Bogdan Miś: Komputer na studiach

superkomputer2015-02-01.

[dropcap]K[/dropcap]iedy zaczynałem pisanie tego tekstu – jego temat wydał mi się wdzięczny i łatwy. Oraz dobrze znany: w końcu, na kilku wyższych uczelniach sam elementów tej informatyki uczyłem przez ładnych parę lat…

W miarę zastanawiania się nad sprawą mój entuzjazm malał. Po pierwsze – zdałem sobie sprawę z upływu lat. Pierwszy raz miałem zajęcia z tego przedmiotu  ze studentami przed przeszło dwudziestu laty.  Nikt z moich ówczesnych słuchaczy nie miał jeszcze komputera na własność. Żaden z nich nie uczył się obsługi tej maszyny w szkole średniej, nie mówiąc już o podstawowej. Uczenie było łatwe, uczyło się od absolutnych podstaw.

Celowo użyłem zwrotu o obsłudze tej maszyny, zamiast słowa informatyka – bo przecież jedno z drugim ma mało wspólnego, co – jak sądzę jest dziś zupełnie zrozumiałe i oczywiste.

Ale powróćmy do tematu. Dwa lata temu powierzono mi znowu prowadzenie zajęć z czegoś w rodzaju informatyki w pewnej szkole wyższej; powiadam czegoś w rodzaju, bo explicite słowa tego nie użyto, nazywając przedmiot zastosowaniem komputerów w zawodzie… mniejsza z tym, jakim. Znamienne było też, że zleceniodawca zostawił mi zupełną swobodę w konstrukcji programu, doborze lektur i tematyki ćwiczeń; i tak dalej.

W każdym razie gdy wszedłem na salę – zobaczyłem słuchaczy z tabletami czy notebookami przed sobą i nie miałem wątpliwości, że dla nich ten sprzęt nie jest żadną nowością i nie przeraża ich swą egzotyką. Wkrótce przekonałem się do jakiego stopnia: korzystanie z tych cudów techniki polegało głównie na korespondowaniu na Facebooku, wysyłaniu tweetów i udziale w jakiejś grze on-line. W toku zajęć, rzecz jasna. Temat interesował ich w daleko mniejszym stopniu; prawdę mówiąc, mogłem liczyć na uwagę tylko siedzących w dwóch pierwszych rzędach, bo im nie wypadało poświęcać się czystej rozrywce zbyt jawnie…

Czy oznacza to, że współcześni studenci wynieśli obycie z komputerem już ze szkoły średniej, czy nawet podstawowej?

Teoretycznie – tak, bo to jest w programie. Moi słuchacze powinni biegle posługiwać się Wordem, umieć zrobić prezentację w PowerPoincie , przeliczyć jakieś statystyki w Excelu… Nie mówiąc już o obsłudze poczty elektronicznej czy mediów społecznościowych.

Fotografia rzeczywistości

A jak jest w rzeczywistości? Otóż właściwie przychodzący na pierwsze zajęcia student faktycznie daje sobie tylko z tym ostatnim. Dość biegle używa Facebooka czy Tweetera, ale pocztę elektroniczną potrafi wykorzystać już tylko na poziomie elementarnym; o dokonaniu jakichś filtrowań czy automatyzacji procesu odpowiadania nie ma pojęcia.

Jeśli idzie o pakiet Office, uważany za podstawę umiejętności współczesnego urzędnika, jest jeszcze gorzej. Word na przykład używany jest w zasadzie jako troszkę bardziej inteligentna maszyna do pisania, przy czym niejednokrotnie nawet spostrzeżenie, że przejście do nowego wiersza nie wymaga naciśnięcia klawisza ENTER  jest dla studenta odkryciem. Formatowanie tekstu przy użyciu stylów to czarna magia, sporządzanie bibliografii, skorowidza czy listy rysunków , korespondencja seryjna – jak wyżej. Słowo makro jest nieznane tym młodym ludziom niemal zupełnie.

