Paweł Świeboda: Strefa zapomnienia

2012-09-13 Waga gatunkowa Ukrainy jest dzisiaj na tyle niska, a poziom frustracji i znie­cierpliwienia Europą Wschodnią na tyle wysoki, że potencjalna perspektywa bliższego związku ukraińsko-rosyjskiego nie ma szans, by pobudzić wyobraźnię unijnych strategów.

Mistrzostwa Europy na chwilę przypomniały fanom piłki nożnej w Unii Europejskiej o istnieniu dużego sąsiada, któremu coś udaje się od czasu do czasu osiągnąć. Parę miesięcy później sytuacja wraca jednak do normy, a Ukraina ponownie chowa się za zasłoną własnego zagmatwania. Dla Unii jest to sytuacja komfortowa. Nie musi martwić się nadmiernie rozbudzonymi ambicjami wschodniego sąsiada. Ma z głowy prowadzenie wrażliwych wewnętrznie dyskusji o strategicznym wymiarze procesu rozszerzenia. Może skupić wysiłki na Bałkanach Zachodnich, które dostarczają wystarczająco dużo wyzwań, aby dać zajęcie urzędnikom Komisji Europejskiej.

Szczęście w nieszczęściu

Paradoksalnie, w wymiarze ekonomicznym jest to także pewnego rodzaju komfort dla Polski. Nie musimy gimnastykować się, jak utrzymać konkurencyjność pod presją tańszych produktów zza naszej wschodniej granicy. Nie musimy dzielić się środ­kami na rozwój z Brukseli. Możemy odcinać kupony z bliskich relacji z Niemcami, dla których jesteśmy coraz ważniejszym dostawcą. W zasadzie nie znamy ryzyka związanego z przenoszeniem produkcji za granicę. Żyjemy w głębokiej nieświado­mości, jak łatwo jest zamknąć w jednym miejscu fabrykę i otworzyć ją w innym. Szybko rozwijająca się Ukraina czy też Białoruś zmusiłyby nas do wysiłku, innowacji i szybszego poszukiwania większej wartości dodanej. Wschodni sąsiedzi pogrążeni w stagnacji to dla nas brak konstruktywnej konkurencji.

Pod względem bezpieczeństwa oraz w wymiarze strategicznym Europa Wschodnia jest przez nas postrzegana jako wyzwanie tylko wtedy, gdy staje się wysuniętą placówką Rosji. Na razie odnosi się to tylko do Białorusi. Panicznie obawiamy się „utraty” Ukrainy, tym bardziej że byłoby to fiaskiem flagowego projektu polskiej dyplomacji. Nie boimy się już za to niekontrolowanego napływu imigrantów. Mamy jedną z najlepiej strzeżo­nych granic w Unii Europejskiej. Jak ocenia agencja do spraw granic zewnętrznych Unii  Frontex, przez granicę nowych państw członkowskich trafia do Wspólnoty zaledwie l procent nielegalnej imigracji. To na dziś daje nam gwarancję spokojnego trwania.

Plecami do Wschodu

Tymczasem siła grawitacji unijnej polityki sąsiedztwa przeniosła się do Afryki Północnej, postrzeganej przez większość państw członkowskich jako większe niż Wschód wyzwanie z punktu widzenia potencjalnego wpływu na bezpieczeństwo i stabilność. Statystyki dotyczące etnicznej i narodowościowej mozaiki wielu euro­pejskich miast mówią pod tym względem za siebie. Co gorsza, w rywalizacji wielkich społecznych mobilizacji pomarańczowa rewolucja nieodwołalnie straciła prymat na rzecz arabskiej wiosny. Jest to tym bardziej dotkliwe, że raz uruchomiona wielka społeczna energia i siła ludzkich aspiracji rzadko daje się w krótkim czasie wykrzesać po raz drugi. Tymczasem rewolucje w świecie arabskim mają dla Europy tym większą wartość, że są procesami przemian w krajach, które miały być na nie zaimpregnowane. Przez lata mówiło się, że społeczeństwa arabskie są niemal genetycznie niezdolne do zaakceptowania demokratycznych reguł gry. Ponadto, wielkie przemiany dzieją się w regionie, wobec którego Unia ma moralne zobowiązania zarówno z okresu kolonizacji, jak i późniejszych ożywionych relacji z lokalnymi autokratami.

 

„Perswazyjna polityka Unii Europejskiej, wspótkształtowana przez Polskę, straciła moc sprawczą”.

