Cezary Bryka: Niepoważni

Lech Pawłowski, student

2012-08-02. Wracali do Polski – dwudziestoletni weterani wojenni, dźwigający garby doświadczeń z Powstania Warszawskiego, z niemieckich obozów, z Armii Andersa. Wracali do domów, których nie było. Wielu z nich przed wybuchem Powstania nie zdążyło zrobić matury, a od wczesnej młodości ich zainteresowania ograniczały się do walki. Wracali na ziemię, która wprawdzie była ich ziemią, ale wcale nie musiała okazać się gościnna. No i coś musieli robić, jakoś żyć – po wszystkim co przeszli, zaczynać od zera.

Wspominając przed rocznicą Powstania bliskich mi powstańców, wymieniłem przyjaciela moich rodziców, Lecha Pawłowskiego. Lech znalazł się w takiej właśnie sytuacji: bez matury, bez zawodu, z ukształtowaną przez wojnę osobowością. Miał szczęście, że po powrocie ominęły go typowe dla tego okresu kłopoty, a dlaczego – na własnym przykładzie wyjaśnił jego najbliższy przyjaciel, Maciej Robakiewicz w rozmowie dla Archiwum Historii Mówionej:

M. Robakiewicz, L. Pawłowski

„Czy był pan w jakiś sposób po powrocie represjonowany? – Nie. Wtedy była propaganda, żeby zachęcać do powrotu. Ojciec mnie zaprowadził do profesora ginekologa, żeby mi poradził, co robić: czy do liceum, czy… Powiedział, żebym się zapisał na rok wstępny studiów na Uniwersytet Łódzki, bo to było w Łodzi. Jeżeli zdam na bardzo dobre i dobre, skończę po roku ten kurs (…) i rzeczywiście tak się stało. Miałem prawie skończoną pierwszą klasę licealną, więc dla mnie ta nauka to był pikuś”. Potem poszedł na medycynę, ginekologię. Na tym samym kursie zrobił maturę Lech, który następnie został lekarzem-anatomopatologiem.



Po przeczytaniu tekstu w którym wymieniłem Lecha, zadzwoniła do mnie jego córka Kaśka (dzięki przyjaźni naszych rodziców wychowywaliśmy się niemal jak rodzeństwo). Przypomniałem sobie, że dawno miałem spytać:

– Dlaczego wybrał akurat anatomopatologię? Chyba trupów się dość napatrzył w młodości?
– Bo mdlał na widok krwi.

Zarżałem z radosnego zdumienia: Lech, wielkiej urody macho, prawie dwa metry wzrostu, wulkan żywotności – mdlał?

– To jak sobie radził podczas powstania? Tam krwi było raczej dużo.

Kukułka, 1944

– A nie wiem. Nie był sanitariuszem. A jak jego kumpel Kukułka został ranny i cały był zalany krwią, to sie okazało że to nie rana i nie krew, tylko malinowy sok z rozwalonych butelek w pobliskim kiosku. Walnęło w kiosk, kiosk walnął w Kukułkę, a że było lepkie i czerwone, to Kukułka był pewien, że już nie żyje

– A przeżył powstanie?
– Jasne. W dodatku nigdy nie był ranny i klął, bo nie mógł się dzieciom pochwalić raną walecznych. Zazdrościł ojcu blizny na nodze i płakał, że żadnego autorytetu u córek nie ma. Przez tę ranę, co jej nie miał.

Pomyślałem, że ta anegdota byłaby świetnym uzupełnieniem minorowej tonacji powstańczych wspomnień i wtedy, jak na zamówienie, Kaśka dodała: „Oni opowiadali sobie takie historyjki w czasie corocznych spotkań. Tam nie było żadnej martyrologii. Nabijali się z siebie nieprzyzwoicie. Samo śmieszne. Dla mnie Powstanie to był jeden wielki rechot”.