Z pozostałymi programami pakietu jest oczywiście jeszcze gorzej. Owszem, prezentację potrafią od biedy zrobić, ale zazwyczaj jest ona po prostu paskudna, nielogiczna i mało funkcjonalna; a, między nami mówiąc, PowerPointa średnio zdolny szympans opanuje w godzinę. Ale Excel to już w ogóle terra incognita.

Teoretycznie – jest to w podstawie programowej szkół niższego szczebla – moi studenci powinni bez problemu zdokumentować wskazane im zagadnienie korzystając z różnych narzędzi. W praktyce sprowadza się to w ich wypadku do skorzystania z Google’a i Wikipedii – przy czym o umiejętności użycia zaawansowanych narzędzi wyszukiwarki, czy nawet o sięgnięciu po rezultaty z drugiej strony wyników wyszukiwania oczywiście nie ma co marzyć, Wikipedia zaś uznawana jest za źródło całkowicie pewne i wiarygodne, a wymaganie sprawdzenia uzyskanej informacji jeszcze w innym źródle – jest dla studenta niepojętą pedanterią prowadzącego zajęcia.

Nic przeto w sumie dziwnego, że – o ile wiem – z korzystaniem z narzędzi informatycznych w szkole wyższej jest podobnie, jak z matematyką. Jak się chce coś zrobić, należy właściwie założyć u studenta zerowy poziom wiedzy i umiejętności i na początku zajęć zorganizować  coś w rodzaju repetytorium, czy kursu wstępnego. A potem kończy się semestr, zajęcia zazwyczaj dłużej nie trwają, no i problem przestaje istnieć. Studentów nie boli, prowadzący wziął swoje śmieszne honorarium, listy z zaliczeniami w dziekanacie – i wszyscy są zadowoleni.

Nie wszędzie tak samo

Taki jest z grubsza stan obecny. Oczywiście, nie wszędzie. Na uczelniach technicznych coraz częściej wymagane jest korzystanie z profesjonalnych pakietów do automatyzacji projektowania, rysunek techniczny też – o ile wiem – na ogół nie polega już na kreśleniu brudnymi paluchami kół zębatych na rysownicy.

Tu jednak w wielu miejscach pojawia się trudność natury finansowej – komercyjne pakiety programów do wykonywania tych zadań nie są tanie, nawet ze zniżkami edukacyjnymi. Nie wszystkie uczelnie na to stać.

Poza tym pojawiają się stale nowe wersje oprogramowania, z nowymi możliwościami – i muszą się tego wciąż uczyć na nowo już nie tylko studenci, ale prowadzący zajęcia. Zdaniem moich znajomych fachowców, dobre opanowanie nowego narzędzia może oznaczać konieczność nawet do trzech lat pracy nad sobą.  A nauczający często biegną z jednej uczelni do drugiej, bo przecież trzeba jakoś żyć, a honoraria za dydaktykę są, jak to już mówiłem, humorystyczne.

No, ale dość może narzekania. Podsumowując: w każdej szkole jest zatem w zasadzie inaczej. I dobrze zresztą: wyższe uczelnie powinny się różnić. Tyle, że powinny się różnić – jak sądzę – co do szczegółów, a nie co do zasad.

Jakież powinny być te zasady?

Pierwsza jest wedle mnie taka, że nie należy w żadnych okolicznościach zastępować szkoły średniej czy nawet podstawowej. Absolwent liceum powinien biegle umieć się posługiwać pakietem Office i znać podstawy programowania – no to powinien. Nie umie sobie z tym dać rady, to powinno się skreślić go z listy studentów. Oczywiście, abstrahuję tu od faktu, że finansowanie uczelni zależy w dużej mierze od liczby studentów, w związku z czym student staje się rodzajem świętej krowy, uczelnia zaś staje na głowie, by go zatrzymać.

Z tym trzeba skończyć w pierwszej kolejności i zakładam, że jest to system tak jawnie idiotyczny dla każdego, że nie muszę tego rozwijać. Pora tylko chyba wreszcie powiedzieć, że nic się takiego nie stanie, gdy skreśli się z listy studentów 50% zapisanych na dany rok, byle przeznaczone na ich edukację pieniądze pozostały w uczelni. Nic się nie stanie, jeśli z setki przyjętych – do magisterium dojdzie w terminie sztuk dwadzieścia.

