Marian Marzyński: Rok 1987

2012-09-14. Warszawa. Miasto, w którym się urodziłem i mieszkałem przez ponad 30 lat. Moją twarz dziennikarza telewizyjnego rozpoznawano na ulicy. Po osiemnastu latach emigracji odwiedzam rozpadający się kraj. Partia komunistyczna, która jeszcze niedawno za kryzys obwiniała strajki „Solidarności”- teraz przyznaje, że zawiniła socjalistyczna gospodarka i zachęca ludzi, aby sami zajęli się gospodarką.

Wiejski rynek w sercu stolicy. Wielu sprzedawców i kupujących o kapitalizmie uczyło się na uniwersytetach, tutaj próbują jego prawdziwego smaku.

Wspomnienia z mojej młodości. Podczas zimnej wojny, gdy McCarthy polował na komunistów w Ameryce, polska milicja polowała na kapitalistów w Warszawie. Z braku lepszych kandydatów, ja, wówczas 10 letni chłopiec, zostałem aresztowany przed ambasadą USA pod zarzutem oglądania amerykańskiego filmu, który pokazywany był w środku.

40 lat później, brak wolności jest wciąż dotkliwy. Jeden z przywódców “Solidarności”, Janusz Onyszkiewicz staje przed sądem za wygłaszanie swoich poglądów. Opowiedział zachodniej prasie, że podczas demonstracji majowej milicja biła uczestników drewnianymi kijami. “W wyposażeniu milicji nie ma takich instrumentów”, twierdzi rząd, “używamy tylko palek gumowych”. Onyszkiewicz pokazuje zdjęcie milicjanta w cywilu trzymającego w ręku drewniany kij od transparentu, ale sędzia nie uznaje tego jako dowód. “To parodia sprawiedliwości” – komentuje kobieta. “Stanąłem przed sądem” – mówi mi Onyszkiewicz – „za wzniecanie niepokoju w społeczeństwie”.

W Rosji objął władzę komunistyczny reformator. W Polsce nie znaleziono jeszcze polskiego Gorbaczowa. Jednym z kandydatów jest Mieczysław Rakowski, który był negocjatorem rządowym w rozmowach z “Solidarnością’, a później planował stan wojenny. Ma 62 lata i doktorat z historii. Każdego rana ochroniarz przywozi go do hotelu Wiktoria gdzie żeby zachować formę przepływa dziesięć długości basenu. Za moich czasów był redaktorem “Polityki”, tygodnika partyjnego, znanego z liberalizmu. Jednak jego działania na rzecz rozwiązania “Solidarności” kosztowały go nie tylko reputację liberała, ale i utratę rodziny: żona i dwaj synowie synów wyjechali na Zachód.

“Próbuje pan uczłowieczyć komunistów”, mówię mu na przywitanie w jego gabinecie w Sejmie. Rakowski przytakuje i proponuje, abym wybrał się z nim na spotkanie z załogą rafinerii naftowej w Płocku, zbudowanej w latach siedemdziesiątych kosztem czterdziestomilionowego długu, zaciągniętego w zachodnich bankach. Stan wojenny wstrzymał nowe pożyczki. Płock nie ma środków na części zamienne i remonty. “Polska gospodarka jest jak wąż pożerający własny ogon” – mówi Rakowski w swoim rządowym “Peugeocie”, którym mkniemy do Płocka 150 kilometrów na godzinę.

Rakowski wybrał bezpieczne miejsce, w Płocku nie było strajków, pracują tu wykwalifikowani robotnicy, obsługujący drogie maszyny. Organizacja partyjna przygotowała tych, którzy będą odpowiadać na pytania sekretarza KC.

Jak robota? W porządku. Jakie macie problemy? Żadnych. Żona wasza pracuje? Ile zarabia? Nauczycielka, 25 tysięcy miesięcznie, razem wychodzi nam 75. Ile macie dzieci? Trójkę. A ile dodatku na dziecko? Dwa tysiące. To razem 81, oblicza Rakowski, nie wliczając premii, tak? Zgadza się. Mieszkanie macie? 30 metrów na nasza piątkę. Wiążecie koniec z końcem? Wystarcza na jedzenie i ubrania dla dzieci. Nie macie żadnych oszczędności? Nie. Ale musicie mieć jakieś 20-30 tysięcy? – naciska Rakowski. Nic podobnego. Nie mamy nic.

