Jacek Pałasiński: Jedźcie do San Francisco

2012-08-27.

Wojna o 5,5 km kw?

Nie było nas wszystkiego kilka tygodni, a już nam się szykują nowe wojenki. Parę z nich może wybuchnąć na Dalekim Wschodzie. W Chinach są 123 miasta o ponadmilionowej liczbie ludności i w wielu z nich odbyły się ostatnio gwałtowne manifestacje antyjapońskie. Od miesięcy informowaliśmy o narastającym sporze wokół grupy skalistych wysepek MAPA, które po japońsku nazywają się Senkaku, po mandaryńsku Dia-oyu, po kantońsku Tiao-utai, a po zachodniemu Wyspy Pinakle. Leżą na przedłużeniu japońskiego archipelagu Riukyu, nieco na WSCH od Tajwanu. Razem mają wszystkiego 5,5 km2, ale dwa ogromne mocarstwa gotowe są o nie walczyć. Dlaczego? Dlatego, że opodal, pod powierzchnią Morza PDChińskiego, znajdują się duże złoża gazu ziemnego, a prawdopodobnie również ropy. Japonia w ogóle nie ma własnych złóż, Chiny wyłącznie w zajętym zbrojnie i wcielonym do ChRL Turkiestanie, czyli, jak go nazywają Sinkjangu, a dla obu krajów energia jest nie tylko kluczem do rozwoju, ale i do przetrwania.

Jak zwykle, konflikt rozpoczęli prawdziwi Chińczycy i prawdziwi Japończycy, no znają państwo takich filozofów i z naszego podwórka. Najpierw na wyspach wylądowała 14-osobowa grupa chińskich aktywistów i dziennikarzy z Hongkongu, którzy na jednej z nich wbili chińską flagę. Zostali aresztowani przez japońską policję i deportowani do Hongkongu.

Potem z kolei grupa prawdziwych Japończyków postanowiła wybrać się w 20 statków z demonstracyjną wycieczką na jedną z bezludnych wysp, a premier wydał dekret o upaństwowieniu wysepek, które dotychczas były własnością prywatną.

To znów się nie spodobało Chińczykom. Pekin wystosował „silny protest” do ambasady japońskiej w Pekinie. Władze bez trudu zmobilizowały dziesiątki tysięcy obywateli, by zorganizowali antyjapońskie protesty, głównie w Chengdu i Shenzhen, ale także Pekinie, Kantonie, Szanghaju, Shenyangu, Harbinie, Qingdao i dziesiątkach innych miast. Ale sprawa wymknęła im się, widać, z ręki, bo protesty przemieniły się w przemoc. Tłum wywracał samochody japońskich marek, rozbijał szyby w japońskich sklepach i restauracjach. Protestujący nieśli transparenty z hasłami: „Japońskie diabły, won z wysp Diaoyu!”.

Agencja Sinhua musiała wzywać do powściągliwości

To nie jedyny konflikt w regionie. Japonia spiera się także z PD Koreą o wyspy Takeshima, nazywane przez Koreańczyków Dokdo. Kilkanaście sterczących z wody skałek kontrolowanych jest przez Seul, ale pretensje do nich zgłasza również Tokio. 10 sierpnia wysepki odwiedził prezydent Korei Lee Myung-bak, na co rząd Japonii zaprotestował, twierdząc, że „Takeshima to japońskie terytorium zarówno historycznie jak i w świetle prawa międzynarodowego” i zapowiedział, że zgłosi sprawę do Trybunału Międzynarodowego. W odpowiedzi MSZ Korei oświadczył, że Dokdo to terytorium koreańskie i nie stanowi przedmiotu jakiejkolwiek dysputy terytorialnej. Premier Japonii Yoshikiho Noda wysłał list do prezydenta Lee-Muing Baka, ale rząd koreański list odrzucił, uznając, że zawiera treści, których Korea nie może tolerować.

Dodajmy do tego, że Rosja zapowiedziała wysłanie okrętów wojennych w okolice archipelagu Kurylskiego, który zajęła zbrojnie zaraz po kapitulacji Japonii w 1945 r. i do dzisiaj okupuje, a Japonia raz po raz żąda zwrotu wysp Kunashir, Iturup, Habomai i Shikotan.

