Andrzej Lubowski: Zaciskać pasa, czy go popuszczać?

2012-07-31. Ciąć czy popuszczać – oto jest pytanie, jakie dziś gnębi świat po uszy w długach. Odpowiedź na nie od wiary zależy. A z tą potykać się trudno jest niezmiernie.

Reprezentanci jednej wiary uparcie twierdzą, że nie ma zlituj, że skoro do niedawna pożyczano bez opamiętania, to nadszedł czas zapłaty za przeszłe grzechy, więc trzeba ostro kroić wydatki. Część przedstawicieli tej szkoły myślenia, jakby ignorując lawinę wieści o błędach, a czasem ewidentnych przekrętach sektora prywatnego, winy upatruje wyłącznie po stronie rządów i banków centralnych.  Na drugim biegunie stanęli ci, którzy obawiają się, aby nas nie zgubiła cnota oszczędzania i wołają, aby państwa, zamiast oszczędzać, zaczęły wydawać grubsze niż dotąd pieniądze. Anemia – w Ameryce i Japonii – czy recesja w sporej części Europy, tylko utwierdzają obie strony w ich racjach. Obie ponurą rzeczywistość objaśniają polityką odmienną od ich preferencji: jedni powiadają, że najgorsze jeszcze przed nami, bo za mało zaciskamy pasa, a inni obawiają się, że najgorsze jeszcze przed nami, jeśli nie wreszcie tego pasa nie poluzujemy. „My” to znaczy bogaty świat, czy umownie mówiąc Zachód.

Za największy mankament i intelektualną słabość obu stron tego sporu uznaję wiarę, że konkretna terapia albo zbawia pacjenta albo go zabija. Tymczasem to, co jednemu pomoże, innemu zaszkodzi. Diabeł tkwi w okolicznościach stosowania podobnej, lub pozornie podobnej kuracji. Oto przykład: podniesienie podatków dla najbogatszych, jako sposób na sanację budżetu. We Francji, prezydent Hollande chce obłożyć najbogatszych podatkiem w wysokości 75 procent. Ten populistyczny zabieg, który przyniesie mu poklask w części środowisk lewicowych i wśród najbardziej rozgoryczonych i sfrustrowanych sprawi zarazem, że część tych, których podatek dotknie, wyniesie się z Francji. Nawet gdyby tak się nie stało, dodatkowe wpływy do budżetu będą nikłe, bo drakoński podatek dotyczyć będzie bardzo nielicznej grupy.  W USA, prezydent Obama chce przywrócić obowiązującą do 2003 roku najwyższą stawkę podatku dochodowego w wysokości 39.6% w miejsce stawki 35%, która została wprowadzona, jak przewidywało prawo, wyłącznie tymczasowo. Czyli, po pierwsze, nie byłaby to niespodzianka, ale krok grubo wcześniej uzgodniony. Po drugie, podniesienie stawki z 35 na 39.6% dla nikogo nie będzie szokiem, i mało prawdopodobne, by ludzie z tego powodu wynieśli się z Ameryki. Natomiast ta wyższa stawka objęłaby na tyle znaczącą grupę podatników, że przyniosłoby to poważny zastrzyk dla budżetu.

Pamiętajmy, że różne są przyczyny dla których różne kraje wpadły w tarapaty i spiralę zadłużenia i różne powinny być drogi wychodzenia z tego kryzysu. Grecja to rozdęty do monstrualnych rozmiarów sektor publiczny – często niepotrzebny, niesprawny, nazbyt szczodrze opłacany, korzystający z przywilejów na które nie stać krajów bogatszych, nie do utrzymania na dłuższą metę. Ale już Hiszpania to coś całkiem innego – to bańka nieruchomościowa wywołana błędami banków prywatnych i iluzjami indywidualnych inwestorów – całkiem podobna do bańki amerykańskiej,