W drodze powrotnej pytam Rakowskiego, co by było z “Solidarnością”, gdyby w roku 1982 Gorbaczow był już u władzy, czy znaleźlibyście jakieś rozwiązanie polityczne i uniknęli stanu wojennego. “Myślę, że tak, ale jest to historyczny paradoks” – odpowiada Rakowski – „bo bez stanu wojennego w Polsce nie byłoby Gorbaczowa w Rosji. Problem, przed którym stoimy, teraz tak on jak i my, to jak przejść od starego kolektywizmu do indywidualizmu, stanowiącego podstawę kapitalizmu? Niestety, próbuje przekonać mnie Rakowski, większość Polaków akceptuje kolektywizm, bo w tym systemie nie trzeba brać odpowiedzialności za własne życie.

Leon Zembrzuski nie boi się takiej odpowiedzialności, zostawił prace polskiego dyplomaty w Londynie, kupił BMW i wrócił do Warszawy, wynajął barak, od państwowej fabryki odkupił dwie stare tokarki, zatrudnił dwóch najlepszych w tej fabryce robotników, podwajając im zarobki. Na zamówienie brytyjskiego klienta Lech produkuje przekładnie, używane w silnikach lotniczych. Co sześć tygodni wysyła mu osiem sztuk, 1200 dolarów za sztukę.

Licząc na większe zyski, Zambrzuscy chcą wybudować dom. Odwiedzają prywatnego przedsiębiorcę budowlanego Juliana Lechowicza, który wyemigrował do Ameryki, gdzie przez 20 lat budował domy na konstrukcji drewnianej, nieznanej w Polsce. Gdy usłyszał o “pierestrojce”, biznes przekazał synowi i wrócił do Warszawy.

Julian planuje z rozmachem. Mówi Zembrzuskim, że są już projekty kolejnych 800 domów, a transakcja kupna ziemi prawie sfinalizowana. Prawie? Martwi się żona Anna, myśleliśmy, że już ja mamy! Dajcie spokój, odpowiada amerykański kapitalista, wiadomo, że z biurokracją nic się nie da zrobić szybko. Pytanie Leona: jak można w pół roku zbudować dom, skoro nie macie jeszcze drewna na budowę? Przecież tyle trwa żeby wyschło. „My, Amerykanie, kochamy wyzwania i wiemy jak rozwiązywać problemy”, odpowiada Julian, prosząc ich o wybranie szafek kuchennych: mamy wszystkie kolory od ciemnych po jasne, jedynym problemem jest to, że żaden nie pasuje do białych, radzieckich lodówek.

Julian zabiera Zembrzuskich na teren, gdzie stanąć ma ich dom. Ziemia ta wciąż należy do rolników, którzy dostali ją po reformie rolnej. Do niedawna nie można było jej sprzedawać, teraz Julian chcą ja kupić z 90-procentowym państwowym kredytem hipotecznym. “To która działka jest nasza?” – pyta Anna. “Będzie wyznaczona pomiędzy ta najwyższą brzozą po lewej stronie i drugą krową po prawej” – odpowiada Julian.

“Do niedawna każdy kawałek teflonu pochodził z importu, a Polska technologia leżała na półce” – opowiada mi Marek Złotopolski, 33-letni chemik, który chce otworzyć własną produkcję teflonowych rurek. Kupił opuszczoną fabrykę, która nazwał “Ziemia Obiecana”. Oczekuje, że państwo da mu pożyczkę na rozpoczęcie produkcji. Odwiedzamy te ziemie wspólnie z jego partnerem – architektem, który właśnie wrócił ze spotkania w państwowej agencji do spraw prywatnych przedsiębiorców i nie może uwierzyć w głupotę biurokratów: ich kontrakt nie został zaakceptowany. Ale Marek nie traci nadziei: “za rok wszystko tu będzie wykończone, na ścianie będzie wisiało logo firmy, samochody na parkingu, zobaczycie.”

Odwiedzam kogoś, komu już się udało. Pierwsze pieniądze zarobił jako kierowca rajdowy Audi. 25 lat temu zainwestował w prywatny biznes. Dziś, w środku pustego pola, Sobiesław Zasada buduje chłodnie na polskie truskawki czekające na transport do Niemiec, tuż obok otworzył nowy biznes: jego zięć, dentysta, powiedział mu któregoś dnia: “w Polsce jest tylko jeden zakład produkujący protezy, zaspakajający tylko 15 procent potrzeb rynku, reszta pochodzi z importu, kupmy używane maszyny i produkujmy w Polsce akrylowe zęby.” Pojechali do plajtującej niemieckiej fabryki kupując tysiące protez, które teraz sortują z nadzieja, że sprzedadzą 5 tysięcy zestawów protetycznych w tym roku. W części budynku przekształconej w zakład protetyczny rozpocznie się produkcja, gdy tylko truskawki przyniosą pierwszy zysk.

