Cezary Bryka: Wyboje

2012-08-23. „Dziennikarze, których poznałem, to bardzo uczciwi ludzie. Codziennie toczą walkę rozdarci między wiernością sobie, przekonaniom o rzetelnym podejściu do zawodu i interesami korporacji, które rządzą dziś mediami. Dla korporacji najważniejszy jest reklamodawca i wyniki oglądalności. Nie spotkałem dziennikarza, dla którego to byłby priorytet” – powiedział dziennikarce „Gazety Telewizyjnej Jeff Daniels –  „Trzymam kciuki za ludzi pani zawodu, by nie ulegli w tej walce. Szczerze wam kibicuję”.

Wywiad odbył się z okazji polskiej premiery serialu „Newsroom”, w którym Jeff Daniels gra główną rolę: telewizyjnego dziennikarza, gospodarza programu informacyjnego. Opowiadanie o serialu wydaje mi się zajęciem mało ambitnym, żeby nie powiedzieć – prymitywnym. A jednak nie mogę się powstrzymać. Marzy mi się zorganizowanie przymusowych przeglądów „Newsroomu” dla naszych dziennikarzy, tak jak wysyła się pracowników na przymusowe kursy BHP i pierwszej pomocy.

W skrócie: „Newsroom” jest serialem o pracy zespołu, tworzącego program informacyjny fikcyjnej amerykańskiej kablówki. Punkt wyjścia nie nastroił mnie optymistyczne, wydał mi sie dęty i niewiarygodny: główny bohater, Will McAvoy – dziennikarz cyniczny i nadęty, doznaje objawienia i przypomina sobie cele, dla jakich zaczął uprawiać zawód. Postanawia do nich wrócić i zrobić ze swojego autorskiego programu wzór rzetelności. Brrrrrr… zniechęcające. Ale autorzy od czegoś musieli zacząć.

Pomijam perypetie prywatne i towarzyskie, które w innych serialach bywają głównym nurtem akcji: tu robi się naprawdę ciekawie po oskrobaniu fabuły z ozdóbek. Dęta przemiana Willa, która zbiegła się z momentem tworzenia nowego zespołu współpracowników, trwa przez niecałą połowę pierwszego odcinka. A potem zaczyna się jazda.

Wartość pierwsza: rzucający na pysk profesjonalizm zespołu. Kiedy nagle pojawia się ważny news, zaczyna sie najpiękniejsze: praca zespołowa profesjonalistów. W pozornym pandemonium każdy wie, co ma robić, nikt nie zadaje niepotrzebnych pytań, producent kieruje całością. Dziennikarz, który zajmuje się konkretnym elementem sprawy, nie uważa się za gotowego jeśli nie ma o nim tak dużej wiedzy, jak to tylko możliwe w wyznaczonym czasie. Pełna synchronizacja, która doprowadza do jak najszybszego wejścia na antenę, lub, jeśli emisja jest w toku, do jak najszybszego poinformowania prowadzącego program o zdarzeniu i przygotowanych elementach informacji. Producent podpowiada mu do słuchawki kolejne zapowiedzi, a prezenter, choćby był zatwardziałym indywidualistą, w takim momencie z zaufaniem przyjmuje prymat zespołu. To jak występ akrobatów, kiedy kilku ustawia się w piramidę, a solista musi wskoczyć na jej czubek wykonując w powietrzu kilka salt: uda się tylko jeśli nie zwątpi, że go utrzymają. Widownia wstrzymuje dech. Ja, kiedy Will wchodzi na wizję, też.

Oczywiście, można powiedzieć że to tylko film. Ale zapewniam: tak bywa i u nas, jeśli nagłe wydarzenie trafia na sprawny zespół – za taką pracę, kiedy początkowy stres zmienia się w rodzaj cichej euforii, można oddać kilka lat życia. Niestety, ta radość nie zdarza się często: nie mamy stałych zespołów, a poziom profesjonalizmu systematycznie spada.