 

Poczucie rezygnacji, jakie dominuje w postrzeganiu Europy Wschodniej w Unii Europejskiej, jest także pochodną powrotu Władimira Putina do prezydentury na Kremlu. W Europie Zachodniej powszechnie założono, że czasy rządów Putina

 

nieuchronnie należą do przeszłości. Wszyscy główni przywódcy europejscy zainwestowali w stu procentach w relacje z prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem, zakładając mylnie, że symbolizuje on nową Rosję, która będzie się modernizować w symbiozie z Unią Europejską. Kanclerz Merkel spotkała się z premierem Putinem zaledwie dwa razy w czasie prezydentury Miedwiediewa, głęboko wierząc, że zmiana na firmamencie władzy w Rosji jest trwała. Europa Wschodnia zawsze miała charakter pomocniczy w projekcie oddziaływania na rosyjską transformację, którego waga gatunkowa ma dla Unii Europejskiej kolo­salne znaczenie. Jeżeli słabną szansę na przekształcenia w Rosji, mniejsze jest także znaczenie Europy Wschodniej i kierunku jej rozwoju. 

W Brukseli bagatelizuje się imperialne zapędy prezydenta Putina. Jego zamysł utworzenia Unii Euroazjatyckiej jest traktowany jako nieszkodliwy i skazany na niepowodzenie. Dominuje założenie, że Ukraina po dwudziestu jeden latach nie­podległości nie jest już zdolna do zaangażowania w jakikolwiek związek z Rosją, który redukowałby jej swobodę manewru. Koronnym argumentem mają być umowy w sprawie dzierżawy portu dla floty czarnomorskiej oraz umowy energetyczne, które nie wyszły w pełni Wiktorowi Janukowyczowi na zdrowie. Waga gatunkowa Ukrainy jest dzisiaj na tyle niska, a poziom frustracji i zniecierpliwienia Europą Wschodnią najyle duży, że potencjalna perspektywa bliższego związku ukraińsko-rosyjskiego nie ma szans na pobudzenie wyobraźni unijnych strategów.

Regres w sercu regionu

Politykę sąsiedztwa Unii Europejskiej wymyślono po rozszerzeniu o państwa Europy Środkowej i Południowej w 2004 roku po to, aby pokazać, że Unia nie za­myka się w powiększonej fortecy, ale chce także mieć „grono przyj aciół” w swym najbliższym otoczeniu. Samej Unii Europejskiej było to potrzebne do wzmocnienia jej poczucia własnej wartości i witalności oraz siły oddziaływania. Tymczasem tur­bulencje Europy Wschodniej wskazują niezaprzeczalnie na ograniczenia polityki sąsiedztwa, umowa stowarzyszeniowa z Ukrainą, którą wynegocjowano w ciągu ostatnich pięciu lat i parafowano w marcu tego roku, była testem nowego jakościowo podejścia z odwróconą wersją własnego, unijnego modelu integracji.

W zamyśle projekcji na zewnątrz wszystkiego, co składało się na sukces integracji europejskiej, nowy rodzaj porozumienia wypracowywanego z Ukrainą miał być ofertą zastrzeżoną dla ekskluzywnej grupy najbliższych sąsiadów oraz wzorem do naśladowania wśród liderów przemian, także w Afryce Północnej. Co najważniejsze, umowa stowarzyszeniowa miała mieć charakter transformacyjny, utrwalając demo­kratyczne procedury państwa prawa oraz doprowadzając do stopniowych przemian w sposobie zarządzania krajem.

Dziś już wiadomo, że nawet jeżeli umowa wejdzie w najbliższym czasie w życie, zostanie niemal w całości pozbawiona funkcji impulsu do zmiany cywilizacyjnej na Ukrainie. Kijów od dawna postrzegał zresztą cały proces w kategoriach standardowej umowy handlowej z wymiernym zestawem materialnych korzyści, o które trzeba się do skutku targować. Wymiar transformacyjny umowy stowarzyszeniowej przestał mieć rację bytu w świetle stopniowego utrwalania przez prezydenta Janukowycza i jego rodzinę wpływów w państwie, w tym w administracji podatkowej, wymiarze sprawiedliwości, organach ścigania i banku centralnym. Perspektywa zbliżenia z Unią Europejską przestała mieć jakikolwiek wpływ na przeciwdziałanie utrwala­niu nepotyzmu jako organizującej zasady dla rządów Janukowycza. Nic dziwnego, że najstarszy syn prezydenta, Ołeksandr, jest dzisiaj jedną z najbogatszych osób w państwie.