Oliwy do ognia dodaje fakt, że japońscy parlamentarzyści znowu odwiedzili świątynię – mauzoleum Yasukuni, gdzie spoczywają szczątki dowódców armii japońskiej poległych podczas II WŚ. Chińczycy, Koreańczycy i, generalnie, państwa Azji Wschodniej i PD-WSCH, uważają poległych za zbrodniarzy wojennych, władze japońskie, za bohaterów. Modlitwy za poległych odmówił też cesarz Akihito, a każda taka akcja polityków japońskich w Yasukuni, odczytywana jest przez sąsiednie kraje za prowokację… Prezydent Korei skrytykował cesarza, żądając odeń przeprosin, co Japończycy odczytali jako obrazę półboskiego przywódcy…

Park na prezydenta?

I jeszcze a propos Korei PD: w grudniu odbędą się w tym kraju wybory prezydenckie i wiele wskazuje na to, że nową głową państwa po raz pierwszy zostanie kobieta, pani Park Guen-Hye, córka b. dyktatora Parka Chung-hee, która uzyskała poparcie rządzącej partii Saenuri.

Jej ojciec przejął władzę w 1961 r. w wyniku zamachu wojskowego i rządził do 1979 r., kiedy został zamordowany przy kolacji przez człowieka, któremu najbardziej ufał i którego mianował szefem południowokoreańskiego wywiadu…

Body double

I, skoro jesteśmy już przy dalekim Wschodzie i kobietach, to wspomnijmy jeszcze o wyroku śmierci, jaki sąd w chińskim mieście Hefei wydał na żonę jednego z najważniejszych do niedawna kacyków partyjnych Bo Xilaia. Pani Gu Kailai uznana została winną zabójstwa brytyjskiego businessmana Neila Heywooda, który pośredniczył w wywożeniu za granicę dużych sum w dewizach, które państwo kacykostwo gromadziło tak jak wszyscy politycy, tj. w sobie tylko wiadomy sposób. Zainteresowanie mediów wzbudził fakt, że wyroku wysłuchała zupełnie inna pani, a nie Gu Kailai. Kiedy pojawiły się wątpliwości na temat tożsamości skazanej, rządzący w Chinach komuniści zablokowali w wyszukiwarkach internetowych słowo „sobowtór”… No i czyż to nie jest najsłuszniejszy ustrój świata?

Nieświęci

Mówiliśmy o nowych wojnach, które wiszą w powietrzu, a teraz dwa słowa o tej, która trwa już 17 miesięcy w Syrii. Nadal większość zachodniej opinii publicznej przekonana jest, że zły syryjski dyktator Bashar El Assad masakruje własny bezbronny naród, choć w ostatnich tygodniach i dniach, w co lepszych gazetach na całym świecie pojawiło się kilkanaście artykułów, sugerujących wreszcie, że rebelianci nie są tacy święci, jak się wydaje… A nawet Departament Stanu USA wydał oświadczenie, sugerujące, że w ostatnim czasie pełną niemal kontrolę nad rebelią przejęli powiązani z al-Kaidą dżihadyści. Wobec nieugiętego weta Rosji i Chin na jakąkolwiek interwencję międzynarodową w Syrii, nadal, codziennie giną w tym kraju kolejne setki ludzi. Choć w tym tygodniu miał miejsce fakt, który może odmienić perspektywę większości obserwatorów. Oto podczas spotkania z dziennikarzami w Waszyngtonie prezydent USA Barack Obama oświadczył, że Stany Zjednoczone dokonają interwencji wojskowej w Syrii, jeśli strona reżymowa dopuści się użycia broni chemicznej przeciw rebeliantom, czym grozili dygnitarze z Damaszku.

