Marian Marzyński: Wielkie osiemdziesiąt Joan B.

marzynski 32015-07-28.

Kiedyś siedemdziesiątych urodzin oczekiwało się z napięcio-smutkiem, przy dzisiejszej długowieczności dopiero 80 sygnalizuje, że sprawy maja się poważnie. Ale nie dla Joan B, która – w świetnej wciąż formie – poprosiła swoje córki w Waszyngtonie, Nowym Jorku i Los Angeles, żeby na jej wielkie 80 zaprosili wszystkich, których znała w swoim życiu. Ze względu na wiek potencjalnych gości i często wielogodzinne odległości od Waszyngtonu odrzut był duży, a mimo to ponad 100 osób pojawiło się w wynajętej w stanie Maryland francuskiej restauracji, gdzie przy wejściu córki ustawiły na stelażach wielkie powiększenia zdjęć z rodzinnego albumu.

Niemal połowę swoich osiemdziesięciu lat Joan B. przeżyła za granica jako żona amerykańskiego dyplomaty; nieżyjący już Alfred B. był konsulem w Hamburgu, Paryżu i Zurichu, dwukrotnie sekretarzem w Warszawie, a na końcu radcą ambasady amerykańskiej w Bonn.

Grażyna i ja spotkaliśmy ich na przyjęciu dyplomatycznym kilka dni po sowieckiej inwazji Czechosłowacji w sierpniu 1968, kiedy wszystkie rozmowy w warszawskim hotelu „Zgoda” , koncentrowały się wokół tego politycznego thrillera.  Dla nas, noszących już w głowie pomysł emigracji, obraz tych stłoczonych przy barach z kieliszkami w rękach ludzi zachodu był wizja naszego przyszłego życia.

Joan B. mówiła biegle po polsku, bo w tym czasie nawet żony dyplomatów amerykańskich musiały przez rok chodzić do szkoły językowej przy Departamencie Stanu. Jej mąż tłumaczył na polski skomplikowany amerykański żargon socjo-polityczny, rezultat był komiczny, ale od czego miał żonę? Gdy Joan dowiedziała się, że prowadzący „Turniej Miast” myśli o emigracji, całą naszą czwórkę zaciągnęła do kąta sali bankietowej, a tam opowiedziała nam o swoim niemieckim dziadku-rabinie, o nowojorskiej high school, którą skończyła, o małżeństwie z Alfredem, kapitanem wywiadu wojskowego, który wrócił z wojny koreańskiej i poprosił ja o rękę, i o dwóch córkach, które w Warszawie, w willi na Filtrowej, pomaga jej wychowywać pani Jadzia.

Dopiero na przyjęciu urodzinowym opowiedziała nam Joan o swoim nieudanym małżeństwie z konserwatywnym Alfredem, który swoje misje traktował obsesyjnie, jej zarzucając brak zainteresowania amerykańską dyplomacją.  Wróciły do nas obrazy warszawskie z lat 68-69: Alfred bierze poduszkę, kładzie ją na telefonie, po czym na niej siada, i dopiero po odizolowaniu ubeckiego podsłuchu pozwala nam zacząć rozmowę przy stole. Joan, którą śmieszy ta procedura, do polskiego kelnera mówi „panie majorze”, wiedząc kto go przysłał do pracy; w samochodzie Alfred nie może oderwać wzroku w lusterku od czarnej wołgi, która za nami jedzie, na kolacje z nimi w naszym mieszkaniu zapraszamy Mietka Święcickiego, aktor -przyjaciela, który – ubrany w smoking –odgrywa role niechlujnego kelnera, poklepującego gości po plecach. Joan ze śmiechem go demaskuje.

O tym właśnie mówię w toaście na 80 imieninach Joan B., przedstawiony przez jej dwie warszawskie córki: jedna jest zastępcą amerykańskiego Sekretarza Skarbu do spraw międzynarodowych, wyszła za mąż za zastępcę sekretarza do spraw azjatyckich w Departamencie Stanu i ma z nim troje dzieci, druga – psycholog – trenuje znerwicowanych brokerów wielkiej korporacji bankowej; jest jeszcze najmłodsza, której nie znaliśmy, producentka filmowa w Hollywood, matka dwojga dzieci.

Poza mną, co najmniej piętnaście osób wspomina wspólne lata spędzona z rodzina solenizantki w różnych częściach świata, ktoś żartuje, że Joan do dzisiejszego dnia nie nauczyła się żyć w Ameryce.  Również i my nie wiele się nauczyliśmy i wciąż inne światy dźwięczą nam w głowach.  Może dlatego czujemy się tak blisko Joan B., pierwszej Amerykanki w naszym życiu, która pól wieku temu zhumanizowała nam ten kraj, zapewniając, że Bóg nie był Amerykaninem.

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Magog 2015-07-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com