Leszek Szaruga: Polskie spory o historię

Wypisy z prasy kulturalnej

[dropcap]Polskie spory o historię zdają się nie mieć końca, co zresztą o tyle zrozumiałe, że historia wciąż jeszcze – wbrew przepowiedniom Fukuyamy – kończyć najwyraźniej się nie zamierza, a nawet, jak to dziś widać na Bliskim Wschodzie, potrafi gwałtowanie przyspieszać.[/dropcap]

O tyle też owe spory wydają się ważne, iż w zależności od tego, jak widzimy własną – w szerokim europejskim i światowym kontekście oglądaną – przeszłość, tak i projektować będziemy swą przyszłość. Stąd tytułowe pytanie szkicu Jerzego W. Borejszy „Czy Polacy na pewno potrzebują historii?” („Gazeta Wyborcza” nr 129/2011) wydaje się pytaniem nie tylko istotnym, lecz także na swój sposób prowokacyjnym.

Polak bez historii

Polak bez historii – któż to w ogóle może być? Gdybym miał na to pytanie odpowiadać bez namysłu, odparłbym, że to większość moich studentów. Być może jest to pokolenie – ludzie urodzeni w okolicach roku 1990 – uwolnione od historii, historię ignorujące i historii na swój sposób nieświadome. O tyle to niebezpieczne, ze przecież skłania taka postawa do uznawania zastanego świata za niezmienny i na zawsze dany, co może stać się przyczyną bolesnych doświadczeń i dlatego zwracam im uwagę na fakt, że wychowane w wolnej Polsce pokolenie moich rodziców, zdające maturę pod koniec lat trzydziestych ubiegłego stulecia, w najczarniejszych snach nie mogło sobie wyobrazić, co je czeka w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy. Lepiej zatem być przygotowanym i o historii pamiętać. A jeszcze lepiej – ją znać.

Pisze Borejsza: „Czyżby współcześni Polacy nie potrzebowali rzeczywistej przeszłości historycznej, wiedzy o niej? Patrząc, jak zapamiętale politycy, ale i dziennikarze, manipulują historią, skracając ją do ostatniego 70-lecia, a czasami do stulecia (poczynając nie od 1939, ale od 1920 r.), jak ją fałszują, czasami zadaję sobie pytanie: czy w tym samobójczo rozpędzonym świecie Polakom w ogóle potrzebne jest prawdziwe odtwarzanie historii?”.

Wahadło na prawej stronie mapy

Wskazanie roku 1920 wydaje mi się niezwykle trafne, gdyż w III Rzeczpospolitej – jakby w reakcji na „lekcje historii” z minionego okresu Polski Ludowej, w którym punktem odniesienia były historyczne zaszłości polsko-niemieckie – wahadło wychyliło się na prawą stronę mapy, ku wschodowi, zaś rok 1920, czas wojny polsko-bolszewickiej stał się podstawowym punktem odniesienia. Trafnie więc pisze autor szkicu: „Pozytywnie pomyślana księga „Białe plamy, czarne plamy. Sprawy trudne w relacjach polsko-rosyjskich (1918-2008)”, wydana dopiero co przez szacowne grono politologów, historyków i ekonomistów, licząca ponad 900 stron i ważąca prawie trzy kilo, zaczyna dzieje od roku 1917 w tekście i od roku 1918 w tytule. Pominięte zostały imponderabilia o tradycjach, postawach, kompleksach i ogromnych antagonizmach, jakie zrodziły 123 lata Polaków w niewoli od trzeciego rozbioru w roku 1795 po rok 1918. Przerzedziły się w sposób zastraszający szeregi historyków XIX w. Jest to nie tylko swoiste odreagowanie lat cenzury w PRL-u, kiedy zajmowanie się historią ojczystą po 1917 r., a stosunkami polsko-rosyjskimi od prawieków, było niezmiernie utrudnione. Na owo szczególne dziś skupienie na czasach od 1920 czy, częściej, po 1939 r. wpływa w sposób bezpośredni i dominujący rynek polityczny i ekonomiczny, zapotrzebowanie kolejnych ekip na genealogię i legitymizację, dyktat mediów i telewidzów, ale tylko w nieznacznym stopniu czytelników. (…) Przeciętny Polak ma wmontowana w głowę historię ze szklanego okienka. Kto ma telewizję, ten narzuca wizję historii. Cuius televisio, eius historia…”.