Pamiętam, niektórzy z państwa zapewne też, jak podczas konfliktów w Bośni i w Kosowie, po podobnych pogróżkach amerykańskich natychmiast następowała jakaś spektakularna masakra, która wywoływała amerykańską interwencję. Jej efektem było ustanowienie, po 13 stuleciach bohaterskiego oporu prawosławnych Słowian, do powstania w Europie dwóch nowych państw islamskich… Po latach okazywało się, że owych masakr, dokonywali na własnych obywatelach a to muzułmanie Izebegowitcia a to muzułmanie Haszima Thaciego. I teraz nie zdziwiłbym się gdyby doszło do użycia broni chemicznej… Wina zrzucona zostanie zapewne na reżim Assada, a choć po latach wyjdzie zapewne na jaw, że to sami rebelianci jej użyli… A tymczasem Amerykanie wejdą i pomogą ustanowić w Syrii państwo ekstremistów sunnickich na wzór szyickiego Iranu…

Tymczasem ostatni obserwatorzy ONZ opuścili już Damaszek, po kompletnym fiasku ich misji. Mieli nadzorować rozejm między reżimem Assada a zbuntowanymi ekstremistami religijnymi, ale nie było czego nadzorować, ponieważ rozejm nigdy nie wszedł w życie.

Ba, według szacunków Reutera odkąd obserwatorzy przyjechali do Syrii, w kraju tym zginęło co najmniej 9 tysięcy osób.

W ogóle, od początku konfliktu, czyli od marca 2011 roku w Syrii zginęło ok. 23 tys. osób, a. jak oznajmiła w piątek ONZ-owska agencja ds./ uchodźców, 200 tys. Syryjczyków schroniło się za granicą.

Tymczasem konflikt syryjski przeniósł się także do Libanu, głównie do północnego portu Trypolis. Od wielu dni trwają zbrojne starcia między mieszkańcami sąsiadujących dzielnic: sunnickiej Bab al-Tabbaneh i alawickiej Jebel Mohsen.

Sunnici, wspierają rebeliantów syryjskich, a alawici – reżim Assada. Zginęło jak dotąd 13 osób, co najmniej 100 zostało rannych.

Alawici – wywodzący się z szyizmu odłam islamu – wiedzą, że po upadku Assada, zarówno w Syrii, jak i w Libanie będą poddani represjom, tylko dlatego, że z Alawitów wywodzi się klan Assadów i alawitami obsadzone są główne stanowiska reżimu w Damaszku.

To już druga fala podobnych starć w Libanie. W pierwszej, na początku czerwca, zginęło 15 osób.

Prawicowe brednie

Przez ostatnie tygodnie byłem w St. Zjedn. i obserwowałem z bliska, jak istotnym wydarzeniem politycznym była nominacja kandydata na republikańskiego wiceprezydenta. Jak państwo wiedzą nasz niedawny gość, mormon Mitt Romney mianował swoim zastępcą katolickiego ekstremistę, zbliżonego do Tea Party, młodziutkiego, bo zaledwie 42-letniego Paula Ryana. Ryan ma tyle lat, co najstarszy syn Romneya i jest uważany za specjalistę od finansów i ekonomii i proponuje prywatyzację planu powszechnej opieki medycznej Baracka Obamy i, generalnie, wprowadzenie ścisłej dyscypliny budżetowej.

„Obama – powiedział Ryan podczas inauguracyjnego przemówienia – bardziej troszczy się o przyszłe wybory, niż o przyszłe pokolenia”.

Debiut Ryana i poparcie, jakiem cieszy się ów młody prawicowy polityk wśród przedsiębiorców, spowodowały przesunięcie sympatii wyborców na korzyść Romneya, którego kampania była w ostatnich tygodniach dość senna i który niezdarnie bronił się przed celnymi ciosami sztabu wyborczego Obamy.

Debiut Ryana przyniósł korzyści Romneyowi, ale skomplikowany system wyborczy w USA, gdzie istnieje 50 urn, a nie jedna, sprawiają, że ewentualne wybory i tak wygrałby dzisiaj Obama. Teoretycznie dysponuje dziś 247 wielkimi elektorami, a Romney tylko 190, a do zwycięstwa wystarczy ich 270-ciu. Więc np. głosy jednej tylko niezdecydowanej Florydy i Obama ma zapewnioną drugą kadencję.

Tymczasem jednak wybór Ryana przesuwa Republikanów mocno na prawo, w kierunku Tea Party. Ultrakonserwatyści zarzucali dotąd Romneyowi, że jako gubernator Massachusetts opowiadał się za liberalnymi rozwiązaniami w kwestii aborcji i ubezpieczeń zdrowotnych.