Znając Lecha i ludzi jakimi sie otaczał, ani przez chwilę nie podejrzewałem że ich coroczne rocznicowe spotkania mogły być przepełnione powagą i cierpieniem, jednak takich szczegółów jak los nieszczęsnego Kukułki nie znałem, poprosiłem więc Kaśkę, żeby spisała mi, co pamięta.

Katarzyna Pawłowska-Horna:

„Na spotkania kombatanckie jeździłam od wczesnego dzieciństwa. Miałam może 6-7 lat, bo pamiętam zabawy z kotami pod stołem u Wodzowej (Nie Szefowej, jak błędnie napisałeś), wdowy po dowódcy. Jako uczennica pewnie bym już pod stół nie właziła, bo to inny status społeczny i nie wypada. Mama puszczała mnie z ojcem na te eskapady bo wierzyła, że mając dziecko pod opieką ojciec nie schleje się na amen i nie zapodzieje na dłużej wśród wspomnień i kumpli. I miała rację. Zawsze wracaliśmy ostatnim pociągiem do Łodzi odprowadzani na dworzec przez towarzyszy walk, oczywiście z pieśnią powstańczą na ustach. Śpiewałam razem z nimi. Wyobrażasz sobie? Grupa kilkunastu uwalonych facetów podtrzymywanych przez drobne kobietki + dziecko i »Marsz Mokotowa« na dworcu Warszawa Śródmieście. Ludzie się uśmiechali, a kiedyś dostałam czekoladę od jakiejś obcej podróżnej. Pamięć Powstania była jeszcze świeża.

Spotkanie zaczynało się mszą w Kościele św. Krzyża, w którym walczyli w powstaniu. Po mszy następowały powitania, całuski, »jak ty urosłaś!«, »jaka śliczna dziewczynka!« itp. Nie znosiłam tego punktu programu, ale traktowałam jako koszt dalszych atrakcji. Potem była podróż na cmentarz, czasem na Powązki a czasem na Bródno, gdzie chyba jest pochowany dowódca – Stefan Berent »Steb«. Ale tego nie jestem pewna. Ze Stebem była jakaś dziwna historia. Chyba nie wyszedł z Warszawy, a na pewno nie był w obozie. Po wojnie był aresztowany i wypuścili go strasznie chorego (albo skatowanego). Tak czy siak dość szybko zmarł, ale nie pozwolili go pochować na Powązkach.

Na cmentarzu zawsze było zimno. Nigdy nie nosiłam czapek, a na cmentarzu zawsze jakaś »ciotka«, czapkę mi na łeb wciskała. To była jawna niesprawiedliwość, bo panowie czapki zdejmowali, a ja musiałam w czapce. Na cmentarzu było nudno, ale potem jechaliśmy do Wodzowej na obiad: zawsze czerwony barszcz i tony schabowych z kapustą. Pycha. Obiad musiał być pożywny, żeby panowie mieli solidny podkład pod późniejsze dyskusje. Wanda Stawska »Pączek« zajmowała się funduszami ze zbiórek na mszę, kwiaty na groby, na pomoc któremuś z nich. Była strasznie ambitna, wszystkie wydatki miała dokładnie spisane, ale nikt jej nie słuchał. Kazali mówić ile mają płacić i dość. W ogóle Pączek i Baśka-Bomba rządziły w tym towarzystwie. »Bomby« to przydomki minerek.

Pączek – malutka (góra 150 cm wzrostu), filigranowa, w Powstaniu rwała się do walki. Strasznie nią pomiatali bo była najmłodsza, nabijali się ile wlezie. Nie dali jej nawet broni, a jak się upomniała, to kazali jej zdobyć. »Zdobyć« znaczyło zabić Niemca i zabrać mu broń. A czym miała zabić? Piąstkami? Na szczęście w czasie akcji na jej oczach zabito Niemca, leżał na środku ulicy, a przy nim wielki, wspaniały, upragniony karabin. Pączek pod ostrzałem przeczołgała się do trupa i karabin zgarnęła. A kiedy wróciła, mój ojciec natychmiast jej ten karabin zabrał, przerzucił ją przez kolano i tłukł w dupę aż huczało. Karabin zabrał, bo za mała na taką zabawkę, a wtłukł, bo się głupio narażała. Do dziś Pączek jest wściekła na ojca. Nie za to, że jej wtłukł, ale za ten karabin. Dopiero następnego dnia zdobyła jakiś pistolet i chowała w spodnie, żeby jej znów nie zabrali.

