Wojciech Mazowiecki: W oparach zakrzykiwania rzeczywistości

2012-08-27. Przykrywanie gorącego tematu kolejnym, jeszcze gorętszym, stało się u nas trwałym sposobem prowadzenia polityki i działania mediów. Absurd tego mechanizmu, polegającego na wzajemnym nakręcaniu się dzienni­karzy i polityków, widać zwłaszcza teraz, w sezonie ogórkowym, na przykładzie Amber Gold.

W tej konkretnej sprawie umyka gdzieś istota problemu, jaką jest krzywda ludzi oszukanych. Może i naiwnych, ale przecież to oni są ofiarami mechanizmu działającego w Polsce od lat, wykorzy­stywanego nie tylko przez tę jedną firmę. Dziś ważniejsze byłoby ostrzeżenie Po­laków przed kolejnymi podobnymi ka­tastrofami, które na pewno nadejdą, nie zaś eksploatowanie do znudzenia wątku Amber Gold, głównie w charakterze po­litycznych podchodów.

Trzeba jednak przyznać, że manipulu­ją wszyscy, na lewo, i na prawo, opo­zycja, i rządzący.

Komisji sejmowej do wyjaśnienia „afery Amber Gold”, w której to afe­rze podobno „zawiodło całe państwo”, domagają się już wszyscy. Miller ręka w rękę z PiS i z Ruchem Palikota. Ci ostatni bez żenady przyznają publicznie, że przecież speckomisje u nas niczego nie wyjaśniają, ale – jak dodają – tak na wszelki wypadek nie zawadzi. A powód jest znacznie prostszy – przecież lepsze­go sposobu na darmową autopromocję posłów i wypowiedzenie każdej bzdury pod adresem przeciwników politycz­nych jeszcze nie wymyślono.

Z kolei Miller jako ten, który ma czy­ścić atmosferę życia publicznego, budzi wesołość, jeśli się pamięta, „jak kończył” i jak wykończył SLD, a nawet całą lewi­cę po aferze Rywina. Chyba zresztą jest to na rękę tym, których chciałby teraz oskarżać. Aż dziwne, że on sam tego nie zauważa.

A rządzący? Premier – uprzedzając atak przeciwników i zapewne chcąc sta­nowczo zamanifestować, że nad wszyst­kim panuje (żeby ktoś nie pomyślał, że nie panuje) – zorganizował konferencję najważniejszych ludzi w państwie odpo­wiedzialnych za finanse i przestrzeganie prawa. Tak jakby co najmniej upadł bank Lehman Brothers, od którego zaczął się w 2008 r. światowy kryzys ekonomicz­ny. To PR-owskie zagranie było dobre na moment. Media miały gorący news, jak to państwo energicznie postanowi­ło złapać byka za rogi. W ten sposób jednak premier sam zasiał wątpliwość, że może coś wcześniej było nie w po­rządku, skoro trzeba aż tak potrząsać urzędnikami.

Minister sprawiedliwości chciał wyja­śnić, czemu sądy tak łagodnie traktowały szefa Amber Gold, mającego kilka spraw o różne oszustwa – przede wszystkim dlaczego zawsze wymierzano mu wy­roki w zawieszeniu i czemu ich nie od­wieszano. Zamiast tego po paru dniach zapewnił ogólnie, że wszystko było OK, ale nie podał żadnych szczegółów, a bez nich niczego nie da się stwierdzić. Mini­ster zatem – który nie jest prawnikiem, co tu okazało się istotnym mankamen­tem – nagłaśniając najpierw, że wyjaśnia rolę sądów w tej sprawie, sugerował ich opieszałość i nadmierną łaskawość wo­bec aferzysty. To oczywiście na chwilę stało się przykuwającym uwagę newsem. Potem jednak wycofał się z tego, nie podając zresztą argumentów, czyli konkretów z poszczególnych spraw.

Jarosław Gowin toczy też swoją ulu­bioną wojnę z niezależną prokuraturą. Ale ta daje mu broń do ręki, bo zachowuje się tak, jakby nic się nie stało. Sprawia wrażenie, jakby nie rozumiała, że w takiej kwestii rzeczowa i podana na czas informacja jest bardzo potrzebna opinii publicznej.

