Marian Marzyński: Odchudzanie państwowe

2012-10-10. Co mnie tu ciągnie?  Tęsknota za polską prowincją, wyniesiona z „Turnieju Miast”, moich programów w telewizji lat sześćdziesiątych, którymi fascynowała się Polska?  Znudzony udawaniem otaczających mnie warszawskich “celebrytów”, na prowincji szukałem szczerości. Dziś znów znajduje ją w Cetniewie: przed wejściem do ulokowanego przy bałtyckiej plaży ośrodka olimpijskiego, tuż koło willi “Jolanta” (podobno własność żony prezydenta, odnowiciela tego ośrodka): mężczyzna z puszką, w ręku trzyma tekturkę z napisem: „Miej serce dla kaca, daj na piwo”.

Pół wieku temu polskich bokserów trenował tu i prowadził do olimpijskich laurów legendarny Feliks Stamm.  Rozbudowane z dotacji rządu, totalizatora i Unii Cetniewo stało się ośrodkiem na wielka skalę. Dawny minister sportu, Kwaśniewski, nazwał go olimpijskim, ale jak to bywa, gdy państwo zabiera się za budowę, zabrakło mu najważniejszej rzeczy: olimpijskiego basenu. Choć nie pływają w nim olimpijczycy, basen jest imponujący: dwie pływalnie, gruba rura na wodne ślizgi, sauny, kąpiele parowe, komora ciepła, nowoczesne przebieralnie i dobrze działające prysznice; to wszystko otoczone ośrodkiem odnowy biologicznej.

Mieszkam w państwowym hotelu, odżywiam się w państwowej jadalni z wielkim oknami wychodzącymi na morze, pracownicy robią wrażenie rodziny, która gości przyjmuje raz lepiej raz gorzej, ale zawsze po swojemu i szczerze: a to brakuje na stole przypraw, a to nie ma czym zgnieść czosnku, a to na stole pojawia się nielegalny koszyk z chlebem, który kusi do oszustwa, a wtedy kończy się dieta 1200 kalorii,. “Ja to bym bez chleba nie dala rady”, cieszy się kelnerka, W miejsce kapitalistycznego treningu unosi się tu – znany mi z młodości – zapach socjalistycznej improwizacji:, gdy w pokoju robi się zimno, a ogrzewania jeszcze nie włączono, gdy brakuje elektrycznego czajnika na wodę albo lampki na nocny stolik, wystarczy uśmiechnąć się do pokojowej: „nie ma sprawy, dla pana się zrobi”.

Najszczersze w Cetniewie jest to, że obnażamy tu własne ciała: już przy pierwszym spotkaniu ekonomistka z Krakowa, notariuszka z Warszawy, lekarka z Bydgoszczy, stewardessa LOTU na progu emerytury i ja, “babski król”, przechodzimy na ty, zakładając tymczasową rodzinkę, która zasiada przy wspólnym stole z nadzieja na “żryj polowe”, a potem wspólnie robi “brzuszki”. Czasem komuś języka ciała nie wystarcza, a wtedy od wchodzącej na elektryczne schody w siłowni dowiadujemy się, że ma ona w swoim trzypiętrowym domu takich schodów pięćdziesiąt. “Ja też mam dom, ale się nie chwalę”, komentuje kręcąca biodrami na ruchomej platformie.

Odpoczywam od damskiego towarzystwa w męskiej saunie, gdzie rozmawiamy o życiu, a pomaga nam w tym nagość i wspólne sapanie.  Po zanurzeniu się w lodowatym cebrzyku, 45-letni z wąsikiem wraca na ławkę i opowiada mi jak zarabia na życie.  Wozi w Tatry spodki pod kubki, na których drukuje napisy “dla mamy, ojca, dziadka, babci, siostry, brata” albo z imionami, których z listy dwustu wybrał osiemdziesiąt.  Jeden spodek kosztuje go złotówkę, za 3.50 wstawia te spodki w komis właścicielom straganów z pamiątkami (dwa na Krupówkach, jeden pod Gubałówką, reszta w Nowym Targu i Nowym Sączu, ma ich razem sto), sprzedaje się je po 7 złotych.

Szczerość kończy się, gdy pojawia się temat wagi. Pochwaliłem się przy stole, że straciłem 3 kilo (mężczyźni tracą wagę szybciej), a wtedy tak do mnie notariuszka: “nie denerwuj mnie, ja chodzę na wszystkie ćwiczenia, a ciebie tam często nie widzę, ja tu przyjechałam, żeby odpocząć, a nie tracić wagę”. Skłamała.

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Roman Strokosz 10.10.2012
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com