Historia spłaszczona i zmanipulowana

A to powoduje, że widzenie historii zostaje spłaszczone i zmanipulowane, podporządkowane temu, przed czym przestrzegał Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) – „bóstwu bezpośredniej użyteczności”. W tym wypadku chodzi o wytwarzanie historii zredukowanej, w której liczą się tylko te wątki i te wybory, które dają się spożytkować doraźnie, pomijane są zaś te, które są dla propagandy – obdarzonej pseudonimem „polityki historycznej” – niewygodne. Tymczasem, jak pisze Borejsza: „Globalizacja polityczna i gospodarcza nie oznacza jednak odżegnywania się od różnorodności i odcięcia się od tradycji narodowej. A tradycja polska nie może być i nie była tradycją jednej partii, jednej wiary, jednej klasy, jednej orientacji ku światu. Nie możne tradycja zaczynać się od arbitralnie wyznaczonego jednego roku czy dziesięciolecia, od jednego wydarzenia. W galerii Andrzeja Mleczki można znaleźć rysunek przedstawiający trzech mężczyzn, którzy się zastanawiają: „Jeżeli Platforma wybuduje muzeum II wojny światowej, to my wybudujemy muzeum III wojny światowej”. Odtwarzanie historii nie może się sprowadzać do walki na muzea i pomniki poszczególnych wydarzeń. Tradycja oznacza ciągłość, tradycja znaczy też wieloprzyczynowość. Polskiego roku 1980 i 1989 nie zrozumie się bez lekcji 1944. Warszawski rok 1944 miał głębokie korzenia w wychowaniu narodowym, w pamięci narodowej, w 150 latach przeszłości – wybuchł zresztą w owe 150 lat po powstaniu kościuszkowskim”.

Krwawa kąpiel, czy „długi marsz”

Oczywiście, Powstanie Warszawskie z roku 1944 miało swe zakorzenienie w tradycji powstańczej, przede wszystkim w kultywowanej przez Piłsudskiego – o czym pisze Borejsza – pamięci Powstania Styczniowego z roku 1863. Podkreśla też: „Polski powstaniec – polska powstańczość stały się składnikiem europejskiego myślenia politycznego przez 200 lat. Liczyli się z polską gotowością do powstań carowie i cesarze, sekretarze generalni KPZR, a nawet dalecy prezydenci USA”. Stąd zresztą – dodaję już od siebie – taka nerwowość w sferach politycznych Europy po wprowadzeniu w Polsce w roku 1981 stanu wojennego: nie bez pewnych racji zakorzenionych w owym myśleniu politycznym o „polskiej powstańczości” obawiano się, że polski „anarchizm” – o którym pisał Wolter w liście do Katarzyny  Wielkiej – doprowadzi do kolejnego wielkiego kryzysu. Tym razem jednak Polacy okazali się realistami: zamiast skazanego na krwawą kąpiel zrywu wybrali „długi marsz” ku wolności budując struktury – jak to sami w podziemnej prasie określali – społeczeństwa podziemnego. Czy zaprzeczyli swej tradycji, czy raczej zdołali z niej wyciągnąć naukę? Jedno nie ulega wątpliwości: okazało się, że historii potrzebują i wiedzą, że historia ist vitae magistra.

