Cezary Bryka: Nauczyciel

2012-08-07. Zmarł Erwin Axer… Nie czuję się uprawniony do pisania o Dyrektorze jako o wielkim reżyserze i pedagogu, z pewnością wielokrotnie zrobią to mądrzejsi ode mnie. Ja chciałbym tylko opowiedzieć o człowieku, który – spotkany we wczesnej młodości – wpłynął na całe moje życie i któremu jestem winien wielką wdzięczność. Kiedy mam ją okazać, jeśli nie dziś?

Jako niespełna dwudziestoletni szczeniak, zakładając że jedną z moich dróg życiowych może być reżyseria, wkręciłem się na asystenturę do Teatru Współczesnego. Pracowałem za darmo, więc fakt że jestem jedynym asystentem „z publiczności’ wśród studentów reżyserii z Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej nikomu nie przeszkadzał. Prochu raczej nie wymyślę, ale jestem dość rzetelny w pracy, więc dość szybko awansowałem na przybocznego „przynieś-podaj” Dyrektora. To przechwałka. Jest się czym chwalić.

Spędziłem w tym teatrze dwa lata i kochałem to miejsce, jak żadnego innego potem. To sprawa niezwykłej atmosfery, którą stworzył i o którą dbał dyr. Axer osobiście. Nie było mowy o podnoszeniu głosu, choć to dość powszechny zwyczaj podczas prób teatralnych, telewizyjnych i na planach filmowych. Nikomu nie przychodziło do głowy rzucanie mięsem. Oczywiście zdarzały się konflikty i to bolesne, ale zamiast wrzaskiem albo inwektywami – wyrażane były głównie morderczą ironią. Mistrzem w tej dziedzinie był prof. Aleksander Bardini i wielu próbowało naśladować ten niedościgniony wzór. Może to i snobizm, ale szlachetny.

Dyr. Axerowi najbardziej zależało, żeby mieć zespół złożony z ludzi teatru. Potrafił zrezygnować z dobrego aktora czy reżysera jeśli uznawał, że ten nie potrafi zarazić się atmosferą współpracy. Sam widziałem, jak z teatru – a potem i ze swojej grupy studenckiej – wywalił asystenta za to, że ten z pogardą wypowiedział się o pracy maszynistów (fizycznych pracowników obsługi sceny). Nie interesowali go ludzie nie rozumiejący na czym polega teatr.

Bo robienie teatru, to praca zespołowa – tłumaczył. Nie ma nieważnych elementów, nie ma pracy z obojętnością, w oczekiwaniu na fajrant. Oczywiście nie da się udawać że wszystkie elementy są równie ważne, ale największemu aktorowi może popsuć efekt pracy niechlujny garderobiany (i odwrotnie). Więc nie ma lepszych i gorszych: hierarchia wyraża się w rodzaju uprawianego zawodu, ale powód do szacunku jest ten sam.

To było najważniejsze, czego nauczyłem się od Dyrektora i za co błogosławiłem go aż do o emerytury. W zespole tak zróżnicowanym jak ekipa telewizyjna udawało mi się unikać typowych konfliktów między grupami zawodowymi, a dzięki temu praca zespołowa należy do najpiękniejszych doświadczeń mojego życia.

Dyrektor pracował w ogromnym skupieniu, w zasadzie nie wydając poleceń tylko starając się przekazywać intencje, a w ten sposób z wykonawców robił współtwórców. Przez to skupienie stworzył nawet opinię, jakoby był pozbawiony poczucia humoru – i rzeczywiście był, w trakcie prób. Typowo aktorskie rozładowywanie napięcia przez żarciki nie wchodziło w rachubę. Od żarcików był bufet. Oj, był, był! Zresztą dyr. Axer sam nie należał do opowiadających żarty, a o rodzaju jego poczucia humoru niech zaświadczy jedna z dyżurnych teatralnych anegdot: postanowił zwolnić od nowego sezonu aktora Mariana Friedmanna, dla którego nie widział nowych ról. Marian, człowiek bystry i słynny z ciętych ripost, wiedział że może się spodziewać zwolnienia. Dyrektor zaprosił go do gabinetu na rozmowę.