Nie wszyscy muszą mieć wyższe wykształcenie; osobiście uważam, że mających je ludzi nie musi być w społeczeństwie więcej niż 5-10%; słowem, sądzę, że wyższe wykształcenie na poziomie licencjackim (jeśli rzeczywiście nadal ten podział należy stosować, w co wątpię)  powinno być elitarne, na poziomie magisterskim – skrajnie elitarne. Nie ma potrzeby, by urzędniczka z gminy czy kasjerka w Tesco miała licencjat; nawet będzie lepiej, gdy nie będzie go miała, bo uniknie wtedy frustracji z powodu wygórowanych aspiracji.

Nie są to jednak uwagi specyficzne dla nauczania informatyki, więc je pominę. Powróćmy do tematu informatyka w szkole wyższej.

Napiszę teraz coś, co będzie jeszcze bardziej kontrowersyjne i niepopularne.

Otóż sądzę, że po pierwsze informatykę należy koniecznie rozpatrywać łącznie z jeszcze jedną zgrozą, czyli matematyką; po drugie zaś, że w wielu uczelniach i na wielu kierunkach uczenie jej jako odrębnego przedmiotu „ogólnego” jest bez sensu. Dużo większy sens widzę w prowadzeniu zajęć z matematyki, specjalnie zaś statystyki matematycznej, nie mówiąc już o logice formalnej. Informatyka powinna być zaś nauczana jako narzędzie do wykorzystania w innych dyscyplinach; nauczana – wyraźnie mówiąc – w ramach programu kursowego tych przedmiotów.

Nie tylko informatycy

 

Z całą pewnością nie można – jeśli już się  jednak na oddzielne zajęcia zdecydujemy – oddawać informatyki w wyłączne władanie informatykom. Kilka razy osobiście zetknąłem się z podejściem „a to pan z pewnością najlepiej wie, co powinno być w programie”. Kończy się to albo nauczaniem bardziej zaawansowanych funkcji pakietu Office, albo nauką jakichś – też dowolnie wybranych – rudymentów programowania, które też się absolwentom później do niczego nie przyda, albo wreszcie ćwiczeniem zaawansowanej składni wyszukiwania w Google.

Ustalanie programu nauczania informatyki na dowolnym kierunku studiów powinno się – moim zdaniem – odbywać odgórnie, we współdziałaniu wykładowców przedmiotów podstawowych z informatykami. I nie jest to sprawa prosta, ponieważ sama kadra nauczająca tych przedmiotów kierunkowych ma jeszcze na ogół bardzo blade pojęcie o informatyce, a już niemal żadne, jeśli chodzi o znajomość najnowszych wersji przydatnego w danej specjalizacji zestawu narzędzi.

Pierwszą więc rzeczą powinno być zorganizowanie wspólnych seminariów wykładowców przedmiotów kierunkowych z informatykami, na którym to seminarium owi wykładowcy przedstawili by swoją problematykę i używane w niej metody badawcze czy obliczeniowe i odpowiedzieli szczegółowo na wszelkie pytania uczestniczących w takim seminarium info9rmatyków. Ci ostatni zaś powinni dobrać odpowiednie narzędzia i dostosować je, jeśli będzie taka konieczność, do potrzeb.

Niektóre problemy da się tu rozwiązać stosunkowo łatwo, może nawet bez wielogodzinnych dyskusji. Wydaje się na przykład nie ulegać wątpliwości, że na uczelniach typu technicznego powinno się nauczać używania oprogramowania do tworzenia konstrukcji czy rysunków technicznych, typu jakiegoś CAD; w tym typie uczelni powinna również moim zdaniem obowiązywać biegła znajomość pakietu Mathematica Wolframa, a już jako absolutne minimum – umiejętność korzystania z witryny Wolfram Alpha. Chemicy czy fizycy też mają swoje specjalistyczne programy, które winny być znane odpowiednim ekspertom. Przypomnijmy: to nie są licencje darmowe!