Gigantyczny zastrzyk fiskalny jaki Obama zaaplikował w 2009 roku Ameryce doczekał się ostrej krytyki. Zarzucano mu niską skuteczność, bo stopa bezrobocia pozostała na wysokim poziomie. Tej krytyce rzadko towarzyszy refleksja, co by było, gdyby po ten zabieg nie sięgnięto. Według wspólnej analizy głównego ekonomisty agencji ratingowej Moody’s, Marka Zandi, i prof. Alana Blindera z Uniwersytetu Princeton, zastrzyk podniósł PKB USA o 3.4% w 2010 roku i stworzył 2.7 miliona miejsc pracy. W ocenie Banku Rezerwy Federalnej w San Francisco, zabieg stymulacyjny przysporzył gospodarce 2 miliony miejsc pracy w pierwszym roku i 3.2 miliona do marca 2011.  Niezależne Biuro Budżetu Kongresu szacuje, że do 1 kwartału zastrzyk stworzył od 1.6 do 4.6 miliona miejsc pracy.

Uważam, że zastrzyk przyniósłby większą poprawę, gdyby był bardziej precyzyjnie nacelowany. Gdyby więcej pieniędzy poszło na inwestycje infrastrukturalne: budowę dróg, mostów, elektrowni. Roosevelt uczynił to w latach 1930tych szybko i sprawnie. Obamie szło to i idzie jak po grudzie, za co winę ponosi częściowo jego administracja, a częściowo cały system, który obrósł gigantyczną biurokracją – uruchomienie każdej inwestycji wymaga żmudnych procedur, masy zezwoleń, etc.

Łatwych i oczywistych recept aby pobudzić gospodarki krajów bogatych nie ma, ale warta refleksji jest sytuacja na rynkach kredytowych. Kredyt jest dziś już tak tani, że uzasadnione jest pytanie: czy jego obniżka o dodatkowe 0.5% cokolwiek zmieni w zachowaniu prywatnych inwestorów? Czy rzucą się na nowe przedsięwzięcia bo pożyczka kosztuje 3% a nie 3.5%? I wreszcie, czy tak tani kredyt nie popchnie tych, którzy mogą go dostać w kierunku kolejnej bańki?

Podczas gdy banki niegdyś ochoczo pożyczające każdemu kto oddychał dziś dmuchają na zimne, rządy wielu krajów bogatych – poza południową flanką Europy- mogą pożyczać niemal za darmo. Realne stopy procentowe obligacji rządu USA – czyli stopy nominalne pomniejszone o stopę inflacji – są ujemne. Jeszcze niższe są koszty obligacji rządu Niemiec i Japonii. Skoro tak, powiadają poważni ekonomiści, czy nie warto pomyśleć, aby z tego arcy-taniego kredytu rządy skorzystały, aby pobudzić gospodarkę? Choć oczywiście cena nowego długu jest ważna, to jeszcze ważniejsza od tego, ile on kosztuje jest to, na co zostanie przeznaczony. Pożyczka na 2%, aby zdrowo popić z kumplami jest mniej warta wsparcia niż 6% pożyczka na zakup nowej wiertarki, przy ;pomocy której można dobrze zarobić przy instalacji okien. Podobnie, jeśli celem zaciągania długu jest pobudzenie wzrostu, kryteria oceny powinny być inne niż w przypadku finansowania wydatków konsumpcyjnych.

Pojawia się więc idea, aby zamiast dusić dalej stopy procentowe zalewając rynek tanim pieniądzem, rządy które cieszą się wysoką wiarygodnością – zasłużenie bądź niezasłużenie – i z tego powodu mogą pożyczać tanio, pożyczały więcej, a nie mniej, nie tylko po to, aby stymulować wzrost, ale także aby poprawiać swą przyszła sytuację – na przykład remontując drogi które i tak będą rychło wymagać remontu, czy linie kolejowe, które miały remontować za rok czy dwa. Larry Summers, profesor Harvardu, i były sekretarz skarbu USA, powiada że ta logika powinna przekonać nawet tych, których najbardziej niepokoi piętrzący się dług. Ich większe bowiem obawy o możliwości pożyczania w przyszłości, tym silniejszy jest argument za pożyczaniem dziś, arcy-tanio, na potrzeby jutra.