Jeszcze bardziej niż protez brakowało w Polsce dobrze działających zamków błyskawicznych. Zabrał się za nie Zasada, który pieniądze zarobione na zamkach inwestuje w warzywa i owoce. Pracownikom poza lepszymi zarobkami zapewnia przywileje socjalne, miedzy innymi bezpłatne leczenie zębów w prywatnej klinice zięcia.

Perłą w koronie Zasady jest niewielki luksusowej klasy samochód, napędzany przez silnik z kosiarek do trawy, produkowanych w firmie Briggs&Stratton w Milwaukee; plastikowa karoseria, farba i opony są z Niemiec, tylko robocizna jest polska, Sprzedaje ich dwa tysiące rocznie. Jeżeli zamówienie jest dla synka szejka z Arabii Saudyjskiej, samochód kosztuje dwa tysiące dolarów, w Europie tylko tysiąc. Porsche jest najbardziej chodliwą marką.

Pół godziny drogi od fabryki Zasady znajduje się huta imienia Lenina, pomnik socjalistycznej gospodarki, wystawiony w latach ’50. Wytwarzając najniższej jakości stal – której kiedyś potrzebowali Rosjanie – przy użyciu technologii sprzed dekad, ta zatrudniająca 16 tysięcy ludzi huta powinna była być już dawno zamknięta.

Maciej Szumowski, mój dawny kolega- reporter z telewizji, prowadzi mnie do cmentarza przy hucie. “Jak można pozbyć się tej patriotycznej huty, o której pisano wiersze i piosenki przez ponad 40 lat?” – pyta Maciej. Rozmawiamy o katastrofalnym zanieczyszczeniu, przekraczajπcym nieraz czterdziestokrotnie dopuszczalne normy, jakie wytwarza ten przemysłowy potwór. “Śmierć jest tu wszechobecna. Przychodzi prosto z powietrza” – mówi Maciek i tłumaczy mi ekonomię pogrzebów: „grób na pięć osób, jedna trumna nad drugą, kosztuje ponad milion złotych i jest oznaką pozycji społecznej; to więcej niż średnie zarobki z dwóch lat, ale i tak nic w porównaniu z ceną mieszkania”.

W mieszkaniu Maciej pokazuje mi filmy z ostatnich strajków w Hucie. Niosą transparenty skandując: chcemy chleba i wolności. “Takie protesty zwykle doprowadzają partie do histerii” – mówi Maciek –„działacze partyjni najpierw zapewniali robotników, że będą z nimi negocjować, po czym zmienili zdanie i w środku nocy wysłali grupy antyterrorystyczne”.

Dziele się z Maciejem opinią Rakowskiego o robotnikach, rozpuszczonych przez kolektywizm. “To oburzająco aroganckie”- odpowiada –„szczególnie, gdy pada z ust działacza partii, która mieni się robotniczaπa, wciąż to samo myślenie: biurokraci nie są zadowoleni z robotników, wiec należy zmienić robotników. Społeczeństwu brak dyscypliny, zatem zmieńmy społeczeństwo. A może partia powinna pozbyć się samej siebie, skoro nie odpowiada ani robotnikom, ani społeczeństwu?”

Maciej wyjawia mi swoje radykalne rozwiązania. Radzi mi zapomnieć bajkę o zielonym świetle dla kapitalizmu. “Na razie oddali kilka kurników do prywatnego użytku, często w ręce byłych szefów SB lub innych koleżków. Zachodni kapitał jest dla Polski jedyną drogą. Klienci się znajda, niech tylko państwo zamknie kilka deficytowych zakładów, ale to pogrzebałoby partię, a na to nie są jeszcze gotowi.”

Emigracja to wyjście dla wielu. Każdego ranka około 1500 osób staje w kolejce do ambasady Niemiec, tylko setka dostanie wizy. O amerykańską wizę jest jeszcze trudniej, tak mówi się w tłumie przed ambasadą USA. Wszyscy z nich to przyszli turyści, którzy chcą zacząć pracować. Ale muszą przekonać konsula, że na nic podobnego nie maja ochoty i przedstawić dowód na finansową niezależność: ładne ubrania, prawo jazdy, czasem zdjęcie domu sąsiada, raz widziano tu kogoś w smokingu. “Z tak zacnym wyglądem” – pocieszam starszego pana –„nikt nie będzie podejrzewał, że chciałby pan zamiatać podłogi w amerykańskim supermarkecie”.