Pamiętajmy o Hercenie

Ale przecież w przeszłości wśród wielkich Europejczyków i takich było niemało, którzy w powstańczych zrywach Polaków potrafili dostrzec istotne wartości. I nie dziwi zatem dość smutna refleksja Borejszy: „W PRL-u wyciszano przypominanie Murawiewa Wieszatiela i okrucieństwa wojsk rosyjskich dławiących powstanie oraz opisy rozpętanego wtedy wielkorosyjskiego szowinizmu. Ale w III RP obrońca powstania, Rosjanin Aleksander Hercen (1812-70), podówczas pisarz polityczny sławy europejskiej, nie może „dosłużyć się” swej ulicy czy placu. A przecież nie był sam. Rosjan biernie i czynnie sympatyzujących z powstaniem było wtedy więcej. O niektórych równie słynnych, takich jak polonofil Piotr Ławrow (1823-1900), pułkownik, profesor, teoretyk narodników, w ogóle się u nas nie wspomina”. O tyle to wszystko przykre, że przecież Hercen był wzorem dla Jerzego Giedroycia, który w liście do Jerzego Stempowskiego pisał: „Może moja ambicja, by „Kultura” odegrała rolę „Kołokoła” Hercena, nie jest tak megalomańska”.
Wiek totalitaryzmów

Oczywiście – ma rację Borejsza, gdy zwraca uwagę na fakt, że współczesność zakorzeniona jest głębiej niż płytka odkrywka dziejów XX wieku. Niemniej nie ulega też wątpliwości, że to stulecie, z dwoma wojnami światowymi i doświadczeniem totalitarnych systemów nazistowskiego i komunistycznego, stanowi swego rodzaju próg w dotychczasowej historii świata: zarówno obozy koncentracyjne nazistów, jak komunistyczne łagry stanowiły – ze względu na swą skalę i ogrom ofiar – przekroczenie pewnej granicy. Gdy bowiem zastanawiam się nad tytułem opowiadania Tadeusza Borowskiego „Proszę państwa do gazu”, zdaję sobie sprawę, że i przed II wojną światową można było napisać podobne zdanie, ale że wówczas byłoby ono pozbawione wszelkiego wyrazu, gdy kilka lat później wypełnione zostało znaczeniem budzącym grozę. I gdy dziś, pisząc ten felieton, dowiaduję się, że Kaddafi wyposaża swych zbirów w viagrę, dzięki której możliwe są zbiorowe gwałty na libijskich kobietach, wiem, że żyję w epoce, której prawdziwy początek stanowi wiek XX, w szczególności to, co stało się po wybuchu wojny niemiecko-polskiej w roku 1939.

Dlatego nie dziwią mnie uwagi rozpoczynające wspaniały, rozbudowany esej Krzysztofa Pomiana – w moich studenckich czasach asystenta Leszka Kołakowskiego, później współpracownika „Kultury” paryskiej, obecnie m.in. dyrektora Muzeum Europy w Brukseli – zatytułowany „Historia – dziś” na łamach liberalnego gdańskiego kwartalnika „Przegląd Polityczny” (nr 106/2011):

Otworzyć archiwa!