Zaś Rayan jest jednym z najbardziej zawziętych przeciwników aborcji i liderem skrzydła przeciwstawiającego się publicznym ubezpieczeniom zdrowotnym.

No ale w tym tygodniu jeden z najbliższych współpracowników Ryana, ultrakonserwatywny kongresman ze stanu Missouri, Todd Akin strzelił swojemu liderowi w nogę, opowiadając podczas wywiadu w telewizji, że nie ma potrzeby wydawania zgody na aborcję ciąży będącej wynikiem gwałtu, ponieważ – jego zdaniem – takich ciąż nie ma, jako, że organizm kobiety jest w stanie sam zablokować taką ciążę. Mówił także o „legitimate rape”, co może oznaczać zarówno „gwałt uzasadniony, czy leż legalny, prawomocny”, jak i „gwałt właściwy”, tak, jakby można było rozróżnić gwałt właściwy od niewłaściwego…

Akin został wyśmiany przez media, skrytykowany przez Obamę i demokratów; odciął się od niego i Ryan i Romney, ale dzielny odkrywca nowych praw fizjologii nie zamierza rezygnować z kandydowania do kongresu. Ba, zdecydowanie prowadzi w swoim obwodzie.

Jak więc widać fanatyków nie sieją, podobne integrystyczne brednie to nie tylko polska specjalność, można się na nie natknąć w każdym zakątku świata…

Pakistan: zuchwała bluźnierczyni

O ekstremistów religijnych szczególnie łatwo w Pakistanie, gdzie kilka dni temu policja aresztowała wywodzącą się z chrześcijańskiej rodziny Rimshę Masih, kilkunastoletnią dziewczynkę z zespołem Downa, którą sąsiedzi oskarżyli o bluźnierstwo. Miała podobno spalić Koran. Wokół domu zuchwałej bluźnierczyni w Mehrabadi, osiedlu na przedmieściach stolicy Islamabadu, zgromadził się złowrogi tłum, usiłując zlinczować rodziców dziewczynki i spalić ich dom. Policja zapobiegła linczowi, aresztując również rodziców. Mieszkające w okolicy inne rodziny chrześcijańskie, w obawie przed pogromem, na wszelki wypadek uciekły, pamiętając, że przed miesiącem w podobnych okolicznościach tłum zlinczował chrześcijańską rodzinę w mieście Bahawalpur w środkowym Pakistanie.

Tak naprawdę – wyjaśniają członkowie rodziny aresztowanej, dziewczynka spaliła tylko kilka kartek Noorani Qaida, czyli podręcznika do nauki czytania Koranu, książeczki obecnej wszędzie w milionach egzemplarzy. Kartki te, razem z innymi papierami, znalazła w ulicznych koszach na śmieci, które, jak codziennie, przeszukiwała, szukając opału, chcąc pomóc rodzinie ugotować posiłek…

Prezydent Pakistanu Asif Ali Zardari zażądał raportu w sprawie aresztowania dziewczyny. W Pakistanie, gdzie żyją niemal 3 miliony chrześcijan, za obrazę Mahometa i za zbezczeszczenie Koranu grozi nawet kara śmierci. Politycy, którzy chcieli doprowadzić do zmiany zapisu tego artykułu pakistańskiego kodeksu, zginęli z ręki zamachowców. Chrześcijanie żyją w ciągłym strachu przed oskarżeniami o bluźnierstwo.

Chociaż i u nas przypadek Dody i kilku artystów powoduje strach przed longa manus najbardziej antychrześcijańskich sił kościelnych. Bo chrześcijaństwo – przypominamy – miało być religią miłości…

Narodowy socjalizm nie przejdzie

A tymczasem za naszą zachodnią granicą, policja niemiecka przeprowadza w tych dniach akcję przeciwko skrajnej prawicy, czyli przeciwko prawdziwym Niemcom, tym najprawdziwszym, żarliwym patriotom i nacjonalistom, innymi słowy, przeciw neonazistom, a, żeby nikt nie miał wątpliwości, słowo „nazista”, to skrót od „narodowy socjalista”.