Przede wszystkim jednak prokuratura lekceważy zdrowy rozsądek – najpierw oddalając doniesienia Komisji Nadzoru Finansowego na temat Amber Gold, te­raz pozostawiając szefa firmy na wolno­ści. Jakby w obawie przed nadmiernym stosowaniem aresztu tymczasowego, za co w przeszłości była tak ostro kryty­kowana. Niezauważanie różnicy między bezzasadnym i automatycznym stoso­waniem kiedyś aresztów na szeroką skalę i na polecenie min. Lecha Kaczyńskiego a tym, co dzieje się dziś – że tu napraw­dę istnieje obawa mataczenia i działania na szkodę oszukanych klientów – jest poważnym dowodem niefrasobliwości, jeśli nie bezmyślności. Ale tak może po­wiedzieć tylko laik. Specjaliści natomiast wzdragają się przed ocenianiem tych zaniechań, bo przecież – jak podkreślają – nie postawiono jeszcze szefowi Amber Gold odpowiednich zarzutów.

W dodatku prokurator generalny w czasie całego tego wielkiego zamie­szania wziął sobie długi urlop wypoczyn­kowy. Miał podobno wpaść do Warsza­wy na kolejną konferencję prasową, bo w pierwszej, z udziałem premiera, nie uczestniczył. Nad prokuraturą unosi się trochę inna mgła, ale zjawisko jest po­dobne – nikt zbytnio nie przejmuje się rzeczywistością.

Jak widać, w tej sprawie niektóre in­stytucje państwowe działają bardzo do­brze: Komisja Nadzoru Finansowego, Ministerstwo Gospodarki. Inne jednak źle: przede wszystkim niezależna proku­ratura, ale także sądy i policja oraz ABW, która dopiero po wybuchu afery obudzi­ła się i zrobiła nalot na Amber Gold. Nie jest więc tak, że nic się nie stało i rządzą­cy nie mają czego wyjaśniać. Prawda jest pewnie gdzieś pośrodku.

Całą sprawę natomiast gmatwa, a nie wyjaśnia, huraganowy atak opozycji zjednoczonej hasłem: „Całe to państwo Tuska i PO nie działa, zawiodło”. Afera Amber Gold na naszych oczach przeista­cza się zatem w coś innego niż to, czym jest – w polityczny młot skierowany prze­ciw rządzącym i państwu.

Fałszywą skromnością byłoby też po­minięcie w tym procesie roli sporej części mediów i dziennikarzy – nie tylko prawi­cowych, ale i telewizji informacyjnych, nie mówiąc już o tabloidach. Słyszymy np., jak w TVN 24 napuszona dziennikar­ka pyta czy raczej przekonuje każdego go­ścia: jak to się stało, przecież Gdańsk to miasto PO, a nikt nie krzyczał, że tam wy­rasta afera Amber Gold? Przecież wszy­scy musieli o tym wiedzieć – ucina bezdy­skusyjnie. Równie absurdalne mogłyby być pretensje do TVN, że mając siedzibę w Warszawie, nie ostrzega zawczasu przed wybuchem wszelkich stołecznych afer, tylko potem je relacjonuje. To nie jest zresztą jedyny przykład dziennikarskiej arogancji, której festiwal obserwujemy przy okazji sprawy Amber Gold.

Podłością jest insynuowanie oso­bistej odpowiedzialności premiera za syna, który pracował nie w Amber Gold, ale w spółce, której ta firma była udzia­łowcem. Jednak w politycznym zacietrzewieniu wiele osób dokonuje istotnej, zafałszowującej redukcji. Już nie mówi się o tamtej spółce, ale wprost o Amber Gold. Pomniejsza się też samodzielność syna, bo nie on jest celem ataku, lecz jego ojciec.

Znów warto zauważyć, że Donald Tusk sam w jakimś stopniu spro­wokował ten cios poniżej pasa – co w niczym nie usprawiedliwia owego ataku – wcześniej, w lipcu, podnosząc publicznie kwestię zatrudnionego od lat w Agencji Rynku Rolnego syna no­wego ministra rolnictwa Stanisława Kalemby i rzekomego konfliktu intere­sów. W tamtej sprawie zresztą to syn premiera wypowiadał się zdecydowanie mądrzej o młodym Kalembie. A premier po prostu nie powinien o tym mówić, co najwyżej załatwić problem (bo jeżeli był, to raczej starego Kalemby niż młodego). Zrobił odwrotnie – powiedział, ale nie załatwił.