W czasie walk w kościele św. Krzyża schroniła się za filarem. Z pistoletem wycelowanym w ewentualnego wroga, przytulona do tego filara, okrążała go tyłem. Nagle z kimś się dupą zderzyła, odwróciła się i stanęła oko w oko z Niemcem. Jak w filmie: dupa w dupę, oko w oko, pistolet w pistolet. I oboje, jak w filmach, rozbiegli się każde za inny filar i stamtąd do siebie strzelali. Bezskutecznie zresztą. Pączek do dziś pamięta zdumioną twarz tego Niemca. Sama musiała mieć równie głupią minę.

W latach 50-tych oni się jeszcze szukali, co roku odnajdywał się kolejny kumpel, co to myśleli że zginął albo nic o nim nie wiedzieli.  Cudne były te komunikaty:

– Odnalazłam Kryśkę-Bombę, pamiętacie ją?
– Taka ruda?
– Nie, to Ula była ruda, ale ona nie była Bomba. Zginęła na Twardej. Krysia, taka śliczna dziewczyna, wysoka, czarna…
– Aaaa… ta, co miała straszne kurzajki i Lech je leczył kukułczym zielem? To ziele rosło na podwórku pod 14-tym
– No, ta sama. Mieszka w Sopocie…

Rozumiesz, Powstanie, piękna dziewczyna, adrenalina, śmierć, głód, strach i w ogóle, a oni te kurzajki zapamiętali! I numer kamienicy z kukułczym zielem.

Przyszła wiadomość, że »Jerzy« przeżył i jest w Kanadzie. Pączek ogłosiła triumfalnie, że się znalazł. Wszyscy się ucieszyli, tylko »Kruczek« (fizyk, potem jakiś bardzo wielki profesor, pisał podręczniki z fizyki) przekonywał, ze to pomyłka, Jerzy zginął na Chmielnej, on to widział i wie. Przez kilka lat przekonywał, ze Jerzy zginął na tej Chmielnej. A kiedy Jerzy po latach pojawił się na mszy, Kruczek powitał go radosnym wrzaskiem przez cały kościół: »Stary! Co tu robisz?! Przecież zginąłeś na Chmielnej!!« Kościół pełen ludzi, a ci się drą, ściskają, siorbią nosami i przekonują wzajemnie, że żyją. Kruczek chyba nie był do końca przekonany.

Te msze były bardzo ważne: to był »ich« kościół, bo w nim walczyli. Dla mnie, dla dzieciaka, to było nie do pomyślenia. Strzelać w kościele!! Jak można!! Dopiero jak ojciec pokazał mi ślad po kuli na ścianie, a Pączek pokazała filar, przy którym z tym Niemcem się dupskami tryknęli, to uwierzyłam. I byłam wściekła na Niemców, że zmusili ojca i jego przyjaciół, żeby strzelali w kościele. Grzech!