Perswazyjna polityka Unii Europejskiej, współkształtowana przez Polskę, straciła tym samym moc sprawczą. Dylemat, jaki pozostaje, to wybór między jej kontynu­acją w charakterze „mniejszego zła” a zawieszeniem do czasu powrotu Ukrainy na ścieżkę demokratycznych i wolnorynkowych przemian. Zwolennicy tej pierwszej opcji powtarzają nieustannie, że sytuacja na Ukrainie zawsze może pogorszyć się jeszcze bardziej. Zwracają także uwagę, że obraz sytuacji na Ukrainie nie jest jednoznaczny. Jest wielki regres, ale są także obszary, gdzie sensowne zmiany są dokonywane. Nie jest tak, że prezydent Janukowycz nie robi nic dla odzyskania przez ukraińską gospodarkę sterowności. Ma świadomość, że jego dni będą prędzej czy później policzone, jeżeli doprowadzi kraj do upadku. Reformy na rynku pracy lub w systemie emerytalnym oznaczają co prawda, że ciężar dostosowania staje się przede wszystkim udziałem uboższej części społeczeństwa, ale wpisują się w nurt zmian podejmowanych w całej Europie.

Demokracja w potrzebie

Nic nie wskazuje na możliwość przełomu, jeżeli chodzi o sprawę Julii Tymoszenko i uwięzionych przedstawicieli opozycji, w tym byłego ministra spraw wewnętrz­nych Jurija Łucenki. Skala osobistej niechęci, a de facto nienawiści pomiędzy byłą premier a prezydentem Janukowyczem oznacza, że powrót Tymoszenko do życia politycznego przed wyborami parlamentarnymi pod koniec października, a nawet prezydenckimi w 2015 roku, jest bardzo mało prawdopodobny. Janukowycz zrobi wszystko, aby temu zapobiec. Tymczasem w październikowych wyborach będzie on dążył do uzyskania większości parlamentarnej pozwalającej mu na zmianę konstytucji i potencjalne wprowadzenie zasady wyboru prezydenta przez parla­ment w 2015 roku. Być może bezwiednie zmierza w kierunku modelu „lepszego Łukaszeńki”, bardziej sprytnego, mniej uzależnionego od Rosji, próbującego grać na kilku fortepianach jednocześnie.

Przewidziane na 28 października wybory parlamentarne będą wielkim testem intencji Janukowycza oraz zdolności opozycji do mobilizacji przeciwko niemu. Jest szansa, że będą praworządne, niezależnie od dwuznacznych intencji kandydatów starających się o miejsca w parlamencie. Co istotne, zmiany w prawie wyborczym nastąpiły na rok przed wyborami, a nie jak zawsze tuż przed nimi. To jest teo­retycznie dobry znak, chociaż nowy system wyborczy – z połową kandydatów wyłanianych z list partyjnych, a połową bezpośrednio – ułatwi manipulację wyni­kiem. Partia Regionów ma dzisiaj kilkanaście procent poparcia, a opozycja zaczęła proces konsolidacji. W normalnych warunkach oznaczałoby to fascynującą walkę wyborczą. Na Ukrainie może być pokusą dla partii władzy do wyborczych nadużyć. Nieprawidłowości, jakie towarzyszyły wyborom burmistrza Obuchowa w marcu tego roku, pokazują, że ryzyko takiego scenariusza jest realne. Zarówno dla Unii, jak i dla Stanów Zjednoczonych październikowe wybory będą miały zasadnicze znaczenie dla ich polityki względem Ukrainy na najbliższe lata.

“W UE i USA coraz częstszym postulatem jest objęcie Wiktora Janukowycza i najbliższego otoczenia sankcjami wizowymi oraz zamrożeniem kont w bankach”.

Prezydent Janukowycz wykonuje gesty świadczące o tym, że czuje ryzyko peł­nej deklasyfikacji do grona autokratów w oczach społeczności międzynarodowej. Ewidentnie w celu zapobieżenia takiej sytuacji spotkał się w kwietniu z delegacją Freedom House. Dał też zielone światło do wsparcia nowych rozwiązań, w tym legislacyjnych, dotyczących organizacji pozarządowych, dostępu do informacji i otwartego rządu. Z drugiej strony nie ulega wątpliwości, że na Ukrainie pogarszają się warunki do funkcjonowania wolnych mediów. Nie słabnie także wirus korupcji. Nepotyzm polityczny i gospodarczy oraz zawłasz­czanie ukraińskiego życia publicznego oznaczają, że prezydent Janukowycz uruchomił spiralę prowadzącą go prostą drogą w stronę autokratycznych rządów, nawet jeżeli sam nie ma do końca tego świadomości.

Jednocześnie Wiktor Janukowycz jest w dalszym ciągu przekonany, że Brukseli z nieznanego powodu w sposób szczególny zależy na Ukrainie. Ewidentnie ma zniekształcony obraz sytuacji, co z pewnością przynajmniej częściowo wynika z faktu, że Unia nie wysyła jasnych komunikatów. Bruksela sprawia wrażenie, że można z nią w każdej sytuacji negocjować.