„Przesuwanie się XX wieku w centrum zainteresowań zaczęło się w Niemczech Zachodnich w końcu lat 1940, na dymiących jeszcze ruinach III Rzeszy. Demokratyczna reedukacja społeczeństwa niemieckiego podjęta przez amerykańskie, brytyjskie i francuskie władze okupacyjne i kontynuowana przez RFN wymagała zrozumienia i usytuowania w historii Niemiec i Europy ustroju wprowadzonego przez nazizm, jego Fürera i bezprzykładnych zbrodni popełnionych za jego sprawą i w jego imieniu. Podjęcie badań nad tą tematyką było możliwe dzięki udostępnieniu historykom archiwów zabezpieczonych przez armię amerykańską, początkowo częściowemu tylko, ale znacznemu i poszerzonemu z biegiem lat. (…) Znacznie później, bo dopiero w latach sześćdziesiątych, przyszła kolej na Włochy, gdzie tym trudniej było uporać się z dziedzictwem faszyzmu, ze jego historię zawłaszczyła potężna partia komunistyczna, by uczynić z niej zasadniczy składnik legitymizującej ją legendy. (…) Również w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, otwarcie archiwów i likwidacja cenzury w następstwie demokratycznej transformacji ustrojowej w Hiszpanii i Portugalii pozwoliły historykom pierwszej zająć się republiką, wojną domową i frankizmem, a historykom drugiej – czasami Salazara i wojnami kolonialnymi. Nawet w Europie Zachodniej był to dopiero początek. Zaś w krajach Europy zsowietyzowanej i w samym Związku Sowieckim historii XX wieku, pomijając wycinki, nadal nie podobna było uprawiać zgodnie ze standardami akademickimi ze względu na niedostępność najważniejszych archiwów oraz na presję urzędowej ideologii wspartą działaniami cenzury. Białych plam było więcej niż obszarów zadawalająco przebadanych. (…) Okres międzywojenny, historia partii komunistycznych i samego Związku Sowieckiego oraz jego stosunków z resztą świata, a zwłaszcza z państwami Europy Środkowej i Wschodniej – wszystko to było poddane szczególnie czujnej kontroli. Zamknięcie dla historyków przeważającej części archiwów sowieckich, w tym archiwów międzynarodowego ruchu komunistycznego, w pewnych dziedzinach ograniczało, a w innych wręcz uniemożliwiało badanie niedawnej przeszłości nie tylko krajów zsowietyzowanych, ale także krajów zachodnich. Toteż upadek autorytaryzmów komunistycznych i rozpad Związku Sowieckiego, które zaowocowały m.in. dopuszczeniem historyków do archiwów dotyczących XX wieku, były dla historii jako dyscypliny akademickiej wydarzeniem przełomowym, porównywalnym pod tym względem tylko z otwarciem archiwów watykańskich decyzję Leona XIII w 1881 roku”.

Historyk w roli sędziego

Część archiwów sowieckich jednak – podobnie jak brytyjskich czy amerykańskich – wciąż pozostaje zamknięta. O tyle to ważne, że współcześnie nie da się już sensownie rekonstruować lokalnych historii bez szerszego kontekstu. Pisze o tym Pomian w dalszym ciągu swego o0bszernego eseju: „Dziś takie partykularystyczne perspektywy są wyraźnie w odwrocie. Przyczynia się do tego globalizacja. Przyczynia się do tego integracja europejska. Przyczynia się do tego kompromitacja ksenofobii i nacjonalizmów odpowiedzialnych za największe katastrofy XX wieku. Ale przyczynia się do tego również (…) zmiana nastawienia historyków, która uwrażliwia ich bardziej na ogólnoludzką wspólnotę cierpienia niż na sukcesy jednej grupy, choćby własnej, odniesionej kosztem pozostałych”. I wreszcie, w zakończeniu eseju, czytamy: „Historyk winien oceniać badane przez siebie podmioty, powstrzymując się jednak od jakże częstego anachronicznego moralizowania. A przy tym winien mieć stale na uwadze, że ma do czynienia z żywymi ludźmi i że występuje wobec nich w roli jeśli nie eksperta sądowego, choć i tak bywa, to sędziego, który chcąc nie chcąc feruje wyroki. Jego opisy i oceny są przecież tak właśnie postrzegane przez opinię i przez media, i mogą przeto wywierać wpływ na przyszłe losy jednostek i grup. Toteż ciąży na nim (…) szczególna odpowiedzialność za słowo, i obowiązek mocnego uzasadniania wypowiadanych orzeczeń. Wiele pokoleń przeminie, nim uprawianie historii XX wieku wyjdzie z cienia wydarzeń, które są jej przedmiotem”.

Ale też warto przy tym pamiętać, że światło XX stulecia, coraz bardziej rozproszone w przeszłości, jest skierowane jednocześnie w przyszłość, której zarysy, wydawać by się mogło, optymistyczne, przeciąć może i zmącić jakiś zgoła nieprzewidywalny epizod: choćby wybuch krateru, jaki stanowi komora magmowa Yellowstone czy choćby superwybuch na słońcu: w dniu, w którym to piszę, agencje donoszą, że aktywność tej gwiazdy może przyczynić się do zaburzeń komunikacyjnych na naszej planecie.

Polska wersja tekstu opublikowanego w „Nowej Polszy”, nr. 7-8/2011

Leszek Szaruga

Enhanced by Zemanta
Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com