– Panie Marianie, niestety będziemy musieli się rozstać – zaczął.
– A co, pan dyrektor odchodzi? – spytał Marian.

I za to został w teatrze do końca życia.

Poznałem pewną tajemnicę Dyrektora i skorzystałem na niej. Udawał mianowicie, że nie przejmuje się premierami, nigdy nie zaglądał na widownię ani za kulisy, siedział sobie w gabinecie i czekał na koniec spektaklu, po którym wyłaniał się i dziękował zespołowi. A prawda była taka, że denerwował się za bardzo, żeby się pokazywać publicznie. Zapraszał do gabinetu odpowiednio dobraną ofiarę i dzięki znęcaniu się nad wybrańcem odwracał własną uwagę od tego co się dzieje na scenie i jak reaguje publiczność. Przez cały okres pracy w Teatrze Współczesnym miałem przyjemność być taką ofiarą. Słowa „przyjemność” użyłem bez ironii. Po pierwsze – wiedziałem że to wyróżnienie. Po drugie, znęcanie się polegało na egzaminowaniu mnie z różnych bliskich teatrowi dziedzin i bezlitosnym wykazywaniu mojej ignorancji, a dzięki temu zabrałem się do uzupełniania wiedzy (zresztą i tak zawsze udawało mu się mnie dopaść). Ale czego się nauczyłem to moje, a w połączeniu z pilnym słuchaniem co mówi kat – zyskałem całkiem niezłą porcję wiedzy o teatrze, o ludziach i o stosunku do pracy.

Ale prawdziwa korzyść, jaką odniosłem z tych rozmów, była niespodziewana: to właśnie Dyrektor powiedział mi, że nigdy nie będę reżyserem. I nie chodziło mu o brak zdolności, tylko o brak określonych cech charakteru – z naturalnym autorytetem na czele. Miał rację. Patrzę teraz wstecz i widzę, że bez tej analizy spędziłbym życie jako sfrustrowany reżyser średniej klasy, pętający się po podrzędnych teatrach. A spędziłem je jako pełen entuzjazmu realizator telewizyjny. Zresztą właśnie Dyrektor posłał mnie do telewizji, której sam nie cierpiał (wyreżyserował jeden spektakl Teatru TV: „Ifigenię w Taurydzie” i oświadczył że nigdy więcej – nie jego obyczaje, nie jego tempo). Powiedział:

– Zatrzymałbym cię tutaj, ale nie będziesz mi się starzał jako asystent. Idź do telewizji, to praca dla młodych.       

Spotkałem w życiu dwóch ludzi, do których czułem coś w rodzaju ślepego uwielbienia: to dyr. Erwin Axer i prof. Aleksander Bardini. Kiedy z nimi pracowałem, w miejsce zwykłej zadziorności pojawiała się chęć spełniania życzeń zanim zostaną wypowiedziane. A nauka odrobiny pokory przyda się każdemu, nawet jeśli nigdy nie skorzysta.

Dotąd śmieszył mnie zwyczaj zwracania się do zmarłych w drugiej osobie, jednak dziś kusi mnie żeby powiedzieć Dyrektorowi:

– Panie Dyrektorze (synu, wystarczy jeśli powiesz do mnie „panie dyrektorze” sześć razy dziennie, powyżej limitu możesz mówić „proszę pana”), dziękuję! Dziękuję, że poświęcał Pan uwagę takiemu szczeniakowi jakim byłem, że dał mi Pan rady z których korzystałem przez całe życie i że pokazał mi Pan na czym polega prawdziwa współpraca. W moim sercu ma Pan pomnik, a pamięć o Panu zamierzam okazywać, używając od dziś na stałe pańskiego sformułowania „za plecyma”. Bo to było jedyne, z czego ośmielałem sie kpić. Za plecyma, oczywiście. 

Cezary Bryka

Nienalezna.pl

Myślę, że Dyrektorowi spodobałoby się, gdyby zobaczył w jakiej rubryce znalazła się wiadomość o jego odejściu.

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com