Setki agentów przeczesały 93 mieszkania i kluby sympatyków organizacji narodowo-socjalistycznych w Nadrenii Północnej Westfalii, głównie w Dortmundzie i Hamm. Policjanci zarekwirowali materiały propagandowe i całkiem sporo broni. Obecnie badają zawartość odnalezionych u nich komputerów.

To wkrótce po tym, jak MSW tego zachodnioniemieckiego landu zdelegalizował 3 organizacje narodowo-socjalistyczne. Podsumowując rezultaty akcji, minister określił owe grupy jako „ksenofobiczne”, rasistowskie i antysemickie”.

Jak to dobrze, że u nas nie ma ani antysemitów, ani ksenofobów, nie wspominając już o rasistach. I, że nie ma żadnej partii, która można by określić jako narodowo-socjalistyczną… Inaczej prokuratura i policja musiałyby się nimi jakoś zająć, nieprawdaż? Bo przecież byłoby to sprzeczne z prawem i z konstytucją, nieprawdaż?

Cenzura w Polsce i na świecie

Mówiliśmy o nowych napięciach w Azji, ale z tego ogromnego kontynentu nadchodzą także dobre wiadomości. W rządzonej przez ostatnie półwiecze przez juntę wojskową Birmie właśnie zniesiono cenzurę. To jeden z elementów demokratyzacji, jaką obserwujemy w tym kraju od ubiegłorocznych, na poły jeszcze wolnych wyborów parlamentarnych.

Od kilku miesięcy birmański rząd nie blokuje już dostępu do portali internetowych, oraz pozwala na publikację artykułów, które jeszcze niedawno byłyby nie do pomyślenia.

W ostatnim raporcie organizacji Reporterzy bez Granic Birma zajmowała pod względem wolności prasy 169 miejsce na 179 sklasyfikowanych państw.

A Polska? W tym samym raporcie Polska znajdowała się na 24 miejscu. To znacznie lepiej niż dotychczas w Birmie, ale gorzej niż np. w Surinamie, w Kostaryce, Wyspach Zielonego Przylądka, Czechach, na Jamajce, czy w Namibii… No, ale podobno wolność to tylko taki kaprys zamożnych inteligentów…

Od lat nie widziany optymizm

Inna pozytywna wiadomość nadchodzi z jednego z najnieszczęśliwszych krajów świata, z trwającej w stanie nieprzerwanej wojny od ponad 20 lat Somalii. Oto ukonstytuował się tam właśnie nowy parlament, a ten z kolei wyłoni rząd.

Ponieważ zjednoczone wokół koalicji przeciwnej dżihadystom z al-Shabaab siły, kontrolują, przy pomocy wojsk UA zaledwie połowę kraju, nie było mowy o przeprowadzeniu normalnych wyborów i posłowie wybrani zostali po 8 latach negocjacji przez 800 przedstawicieli starszyzn najważniejszych plemion ze wszystkich regionów. Spośród 275 wybranych w ten sposób deputowanych komisja ONZ-u odrzuciła 60.

I tych 215 posłów, w ub. poniedziałek zebrało się po raz pierwszy na lotnisku w Mogadiszu, jedynym obok pałacu prezydenckiego w miarę bezpiecznym miejscu w całym kraju.

Przemawiając do posłów prezydent Szarif Szejk Ahmed powiedział, że moment ten stanowi otwarcie nowego rozdziału w historii Somalii.

W tym samym czasie trwała ofensywa na Kismayo, nieoficjalną stolicę związanej z al-Kaidą młodzieży z al-Shabaab, a w rękach islamskich terrorystów znajdują się jeszcze centralne prowincje Shabelle z dużym portem Marka, prowincje Juba, oraz obszary na PN i na WSCH od Mogadiszu. Wiele pozostało więc jeszcze do zrobienia, ale od niepamiętnych czasów nie mówiliśmy o sytuacji Somalii ze względnym chociaż optymizmem.