Wartość druga: postać głównego bohatera. Tu chapeau bas na równi przed scenarzystą i aktorem. Stworzyli postać rzetelnego, skupionego, pozbawionego kokieterii dziennikarza. Przede wszystkim  znakomicie prowadzi rozmowy: słucha rozmówców i ma dość wiedzy, żeby na spokojnie radzić sobie z nimi kiedy kręcą. Nawet jeśli ta wiedza pochodzi od współpracowników i jest przekazywana za pośrednictwem słuchawki, to trzeba umieć z niej skorzystać, a Will robi to w sposób absolutnie naturalny. No i cieszy polskie, ułańskie serce kiedy broni własnego zdania przed zwierzchnikami, nawet jeśli posuwa się przy tym do bufonady. Nie jest sympatyczny, a na oglądalność swojego programu pracuje nie wdziękiem (z cudzysłowem lub bez) osobistym lub emfatycznym wykrzykiwaniem sensacji, tylko dawaniem widzom maksimum informacji na każdy temat jaki porusza.

Nie jest też bezbłędny. Zdarza mu się wpakować w kłopoty nie tylko siebie, ale i współpracowników, a nawet rozmówców z którymi przeprowadza wywiady. Jednak jego poczucie odpowiedzialności po takich wpadkach każe wątpić w powszechne przekonanie, jakoby zawód dziennikarza był łatwy i przyjemny, a polegał na obracaniu się wśród sław.

Być może brzmi to, jakbym wystawiał bohaterowi laurkę, ale przecież uprzedziłem: chcę opowiedzieć, co mnie w tym serialu fascynuje. A fascynują mnie te elementy, których brak boleśnie odczuwam w naszych mediach.   

Za mało znam amerykańskie realia polityczne, żeby zabierać głos na temat bezstronności Willa, lub ewentualnego jej braku. Być może dowodem bezstronności jest to, że internetowi komentatorzy serialu nazywają go „lewakiem”, choć w filmie pada informacja że jest republikaninem – ale ocenę tego wątku powinienem pozostawić mądrzejszym. Więc pozostawiam. O ile ktokolwiek mądrzejszy ogląda ten serial, ponieważ przyjęło się, że oglądanie seriali mądrzejszym nie przystoi.

Proponuję zobaczenie teraz tylko jednego fragmentu – w tajemnicy, po cichutku, nikt nie musi się dowiedzieć. Pojawiają się w nim te elementy, które wzbudzają moją zawiść (ale zabiłbym tego, kto dodaje muzykę do filmów na You Tube).

Dla nieznających angielskiego: jest 8 styczna 2011 roku. Kilka godzin przed planowaną emisją do newsroomu dociera pierwsza wiadomość o zamachu w Tucson. Błyskawiczna mobilizacja zespołu, od dyrektora który przybiegł pomóc, po garderobianą. Błyskawiczne wejście na wizję. Program już trwa, kiedy niektóre serwisy podają niepotwierdzoną wiadomość, że zmarła ranna w zamachu Gabrielle Giffords. Decyzja, czy o tym powiedzieć czy czekać na potwierdzenie należy do Willa, ale zdarza się coś dziwnie znajomego: do studia wpada wysłannik pani prezes z poleceniem natychmiastowego podania wiadomości o śmierci Giffords (jak mawiano w „Wiadomościach” kiedy jeszcze brzmiało to jak żart: „Nic tak jak trup nie ożywia programu”). Walka usiłującego podjąć decyzję Willa, który a to z kamiennym  spokojem  wchodzi na wizję, a to wykłóca się o prawo do rzetelności, daje dawkę adrenaliny niby filmowa walka kung fu. Co wybierze? Będzie grzeczny, czy uprze się, że „to lekarz stwierdza zgon, a nie media”?

Co wybieraliby nasi prezenterzy?

Z takich pytań i, niestety, nasuwających się odpowiedzi wziął się mój pomysł przymusowych pokazów „Newsroomu” dla naszych dziennikarzy. Początkowo chciałem zaproponować seanse dwuodcinkowe, po każdym odcinku pół godziny dyskusji – jednak po przeczytaniu w portalu gazeta.pl wywiadu z szefem „Wiadomości”, musiałem pomysł ulepszyć. Oto, co zobaczył w serialu red. Kraśko:

„Najpierw nie robią niemal nic, a potem nagle wszystko im się udaje w kilkadziesiąt minut. To jest bardzo filmowe, ale mało prawdopodobne. Momentami ten serial, przynajmniej ten odcinek, ma tyle do pracy w serwisie newsowym, jak »Szpital na peryferiach« do pracy na ostrym dyżurze”.

Zamiast półgodzinnych przerw na dyskusję, proponuję półtoragodzinne. Może w tym czasie uda się wytłumaczyć, o co chodzi.

Cezary Bryka

Nienalezna.pl

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. BM 2012-08-23
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com