Politykę stymulowania gospodarki należy oceniać nie tylko przez pryzmat jej doraźnych skutków, ale także jej długofalowych konsekwencji. W latach 2008-2009 rządy się zadłużały, aby ratować system finansowy przed paniką jaką przyniósłby niechybnie masowy upadek wielkich banków. Dziś mamy do czynienia z inną motywacją – walką z zagrożeniem chronicznie wysokim bezrobociem, które nie tylko pociąga za sobą ból i spiralę spadku produkcji wynikającej z niedostatku popytu, ale także, w dłuższej perspektywie, prowadzić może nawet do zaniku kwalifikacji i nawyków pracy, co pozbawi część bezrobotnych szansy na powrót w szeregi pracujących.

Dwa lata temu, na szczycie G-20 w Toronto, Barack Obama w imieniu anemicznej Ameryki apelował, aby nie zdejmować nogi z gazu wydatków zbyt wcześnie. Przestraszona kryzysem euro Europa opowiadała się za pilną redukcją deficytów budżetowych. Dziś obie strony Atlantyku są w kiepskiej kondycji, lecz Ameryka, mimo wszystko, ma się odrobinę lepiej. Wolno bo wolno, ale jednak rośnie.

Gdy jesienią 2008 roku światowy system finansowy stanął na krawędzi przepaści, rządy w wielu krajach zaaplikowały programy stymulacyjne o skali i charakterze poprzednio niespotykanych, pompując miliardy dolarów, zaczęto mówić o triumfalnym powrocie keynesismu.  Jeśli efekty tego zabiegu okazały się często skromniejsze niż oczekiwano to głównie dlatego, że z nielicznymi wyjątkami wysiłki te były bardziej odruchem paniki, niż wynikiem przemyślanego długofalowego planu. Jeffrey Sachs mówił o potrzebie przestawienia naszych makroekonomicznych rozkłady jazdy. Potrzebne są inwestycje, a nie bodźce, zwłaszcza bodźce krótkoterminowe, takie jak czasowe cięcia podatków. „Nie ma sensu debata czy inwestycja 100 milionów dolarów w budowę mostu tworzy więcej miejsc pracy niż 100 milionów dolarów cięć podatkowych, jeśli potrzebujemy mostu”.

Z marszem w kierunku równowagi budżetowej jest trochę tak jak z odchudzaniem – zbyt szybkie i nieprzymyślane może przynieść pacjentowi więcej szkody niż pożytku. Z drugiej strony ta prawda nie powinna stanowić wymówki, aby „odpuścić” sobie dietę, lub odłożyć ją na bliżej nie określoną przyszłość. Zdaniem Paula Krugmana twierdzenie, że „skoro rządy pożyczyły za dużo, więc receptą musi być zaciskanie pasa” to bzdura. Ta historyjka odnosi się co najwyżej do Grecji.  Dlaczego więc Hiszpania, a także Włochy znalazły się w takich tarapatach?  Bo kryzys zaufania przeradza się w samospełniającą się przepowiednię. Daje o sobie znać panika. Inwestorzy boją się, że kraje zbankrutują, więc nie chcą kupować ich obligacji, a jeśli już kupują, to żądają wyższego oprocentowania, co pogarsza kondycję fiskalną państw, które się znalazły na celowniku rynków.

Pomimo wysiłków rządów unijnych, i rosnących z tego powodu napięć społecznych, dług krajów strefy euro wzrósł w pierwszym kwartale 2012 do rekordowego poziomu. Na koniec marca łaczny dług rządowy w 17 krajach strefy euro stanowił 88.2% łącznego PKB, wobec 87.3% na koniec grudnia 2011 (W 2007 roku wskaźnik długu do PKB wynosił 65.8%.). Ten rachunek nie uwzględnia funduszy jakie kraje strefy wzajemnie sobie pożyczały aby złagodzić skutki kryzysu, a których wysokość równa się dodatkowym 1.2% PKB. Dowodzi to jak łatwo wpaść w spiralę kłopotów, I jak trudno się z niej wygrzebać.