Ani cienia optymizmu nie ma natomiast w informacji o śmierci Saamiyi Yusuf Omar, która utonęła razem z innymi nielegalnymi imigrantami podczas próby przeprawy przez Morze Śródziemne do Włoch. Saamiya reprezentowała Somalię na IO w Pekinie. Na YT są zdjęcia z jej startu. W bateriach biegu na 200 m przybiegła ostatnia, wiele sekund za liderkami, ale i tak dostała największe brawa ze wszystkich. Dlaczego uciekała z Somalii? Przed wojną, nędzą, ale nie tylko. Polecam państwu dostępny w Internecie artykuł z GW na ten temat. Zaczyna się tak: „Tam, gdzie 95 proc. dziewczynek jest obrzezanych, jedna na 14 kobiet umiera przy porodzie, a gwałty i zmuszanie do małżeństwa są na porządku dziennym, kobieta nie może cieszyć się swoją kobiecością”…

Guerillero, który umiał być premierem

Pozostańmy jeszcze chwilę w Rogu Afryki, by powiedzieć, że kilka dni temu zmarł w Brukseli w wieku 57 lat Meles Zenawi, wywodzący się z regionu Tigrai premier Etiopii, były partyzant, człowiek, który pokonał prosowieckiego dyktatora Mengistu Haile Mariama, i który ostatnio wprowadził swój kraj do grona liderów wzrostu gospodarczego, ale jednocześnie człowiek, którego oskarżano o dość obcesowe obchodzenie się z opozycją, zwłaszcza z ekstremizmem religijnym.

Kilka dni przez Zenawim zmarł w Adis Abebie patriarcha Abuna Paulos, papież Koptów Abisyńskich, czyli jednego z najstarszych na Ziemi Kościołów chrześcijańskich.

Życie to nie bajka

Życie to nie bajka… Mimo to większość istot ludzkich trzyma się go kurczowo, ale są też tacy, dla których życie staje się zbyt ciężkie i z dylematu „być albo nie być” wybierają niebyt.

Wielu ludzi zazdrości sukcesu ludziom, którzy takowy odnieśli. Ale sukces, zwłaszcza sukces w show biznesie, ma swoją cenę. Często okazuje się ona za wysoka… Właśnie taka okazała się dla Tony’ego Scotta, reżysera wielu hollywoodzkich sukcesów, między innymi „Top Gun”, „Beverly Hills Cop II” czy „Wroga Publicznego” i brata równie słynnego zwycięzcy 3 oskarów Ridley’a Scotta… Anthony skoczył z mostu w porcie w Los Angeles do odległej o ponad 60 metrów wody. Jego ciało znaleziono 3 h później. Kilku przechodniów sfilmowało telefonami komórkowymi ten skok. W samochodzie pozostawił list pożegnalny.

Nie znamy jego treści. Podobno nie zawiera jakiejkolwiek aluzji do przyczyn gestu. Pogłoski, jakoby reżyser cierpiał na raka mózgu zostały stanowczo zdementowane przez rodzinę… Przyjaciele mówią, że całe życie cierpiał na depresję. Udało mu się ją przez lata zamknąć w pudełku, ale najwyraźniej właśnie wieczko się otworzyło.

Sukces ma wysoka cenę… By go znieść, trzeba mieć psychikę z żelaza…

Jedźcie do San Francisco

I jeszcze jedna śmierć. Państwo są młodzi, pewnie nawet nie słyszeli o zmarłym w tym tygodniu Scocie McKenzim. A to właśnie on zaśpiewał i rozsławił na cały świat piosenkę, która stała się symbolem i hymnem całego pokolenia. Pokolenia mojego, a jeszcze bardziej pokolenia moich starszych o kilka lat kolegów.

„Jeśli wybierasz się do San Francisco, pamiętaj, by wpiąć we włosy trochę kwiatów” – śpiewał Scott McKenzie w 1967 roku, kiedy do SF zwołano zjazd dzieci-kwiatów, hippisów, na niezapomniane „lato miłości”.

To pokolenie naiwnie usiłowało zmienić świat na lepsze, zaczynając od zmiany samego siebie. Poprawić świat poprzez jednostronne wyrzeczenie się przemocy, na rzecz miłości. Tej duchowej i tej fizycznej, bo jeśli za zgodą i z ochotą dwojga dorosłych ludzi, to nic złego nie może z niej wyniknąć…

Może i państwo wybraliby sie któregoś dnia do San Francisco…

Albo przynajmniej wpięli kwiatek we włosy… jeśli jeszcze państwo jakieś mają…

Jacek Pałasiński

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. BM 2012-08-27
  2. Moniek 2012-08-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com