Nie ulega też wątpliwości, że studenci nauk ekonomicznych i nieszczęsnego zarządzania – ale także nauk społecznych czy socjologii –  powinni bardzo biegle posługiwać się najbardziej zaawansowanym możliwościami programu Excel, ale także i pakietu Statistica. Zapewne dotyczy to także w dużej mierze medycyny i nauk przyrodniczych.

Na wszystkich kierunkach, także humanistycznych, powinno się – jak sądzę – uczyć elementów teorii baz danych i umiejętności tworzenia i administrowania bazami danych tworzonych przez program Access z pakietu MS Office. Tu też niezbędne będzie ćwiczenie umiejętności pozyskiwania informacji z Internetu i jej uwierzytelniania – tak, by jednorazowe zajrzenie do Wikipedii nie zastępowało dokumentacji opracowywanego tematu badawczego.

Nauczyć się wspólnie pracować

Na wszystkich kierunkach studiów również studenci – ale i wykładowcy! – powinni mieć biegle opanowany jakiś system zdalnego nauczania i wspólnej zdalnej pracy z możliwością jej daleko idącego zindywidualizowania; przydatne może tu być nawet założenie prostej grupy dyskusyjnej Google, ale oczywiście dostępne są również daleko bardziej zaawansowane narzędzia, jak np. system Moodle. Wymaga to oczywiście zrozumienia, że rola wykładowcy nie kończy się z momentem zamknięcia sali wykładowej, ale wymaga przesiedzenia paru zapewne godzin dziennie przed komputerem w kontakcie ze studentami: dyskutowania, oceniania prac, odpowiadania na pytania. Co z kolei wymaga zupełnie innego finansowania wykładowców.

Jakiekolwiek rozwiązanie tu się przyjmie – nie ulega dla mnie wątpliwości, że naukę tak czy inaczej zorganizowanego przedmiotu typu informatycznego powinno się zacząć od porządnego (i w żadnym wypadku: testowego!)  sprawdzenia wiedzy i umiejętności, które słuchacze powinni już wynieść ze szkoły średniej. Nie ulega dla mnie też wątpliwości, że wiele osób nie da sobie z tym rady; należy im dać –powiedzmy – miesiąc czasu na uzupełnienie braków, i w wypadku ponownego braku sukcesów skreślić po prostu z listy studentów.

Podstawą jednak w procesie wprowadzania sensownej wiedzy o narzędziach informatycznych powinno być – powtarzam – zorganizowanie na wszystkich wydziałach wykładów i ćwiczeń elementów matematyki, logiki i statystyki. Wiem, że wielu – nie tylko studentów – usłyszawszy to, zawyje ze zgrozy. Nie ma jednak innego wyjścia, jeśli chcemy mieć za kilkanaście lat naprawdę przyzwoitą naukę w Polsce. To zresztą będzie świetny sposób na zapewnienie owej elitarności studiów, o której mówiłem wyżej.

Tyle oczywistości; podstawową sprawą byłyby jednak te wspomniane uprzednio wspólne seminaria czy konferencje. Nie ma co liczyć na to, że studenci będą widzieli potrzebę nauczenia się podstaw informatyki, jeśli ich wykładowca będzie ten temat traktował jak zarazę. On musi umieć pięć razy więcej od studentów, także i w tej dziedzinie. No to musi się sam tego wszystkiego nauczyć, nawet jak ma lat pięćdziesiąt i stanowisko profesora, i nigdy go tego nie uczono; nie ma rady.

Wymagania wobec wykładowców

Tu dwa słowa o pewnym temacie dość kontrowersyjnym. Coś mi się wydaje, że pomału zaczynamy wyrastać z uchodzącej jeszcze do niedawna za szczyt techniki dydaktycznej epoki rzutnika i pisania na foliach. Obecnie za nowoczesne uważa się sporządzanie do wykładu prezentacji PowerPointa i wykładowcy, którzy się tym narzędziem posługują uchodzą za wybitnych współczesnych dydaktyków.

