ich naturę finansowane są przez państwo, bo w grę nie wchodzi indywidualna odpłatność. Ale jest ich bardzo niewiele. Na pewno obrona narodowa i w pewnym zakresie wymiar sprawiedliwości. Ale produkcja uzbrojenia nie musi już – tak jak w Polsce – być państwowa. (…) Policja jest z natury organizacją państwową, ale już mamy dwa razy więcej prywatnych ochroniarzy niż policjantów. (…) Gdyby z budżetu finansować tylko dobra ściśle publiczne, to wydatki nie przekraczałyby 5-10 proc. PKB. A w Polsce stanowią 43-45 proc. Ta cała różnica przypada na wydatki socjalne. (…) A właśnie rozrośnięte i źle zbudowane państwa socjalne pod hasłami dobroczynności produkują ludzi uzależnionych od socjalu. Jeśli ktoś ma możliwość łatwego uzyskiwania zasiłku przez dłuższy czas, traci zdolność do pracy. A przywrócenie zdolności do pracy jest potem bardzo trudne. Co gorsza, rzutuje to na dzieci. Najgorsze, co można zrobić biednym ludziom, to utrudniać przedsiębiorcom tworzenie miejsc pracy, a pracobiorców zniechęcać do pracy”.

W tym miejscu wywodu pojawia się w moim przekonaniu niezwykle istotna uwaga pokazująca, że myślenie ekonomiczne nie odwołuje się jedynie do liczb, lecz musi mieć wymiar ogólnohumanistyczny. Wskazując pozapaństwowe źródła wsparcia ludzi w ciężkiej sytuacji Balcerowicz podkreśla: „Po pierwsze rodzina i przyjaciele. Nie można ludzi zwolnić z obowiązków moralnych. A rozrost państwa dobrobytu powoduje spadek poczucia obowiązku pomagania innym. Jakaś minimalna pomoc socjalna jest potrzebna, ale krótkotrwała (…). Jeśli ktoś myśli, że dobre państwo musi być rozrośnięte, to nie dostrzega niepaństwowych mechanizmów rozwiązywania ludzkich problemów, czyli ogromnego potencjału rodziny i społeczeństwa obywatelskiego (…). W dobrym pomaganiu ludziom w potrzebie nie zastąpi tych instytucji żadne państwo”. I wreszcie, konkluduje Balcerowicz: „Na koniec chcę jeszcze raz podkreślić mocno: nie ma innego sposobu na dobre państwo niż silny obywatelski nadzór. Trzeba więc systematycznie i wytrwale działać. (…) W Polsce mamy ciągle za dużo narzekania i snobowania się na „apolityczność”, czyli kompletną bierność wobec demokratycznej polityki”.

Przykładem dalekim od takiej bierności jest senior polskiego dziennikarstwa Stefan Bratkowski, od kilku dziesięcioleci, jeszcze w czasie PRL, upominający się o odbudowę ruchu spółdzielczego, tej zatem formy obywatelskiej aktywności, która w sposób znakomity łączy ekonomię z zasadami moralnymi. W wywiadzie zatytułowanym „Wspólnie” na łamach „Gazety Wyborczej” (nr 213/2014) odwołuje się do dawnych doświadczeń polskiej spółdzielczości podkreślając, że dominowały interesy ekonomiczne: „Spółdzielcy działali tak samo jak kapitaliści. Robili to z dobrze pojętego egoizmu. Nie byli filantropami. Powtarzam: to nie był żaden protest przeciw społeczeństwu kapitalistycznemu czy ustrojowi gospodarczemu. To był sposób na funkcjonowanie gospodarcze oparte na łączeniu indywidualnej aktywności”. Wcześniej zaś podkreśla: „Dzisiaj dominują postawy roszczeniowe. Państwo ma dać. Społeczeństwo ma się zaopiekować. Ale od opresji można się uwolnić tylko wtedy, gdy się działa samemu”. I dalej: „ja nie namawiam do rewolucji, namawiam do współdziałania”.

Ten wywiad uzupełnia artykuł Adama Leszczyńskiego „Wspólne nie znaczy niczyje”. Pisze autor: „Liberałowie (…) nieufnie odnosili się do tego, co wspólne, chociaż z zupełnie innych niż komuniści powodów. Celem przedsiębiorstwa powinien być prywatny zysk. Jeśli ktoś chce zaspokoić swoje potrzeby, powinien za to zapłacić, i wtedy wolny rynek dostarczy mu odpowiednie usługi. W tej liberalnej utopii (bo do tego, że była to utopia, po 25 latach wolnego rynku chyba już nikogo nie trzeba przekonywać) nie było miejsca dla spółdzielczości. Każdy kolektywizm kojarzył się ze starym reżimem. Liberałowie oczywiście niczego nie narzucali – nie byli komunistami – ale moralny i intelektualny klimat epoki był jednoznaczny: społeczeństwo oparte na własności prywatnej to najlepsza forma ustroju. (…) Bohaterem nowej epoki był biznesmen pracujący na swoje, a nie spółdzielca czy nawet menedżer w przedsiębiorstwie, które jest własnością publiczną. Ważne było nie to, co wspólne, ale to, co prywatne (…). Spółdzielczość jest na bakier z logiką naszego dzisiejszego kapitalizmu. Istnieje nadal w różnych niszach, ale nikt w niej nie widzi lekarstwa na słabości demokracji i wolnego rynku. Utraciliśmy w ten sposób bardzo ważną część polskiej tradycji politycznej – w najbardziej jej demokratycznym wydaniu. Być może jednak po kolejnym kryzysie wolnego rynku ktoś odkurzy te stare książki. Czekają”.

Na początek warto sięgnąć po zbiór przedwojennych reportaży Marii Dąbrowskiej z krajów bałtyckich (Finlandii, Łotwy i Estonii), w których wskazywała na zalety spółdzielczości, co o tyle nie dziwi, że była wychowana w kręgu niemarksistowskiego socjalizmu spod znaku takich ludzi jak Edward Abramowski czy Ludwik Krzywicki. I warto się przy tym zastanowić czy warto przeciwstawiać sobie takie kategorie jak spółdzielczość i wolny rynek. W moim przekonaniu nie warto. Warto natomiast rozbudowywać spółdzielczość, która, poza ekonomicznymi zaletami, ma też szanse stać się jedną z tych instytucji życia społecznego, które tworzą „niepaństwowe mechanizmy rozwiązywania ludzkich problemów”, o których wspomina Balcerowicz. A warto tak czynić zwłaszcza w 110-tą rocznicę wydania we Lwowie zapomnianej pracy Edwarda Abramowskiego zatytułowanej „Socjalizm a państwo. Przyczynek do krytyki współczesnego socjalizmu”.

Leszek Szaruga

Tekst był drukowany przez pismo Nowaja Polsza, nr 10/2014

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com