Oczekiwanie poprawy sytuacji w obszarze rządów prawa i niezależności wymiaru sprawiedliwości jest zbyt luźno sformułowane, aby miało rzeczywisty efekt. Nawet jeżeli chodzi o Julię Tymoszenko, ze strony Unii mamy równocześnie apele o jej bezwarunkowe zwolnienie, jak i wyrazy oczekiwania, że przeciwko niej nie będą wnoszone nowe sprawy. Jedno z drugim nie jest tożsame. Otwarte pozostaje pytanie o aktywizację ukraińskiego społeczeństwa. Poziom zniechęcenia osiągnął gigantyczne rozmiary, co prowadzi do masowego dystansowania się od polityki. Za wygraną nie dają natomiast organizacje pozarządowe i część mediów. W niektórych przypadkach można nawet mówić o wyższym poziomie aktywności niż w początkowym okresie rządów Janukowycza.

Kwadratura koła

W Unii Europejskiej i w Stanach Zjednoczonych coraz częstszym postulatem jest objęcie prezydenta Janukowycza, jego rodziny i najbliższego otoczenia sank­cjami wizowymi oraz zamrożeniem aktywów w europejskich i amerykańskich bankach. Jest to procedura, którą zarówno Unia, jak i Stany Zjednoczone opa­nowują do coraz większej perfekcji w świecie. Niezależnie od efektów, daje ona poczucie dobrze spełnionego obowiązku. W przypadku Ukrainy oznaczałaby ona w praktyce przypisanie jej do tej samej kategorii co Białoruś. W razie istotnych wątpliwości co do przebiegu październikowych wyborów parlamentarnych uruchomienie cyklu zdarzeń, który doprowadziłby do tego rezultatu, byłoby nieuchronne. Oznaczałoby to de facto uznanie, że w okresie rządów )anukowycza nic pozytywnego nie może się wydarzyć, jedynie nagły powrót fali demokraty­zacji na wzór birmański mógłby wówczas zapobiec dłuższemu okresowi izolacji.

Dla Polski cała ta sytuacja jest prawdopodobnie największym wyzwaniem w poli­tyce zagranicznej od czasu wejścia do Unii Europejskiej. Głównie dlatego, że nie ma w niej dobrych rozwiązań, a cele nie zawsze są ze sobą kompatybilne. Stąd też Polska musi przede wszystkim odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest dla niej najważniejsze – utrzymanie podmiotowości Ukrainy i przeciwdziałanie ekspansji rosyjskiej strefy wpływów, stabilność wewnętrzna na Ukrainie w połączeniu z poprawą perspektyw gospodarczych czy też intensywna demokratyzacja oraz poszerzenie sfery swobód obywatelskich i gospodarczych. Jest mało prawdopodobne, aby w najbliższym czasie udało się wszystkie trzy cele zrealizować jednocześnie. Można w zasadzie wykluczyć możliwość ich realizacji za rządów prezydenta ]anukowycza.

Tradycyjne polskie podejście do Ukrainy oznacza konsekwentną i nieustępli­wą wiarę, że kraj ten prędzej lub później zechce powtórzyć nasze doświadczenie transformacyjne i europejskie. Za wszelką cenę bronimy się przed konstatacją, że może być inaczej, nawet jeżeli wszystko na to wskazuje. W czasach „głębokiego Janukowycza” jest to równoznaczne z kwadraturą koła, czyli próbą pożenienia roz­bieżnych celów i stworzenia Ukrainie „kolejnej szansy”. W praktyce oznacza to trzy rzeczy: po pierwsze i najważniejsze, pracę organiczną w obszarze demokratyzacji i poszerzenia swobód obywatelskich oraz wolności mediów i walki z korupcją, po drugie, przejrzyste i jednoznaczne komunikaty polityczne pod adresem prezydenta lanukowycza oraz, po trzecie, zapewnienie ciągłości relacji ekonomicznych, wraz ze wsparciem Brukseli dla ukraińskiego procesu reform.

Wobec partnerów europejskich Polska będzie musiała podjąć wielki wysiłek wy­kazania pełnej złożoności sytuacji na Ukrainie. )est mało prawdopodobne, abyśmy spotkali się przy tym z nadmierną dozą dobrej woli ze strony partnerów. Istnieje też niestety cienka czerwona linia, za którą nawet Polska będzie musiała odstąpić od wspierania Ukrainy Janukowycza wszelkimi możliwymi środkami. Dobrze byłoby, gdyby rządzący na Ukrainie mieli świadomość, że gdy przedawkują autorytaryzm i zagrożą pozostałym przestrzeniom demokracji i swobód obywatelskich, mogą stracić swojego ostatniego sojusznika w Unii.

Paweł Świeboda

jest prezesem demosEUROPA – Centrum Strategu Europejskiej (www.demoseuropa.eu),

jednego za najważniejszych think tanków w Polsce.


Nowa Europa Wschodnia, nr 5/2012

 

 

 

 

 

 

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. andrzej Pokonos 2012-09-14
  2. Marian . 2012-09-14
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com