Dług Grecji to 132.4% jej PKB. W przypadku Włoch – 123.3%, Portugalii – 111.7%, zaś Irlandii – 108.5% PKB. Mimo zabiegów rządów, Europejskiego Banku Centralnego i agencji międzynarodowych, nie udało się zahamować ani wzrostu długu, ani procesu staczania się w recesję. Skoro tak, powiadają niektórzy, to czas spróbować alternatyw.

Komal Sri-Kumar główny strateg Trust Company of the West, amerykańskiej firmy zarządzającej aktywami wielkości 127 miliardów dolarów, kilka dni temu w londyńskim „Financial Times” rekomendował trzy kierunki ataku.

Po pierwsze, powiada, główna słabość gospodarek Włoch, Hiszpanii i Grecji to nie ogromne deficyty, ale wysokie koszty pracy. Przypomniał, że w latach 2002 i 2003 Niemcy także przekroczyły dopuszczalny pułap długu, ale w ślad za tym poszły refomy rynku pracy, które poprawiły konkurencyjność kraju. Aby zwiększyć elastyczność na rynku pracy jego zdaniem „trojka”, czyli Komisja, EBC i IMF powinny promować wolne negocjacje płacowe, a nie wyznaczać cele monetarne i fiskalne. Irlandia obniżyła płace i jego zdaniem powinna w nagrodę otrzymać obniżenie oprocentowania pożyczek ratunkowych.

Po drugie, zważywszy dramatyczny poziom bezrobocia wśród młodzieży (ponad 50% w Grecji i Hiszpanii), trzeba wyeliminować praktycznie dożywotnie gwarancje pracy, jakie panują w niektórych krajach południowej flanki strefy euro. Ostatnio zabrał się za to włoski premier Mario Monti. W przeciwnym razie ta tykająca beczka dynamitu, nawet jeśli nie eksploduje, może się zamienić w bombę demograficzną, tworząc wielkie rzesze ludzi pozbawionych kwalifikacji i doświadczenia.

Trzecia sugestia dotyczy sięgnięcia przez rządy po metody stosowane w precedurach bankructwa firm prywatnych. Wierzyciel często obniża stopę oprocentowania długu, lub zawiesza spłaty, w zamian za część własności firmy. Obniżka ciężaru obsługi długu pomaga firmie kontynuować działalność i zatrudniać ludzi. Rządy powinny zatem zachęcać do tego rodzaju rozwiązań, aby zwiększać poczucie wspólnoty interesów między wierzycielem i kredytodawcą.

Europa toczy wojnę na dwóch frontach i póki co na obu ponosi głównie porażki. Kryzys zadłużenia który 3 lata temu dopadł Grecję szybko się rozprzestrzenił. Aby go opanować sięgnięto po cięcia wydatków i podwyżki podatków, które póki co owocują głównie recesją. Kolejne zaciskania pasa nie wróży nic dobrego. Stosowanie tych samych zabiegów w nadziei, że tym razem przyniosą cudowne efekty zakrawa na szaleństwo. Pora zatem odrzucić dogmaty i kierować się pragmatyzmem. Nawet jeśli wymaga to ideologicznych kompromisów. I nie tracić z pola widzenia prostej prawdy, że każdy przypadek jest inny, więc na uniwersalne kuracje, niezależnie od ich elegancji, nie ma co liczyć.

Andrzej Lubowski

Poszerzona wersja tekstu, który  30 lipca publikowała “Gazeta Wyborcza”

Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. Baczyński 2012-07-31
  2. hazelhard 2012-07-31
  3. wojtek2005 2012-07-31
  4. wojtek2005 2012-07-31
  5. Warszawiak 2012-08-02
  6. niezależny ekspert 2012-08-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com