Otóż jest to niezupełnie prawda. Dobrze zrobiona prezentacja może być bardzo przydatna dydaktycznie; ale osobiście widziałem takich prezentacji bardzo niewiele. Na ogół wykładowcy (czy ich zatrudniani do tego celu doktoranci) koszmarnie przeładowują slajdy tekstem, zupełnie nie dbają o konstrukcję logiczna pokazu – czyli jego scenariusz i scenopis – i często, co już jest okropnością, ograniczają swój wykład do czytania z ekranu. A to tylko niewiele lepsze od dukającego odczytywania swojego skryptu sprzed dziesięciu lat zamiast wykładania, który to sposób prowadzenia zajęć powinien skutkować natychmiastowym zwolnieniem wykładowcy z pracy. Na dobitkę ogromne wątpliwości budzi wręczanie kopii slajdów studentom, którzy w ten sposób czują się całkowicie zwolnieni z robienia notatek, a nawet uważania na wykładzie; spotkałem się też osobiście z pretensją wychodzenia na egzaminie czy kolokwium w pytaniach poza to, co student otrzymał na slajdach.

Zapamiętajmy: dobra prezentacja jest tylko uzupełnieniem wykładu, wypunktowaniem w przemyślany sposób jego głównych idei – i w żadnym wypadku nie może być uważana za przedstawienie minimum wymaganej wiedzy. Student powinien być zmuszony – aby zdać egzamin, poza przejrzeniem slajdów, notować na wykładzie; i przeczytać do egzaminu kilka książek, o których wykładowca jedynie wspomni. Czas najwyższy, żeby powrócić do idei studiowania, nieco jednak z założenia różnej przecież od katechezy w klasie czwartej szkoły podstawowej; ale to tylko tak na marginesie.

Wracając do głównego nurtu sprawy. Oczywiście, wiem doskonale, że proponowane przez mnie rozwiązania nie są tanie. Specjalistyczne pakiety, które w dodatku trzeba przecież często aktualizować, jeśli ich użycie ma mieć sens – bywają bardzo drogie. Uczenie informatyki w grupie liczniejszej niż 10-15 osób i z wykorzystaniem anachronicznego sprzętu jest też tylko pozorowaniem nauczania; a przecież i ten sprzęt trzeba co pewien – niezbyt długi! – czas kompletnie wymienić na najnowsze wersje.

Na dodatek, tych nowych wersji oprogramowania trzeba też – i może nawet: najpierw – nauczyć wykładowców. I cały ten proces odnawiania sprzętu, oprogramowania i doskonalenia wykładowców – trzeba gruntownie powtarzać co 3-4 lata. Ale – powtarzam – jeśli nie mamy udawać, że uczymy, tylko będziemy uczyć naprawdę – to nie ma rady. Trzeba to, jak mówią młodzi, „wziąć na klatę”.

I jeszcze jedna uwaga.

Podstawowe w tym wszystkim jest to, by uczyć metod informatycznych (a także – i przede wszystkim – matematycznych) z taką strategią, że nie jest najważniejsze uzyskanie konkretnego wyniku, ale dokładne zrozumienie i poznanie procesu, który do tego wyniku prowadzi. Jednym słowem, szukanie we wszystkich poddających się obróbce informatycznej problemach zdecydowanie raczej algorytmu niż szablonu; i zrozumienie tego algorytmu. Nie może być tak, że student będzie wiedział, że w danym wypadku ma za zmienne podstawić takie a takie wartości i „samo wyjdzie”, bo jeśli go tylko tego nauczymy, to zgłupieje doszczętnie, jeśli mu się w praktyce na przykład zmienne będą inaczej nazywały niż we wzorze.

Bogdan Miś

Print Friendly, PDF & Email

12 komentarzy

  1. jmp eip 2015-02-01
    • BM 2015-02-01
    • Andrzej KD 2015-02-02
  2. Piotr Topiński 2015-02-01
  3. Federpusz 2015-02-01
  4. Jerzy Łukaszewski 2015-02-01
  5. Aleksy 2015-02-01
  6. Hazelhard 2015-02-02
  7. zza kałuży 2015-02-02
  8. narciarz2 2015-02-03
  9. andrzej Pokonos 2015-02-04
  10. narciarz2 2015-02-05
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com