Grażyna Michalska też chce wyjechać. Ma dwadzieścia lat i studiuje na uczelni rolniczej w Warszawie. Należy do pokolenia, które mówi o sobie “bezdomni”. Mieszkając z rodzicami nigdy nie zarobią milionów złotych potrzebnych do kupna własnego mieszkania, a na lokal z przydziału trzeba czekać 50 lat. Grażyna i jej siostra bliźniaczka Ania mieszkają w małym pokoiku. W drugim mieszkają rodzice, kuchnia jest zbyt mała, by jeść w niej posiłki, ale w Warszawie uchodzi to za mieszkanie o wysokim standardzie. “Co będzie jak wszyscy wyjedziemy?” – pyta siostra Grażyny – “dla Polski byłaby to tragedia, nie można z góry mówić, że wszystko się rozsypie”. „Niech się rozsypie” – odpowiada Grażyna.

Pokazuje mi ogródek działkowy, jaki państwo przyznało jej rodzicom w nagrodę za dobrą pracę. Dziś taka działka, to jeden z najbardziej chodliwych towarów na wolnym rynku. Sto metrów kwadratowych ogródka z maleńkim domkiem to równowartość rocznej pensji. Ludzie nie tylko hodują tu owoce i warzywa na własny użytek, ale często sprzedają swoje produkty sąsiadom. Rodzice Grażyny, oboje emeryci, spędzają tu co najmniej sześć miesięcy w roku, nazywając działkę swoją “oazą spokoju”.

“Nie mam żadnej nadziei, rozumiesz?” – mówi mi Grażyna – „ani żadnych perspektyw na przyszłość. Nie chodzi tylko o gospodarkę, trzeba się dobrze czuć wśród ludzi a mnie jest smutno”. Co o cię martwi? Rząd? Ludzie dookoła? „Jedno i drugie, mieszkając w tym kraju, nie czujesz się wolnym, nie możesz mówić tego, na co masz ochotę, ani robić tego, co chcesz, ludzie żyją w ciężkich warunkach, dlatego są nerwowi i przez cały czas źli. Ciężko się z nimi dogadać i żyć”.

Warszawskie lotnisko. Miejsce, gdzie sny o odlocie zmieniają się w rzeczywistość. Jest tu kobieta, kto to wszystko przeżyła: na długo przed Gorbaczowem ogłosiła swoją osobistą pierestrojkę i wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Przez osiem lat nie widziała swojego męża Antoniego, ślubu żadnego z synów, narodzin dwóch wnuków.

Znam ją z Chicago. Po drugiej stronie ulicy, w sześciopokojowej rezydencji, mieszkało małżeństwo prawników z dwójką małych dzieci i dwoma dużymi psami. Olimpia była ich gospodynią, sprzątała, robiła zakupy, gotowała i woziła dzieci do szkoły, na basen, lodowisko, tańce i lekcje gry na skrzypcach. W niedziele zwykle zapraszaliśmy ją do siebie aby porozmawiać po polsku.

“Widzisz tego czerwonego Poloneza?” – pyta ją syn na lotnisku – „to właśnie twój samochód, nawet rząd z takich korzysta”. To jeden z dwóch samochodów, jakie Olimpia kupiła synom za pieniądze zarobione w Ameryce. Kupiła też każdemu mieszkanie.

Teraz w dwa Polonezy, wiozą ja do rodzinnego Białegostoku, gdzie osiem lat temu sąsiad załatwił jej zaproszenie od “amerykańskiego kuzyna”. Turystką była przez pierwszych sześć miesięcy. Przez następne siedem i pół roku musiała się ukrywać, aż do czasu amnestii, ogłoszonej niedawno, dzięki której dostała kartę stałego pobytu i możliwość podroży do Polski.

“Dziękujemy za wszystko, co dla nas zrobiłaś” – w jej mieszkaniu w Białymstoku, wznosi toast syn, Tomasz. “Mamy nadzieje, że twój urlop wypełnią miłe chwile z nami.” „Szkoda, że nie ma z nami reszty rodziny” – mówi Olimpia. Pozostali wciąż mieszkają na wsi. Wybieramy się do nich.