Najpierw spotykali się w kaplicy po lewej stronie i tam była msza specjalnie dla nich w intencji kolegów, którzy zginęli. W latach 70-tych ufundowali tablicę z ich nazwiskami i pseudonimami. Mijały lata i przyjeżdżało coraz mniej ludzi: chorowali, umierali. Teraz msze są przed głównym ołtarzem i przychodzi już tylko garstka. Ale przychodzą też dwa następne pokolenia. Ja staram się każdego 1 sierpnia być na cmentarzu, teraz już od kilku lat na naszej wsi. Z Olkiem, wnukiem, zapalamy pod krzyżem w Brąszewicach znicz i co roku opowiadam Olkowi o pradziadku-powstańcu Lechu, przytaczam anegdoty i staram się przypominać sobie nowe, żeby dzieciaka nie zanudzać. I na zakończenie Olek niezmiennie prosi: »Babciu,  a teraz opowiedz mi o Kukułce w soku malinowym«

Dla mnie Powstanie to pamięć wesołych spotkań z oddziałem ojca. Dla Olka Powstanie to znicz pod krzyżem i Kukułka w soku malinowym. I dobrze. Tak powinno być. O to przecież walczyli”.

Tyle Kaśka.

A oto końcowy fragment wypowiedzi Maćka Robakiewicza dla Archiwum Akt Mówionych: 

„Później nas przenieśli (z Modeny – C.B) do Anglii. Zorientowałem się, że tu nie ma Warszawy, nie ma Tatr, nie ma Pienin, nie ma Dunajca, są obcy ludzie, a tam jest rodzina, którą bardzo kochałem, więc zgłosiłem się na powrót do Polski”.

I tak wracali, z tymi swoimi garbami, ryzykując lata więzienia za lata walki. Dziś, 1 sierpnia 2012 roku, w godzinie „W” po raz kolejny zostali uczczeni buczeniem i wrogimi okrzykami.

Cezary Bryka

Nienalezna.pl

Print Friendly, PDF & Email

56 komentarzy

  1. Marian . 2012-08-02
    • jotbe_x 2012-08-03
  2. wejszyc 2012-08-02
  3. Gustaw Chlubek 2012-08-02
  4. wejszyc 2012-08-02
    • Cezary Bryka 2012-08-03
      • wejszyc 2012-08-03
  5. wejszyc 2012-08-02
  6. Katarzyna Pwałowska-Horna 2012-08-02
    • wejszyc 2012-08-03
  7. andrzej Pokonos 2012-08-02
    • wejszyc 2012-08-03
      • andrzej Pokonos 2012-08-04
        • Aleksy 2012-08-04
        • andrzej Pokonos 2012-08-05
        • Aleksy 2012-08-05
  8. Gustaw Chlubek 2012-08-02
  9. wejszyc 2012-08-03
    • Cezary Bryka 2012-08-03
      • wejszyc 2012-08-03
        • Katarzyna Pwałowska-Horna 2012-08-03
        • wejszyc 2012-08-04
        • Baczyński 2012-08-04
        • Cezary Bryka 2012-08-05
        • Cezary Bryka 2012-08-05
  10. Aleksy 2012-08-03
  11. Cezary Bryka 2012-08-04
  12. wejszyc 2012-08-04
    • Cezary Bryka 2012-08-04
      • wejszyc 2012-08-05
        • Cezary Bryka 2012-08-06
    • Aleksy 2012-08-05
    • Baczyński 2012-08-05
      • Aleksy 2012-08-05
      • wejszyc 2012-08-05
        • Cezary Bryka 2012-08-06
        • Aleksy 2012-08-06
  13. Cezary Bryka 2012-08-04
    • wejszyc 2012-08-05
      • Cezary Bryka 2012-08-05
      • Aleksy 2012-08-06
        • wejszyc 2012-08-06
  14. pawel 2012-08-04
    • Gustaw Chlubek 2012-08-05
  15. pawel 2012-08-05
    • Aleksy 2012-08-05
  16. Gustaw Chlubek 2012-08-05
    • wejszyc 2012-08-05
      • Aleksy 2012-08-06
  17. pawel 2012-08-06
    • Aleksy 2012-08-07
  18. wejszyc 2012-08-06
    • wejszyc 2012-08-06
  19. Cezary Bryka 2012-08-06
  20. wejszyc 2012-08-07
  21. Cezary Bryka 2012-08-07
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com