Gdy czytałem w Internecie informa­cję o konferencji pomorskiego PiS na temat syna Donalda Tuska, przypadkiem wyświetliła się z boku reklama stoperanu, leku przeciw biegunce. Zabawne, jak to pasuje do opisywanych zdarzeń: pomorscy działacze insynuują, że syn Tuska zarabia dużo więcej niż osoba od­powiedzialna za funkcjonowanie portu lotniczego w Gdańsku, chwilę później władze lotniska stwierdzają, że to kłamstwo. W tej sprawie dziwne jest nie to, że PiS cierpi na polityczną biegunkę, ale jak bardzo jest to zaraźliwe.

Podobne insynuacje dotyczące rzeko­mego układu na Wybrzeżu wysuwa bez zbędnej troski o dowody Janusz Palikot. Prawdopodobnie wyczerpały mu się po­mysły na własną partię.

Reakcja po lewej stronie zaczyna być lustrzanym odbiciem prawicowego zakrzykiwania rzeczywistości oraz czyhania na jakiekolwiek potknięcie przeciwnika. Obie strony opozycji już nawet nie po­trafią ukryć, jak bardzo czekają na te złe wieści czy chociaż ich namiastkę, dającą nadzieję i uzasadniającą kolejny przesa­dzony atak.

Jednocześnie politycy i dziennikarze prawicowi doskonale rozumieją mecha­nizm przykrywania – gorącego newsa gorętszym – bo sami to zarzucają prze­ciwnikom, gdy pojawia się niekorzystna dla nich informacja. Ostatnio miało to miejsce, gdy jeden z opiniotwórczych tygodników opisał finansowe imperium PiS budowane z pieniędzy wyprowa­dzanych z budżetu państwa. Wtedy na prawicy natychmiast zagrzmiało, że jest to przykrywanie największej afery Am­ber Gold. PiS zapowiedziało nawet w tej sprawie pozew sądowy przeciw tygo­dnikowi. Warto teraz pilnować, czy partia Kaczyńskiego dotrzyma słowa, czy też było to tylko takie sobie kolejne przykry­wanie. To będzie istotny test prawdo­mówności.

Co wcale nie oznacza, że ten mecha­nizm jest obcy drugiej stronie. W War­szawie od ponad tygodnia mamy pro­blem z kopaniem stacji metra pod Wisłostradą – swoją drogą fantastycz­ny pomysł. Doprowadziło to do zablo­kowania i budowy metra, i jednego z ważniejszych przejazdów podziem­nych w stolicy, niby przypadkiem aku­rat teraz z ratusza wypływa do mediów wiadomość, że stacja metra miała być gdzie indziej, ale przeniósł ją tutaj PiS-owski komisarz stolicy, były premier Marcinkiewicz, pod sam koniec urzędo­wania. Głupota takiego manipulowania informacjami prędzej czy później obróci się także przeciw PO, która teraz rządzi w Warszawie. Przecież ktoś zatwier­dził tę niemądrą decyzję poprzednika, a przynajmniej jej nie zmienił.

Mechanizm przykrywania pozwala politykom na krótką metę dowolnie ma­nipulować opinią publiczną. Bardziej jed­nak martwi to, jak łatwo dają się nabie­rać dziennikarze, nie analizujący, komu się wysługują takimi supernewsami. Bo przecież politycy manipulują świadomie. Słupki oglądalności, którymi media tak się cieszą, coraz bardziej są słupkami bezmyślności.

W przekazie, który otrzymujemy, gu­bią się gdzieś sprawy naprawdę ważne i nadrzędne. W samej aferze Amber Gold dawno już zgubiliśmy istotę tego, co się wydarzyło i jak podobnym sytuacjom skutecznie zapobiegać w przyszłości. Co w państwie rzeczywiście należy napra­wić, a z czego możemy być zadowole­ni. Przy okazji sprawa Amber Gold sku­tecznie przykryła informację o wymiarze naprawdę historycznym.- o pojednaniu między rosyjską Cerkwią a Kościołem katolickim.

W efekcie opinia publiczna powoli przyzwyczaja się do kompletnej siecz­ki w polityce i w informacjach serwo­wanych przez media. Nic za darmo, to bowiem powoduje obniżenie zaufania i do polityki, i do mediów. Jednocześ­nie wytwarza się sytuacja, w której – wprawdzie na bardzo krótko – można osiągnąć niebezpieczny efekt skutecz­nego pomówienia bez jakichkolwiek dowodów. Bo kiedy okaże się, jak jest naprawdę, nikogo to już nie zaintere­suje. Królować będzie wtedy inny, ko­lejny gorący news.

Wojciech Mazowiecki

Tekst ukazał się także w tygodniku „Przegląd”, nr. 35/2012

 

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. andrzej Pokonos 2012-08-28
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com