Północno-wschodnia Polska znana jest że swego piękna i nieurodzajnej ziemi. Tu mieszka jej jedyny żyjący brat z żoną, dwiema córkami, zięciami i dwiema wnuczkami. “Brat nie miał wyobraźni, kiedy stawiał ten dom” – mówi Olimpia „za duża kuchnia, a za mało miejsca do spania dla 8 osób. Mówiłam mu, że głupio dom buduje, ale zamiast słuchać mnie, słuchał swojej żony. Jak chłop się uprze, to nic nie poradzisz.” Gospodarstwo utrzymuje się z hodowli świń, dwanaście prosiąt to ich jedyny dochód, bo na 16 hektarach nic nie chce rosnąć.

Janek, mąż bratanicy Ewy, który utrzymuje rodzinę pracując jako kamieniarz na pobliskim cmentarzu, wziął wolne – i wszyscy idą na ryby. Tomasz ogłasza, że przyjechała ciocia z Ameryki. Olimpia zarabia w Chicago 300 dolarów tygodniowo. Sto dolarów, które właśnie dała swojej bratanicy, to pieniądze, które Olimpia zarabia w dwa dni, tu są warte 183 tysiące złotych, na gospodarstwie pod Białymstokiem nie zarobi się tego przez rok.

„Dlaczego nie pocałujesz cioci?”- pyta swojego męża Ewa. „Dajcie spokój” – mówi Olimpia, “za sto dolarów nie musicie mnie całować dziesięć razy.

„Może jestem starej daty”- mówi Olimpia do bratanicy – “ale to przecież ciemnota, żeby tak ciepło ubierać dziecko.” –

“Patrzcie na nią, gada jakby była z Ameryki”- odpowiada Ewa.

Olimpia demonstruje swój angielski rodzinie, prosząc mnie, abym był jej tłumaczem. Mówi o ciężkim życiu w swojej wsi i o tym, jak marzyła by wyjechać do miasta. Do miasta ciągnął ja zapach pomarańczy: „dlaczego nie mieszkamy w mieście, gdzie można jeść pomarańcze?”

Urodziła się w gospodarstwie naprzeciwko. Teraz mieszka tam wdowa po jej młodszym bracie i jej bratanek Kazik, z żoną i dzieckiem. Na stole stoi talerz ogórków zwany “mizeria”. Bo jakkolwiek by ciężko było, rolnika zawsze stać było na mizerny talerz ogórków.

Trzymając w ręku 50 dolarów, Olimpia strofuje bratanka: “Mógłbyś wreszcie przestać pić” – mówi ciocia z Ameryki. Ale Kazik ma odpowiedz: “ciężko nam się żyje, chłop musi utopić smutki, szklanka czy dwie wódki i człowiek od razu jest weselszy.”

Brat Olimpii daje nam wykład z ekonomii. “Kiedyś Żyd miał tu fabrykę, pracowało dla niego 300 ludzi, a Żyd, jego córka i zięć – tylko ich troje! – prowadziło interes. Przyszli komuniści i zabrali im fabrykę. Teraz dalej pracuje tam 300 ludzi, a wiecie ilu z nich to urzędnicy? Stu pięćdziesięciu.”

Nie znalazłem w Polsce Gorbaczowa, lecz znalazłem kobietę, która swoją ciężką pracą odbudowuje Polskę, Według statystyk, polskie Olimpie zarabiają więcej walut niż wart jest cały eksport państwa.

Przed odjazdem, Olimpia odwiedza przyjaciółkę Danutę, która również sprzątała domy w Stanach, po czym wróciła, przywożąc ze sobą dwanaście sukien ślubnych, które teraz wypożycza na śluby. Jej córka, Danuta za parę dni wychodzi za mąż. Urszula będzie śpiewać na ślubie piosenkę, którą ćwiczy ze swoją gitarą: “Wierzymy w każdą miłość i prawdę wiedząc, że to tylko złudzenie, mamy dość krzyków i zawodzeń nad naszym małym krajem, wierzymy w byle co, by nie czuć”.

Za dwa tygodnie Olimpia wróci do Chicago. Teraz jej celem będzie wystarczająco długi pobyt, który umożliwi jej uzyskanie emerytury. Potem wróci na dobre i dostawać ja będzie w złotówkach. Przez cale życie zajmowała się domem, który nazywa się Polska.

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com