Michał Leszczyński: Moralność naukowca (amerykańskiego)

2012-10-15. Czego nie powinien robić naukowiec?

  • Nie kraść w supermarkecie.
  • Zdradzać żony (zbyt często – przyp. redaktora).
  • Dłubać w nosie na przyjęciu.

I tak dalej. Są to rzeczy bardzo podobne do tych, z którymi do czynienia ma zwykły śmiertelnik, a nie tylko niezwykły, czyli naukowiec. Jest jednak parę spraw, które dotyczą tylko świata nauki. Jedną z nich jest to, że:

ORGANIZATORZY KONFERENCJI NIE POWINNI ZARABIAĆ NA JEJ PRZYGOTOWANIU.

Wraz z moimi Kolegami za rok w Warszawie organizujemy dużą konferencję na temat wzrostu kryształów: International Conference on Crystal Growth. Przyjedzie około 1000 osób i dla Polski jest to spore wyróżnienie, że Międzynarodowy Komitet akurat nam przyznał organizację tej konferencji (w odróżnieniu od mistrzostw w piłce nożnej, jej przyznanie zależy od poziomu, jaki dany kraj reprezentuje w danej dziedzinie). Napiszę kiedyś o niej (tej konferencji) więcej, ale tylko wspomnę, że opłata konferencyjna wyniesie 500 Eur, ale w jej ramach uczestnicy dostaną przez 5 dni lunch’e, będzie bankiet, piwo do sesji posterowej, a także wycieczka. Codziennie będą też „coffee-break’i” z ciasteczkami i soczkami. Organizatorzy (w tym ja) nie wezmą ani złotówki wynagrodzenia, a praca jest gigantyczna.

Dlaczego więc chcemy i organizujemy konferencję? Przede wszystkim uważamy, że to jest nasz moralny obowiązek wobec naukowego świata, w którym funkcjonujemy. Organizują konferencje Niemcy, Japończycy, Francuzi, to i my nie powinniśmy być gorsi. Poza tym, świat nauki też ma swoje „układy”. Najrozmaitsze gremia decydują o wyróżnianiu, zapraszaniu, finansowaniu, i albo się jest w tych gremiach, albo nie. Polska jest dość słabo reprezentowana, na przykład w organizacjach europejskich decydujących o tym, jakie kierunki badań mają być finansowane, a jakie nie. Dlatego organizacja tak dużej konferencji jest szansą, że coś dla Polski ugramy.

Opowiadam o tym, bo akurat zakończyła się konferencja Amerykańskiego Towarzystwa Elektrochemicznego w Honolulu, w której to miałem przyjemność uczestniczyć. Przyjemność jednak dotyczyła głównie klimatu na Hawajach i tematów niektórych prelekcji, a nie samej konferencji, ponieważ Organizatorzy złamali w sposob wręcz bezczelny zasadę niezarabiania na jej organizacji.

Opłata konferencyjna wynosiła ponad 600 dolarów, a kawę trzeba bylo sobie kupować za 2,5 dolara, żadnego bankietu, ani wycieczki, w ramach konferencji nie było. Wynajęcie sal, rzutników, itp. pewnie nie kosztowało więcej jak 100 dolarów na uczestnika. Czyli 500 dolców, czyli buck’ów, od jednego „partycypanta” na czysto. Mnożąc to razy 2000, bo tylu ludzi przyjechało, mamy milionik do przodu.

Organizatorzy konferencji poinformowali też chętnych, że wszyscy uczestnicy będą zakwaterowani w Hiltonie za ponad 1200 dolców za 5 dni. Z zalecenia tego wyłamało się zaledwie kilka osób, w tym ja, znajdując hotel za 65 USD za noc. Zakładając, że w tym Hiltonie spało ponad 1500 osób, można sobie wyliczyć zysk tego hotelu. Oczywiście, nie był to zysk Organizatorów konferencji, ale Ich moralnym obowiązkiem było zaproponować Uczestnikom szeroką gamę różnych hoteli, od 50 dolarów (są też takie w Honolulu) do 250. Wtedy każdy mógłby sobie wybrać.

Bankiet konferencyjny (oczywiście w Hiltonie) był do kupienia za 60 dolarów. Skusiłem się, bo miały być hawajskie potrawy i występ muzyczno-tańcujący. Na bankietach tego rodzaju jest na ogół bardzo wesoło, także dzięki rozweselającym trunkom. Na tym bankiecie jedzenie było dość dobre, zespół folklorystyczny na niezłym poziomie, ale za kieliszek wina, albo małą butelkę piwa trzeba było zapłacić 12 bucków. Z wielkim ukontentowaniem obserwowałem, że nikt prawie trunków nie kupował, i wszyscy popijali wodę z plasterkiem cytryny.

Na konferencję z tego cyklu pojechałem po raz pierwszy z prostego powodu, że zostałem zaproszony, a wygłoszenie tzw.”invited paper” na konferencji z 2000 uczestnikami, jest istotne, bo, na przykład, brane jest pod uwagę przy ocenie instytutów przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Pojechałem, wygłosiłem, posłuchałem ciekawych referatów, obejrzałem Hawaje, opaliłem się (nawet za bardzo!), pokapąłem w ciepłym oceanie. Ale jest to po raz pierwszy i ostatni, kiedy Amerykańskie Towarzystwo Elektrochemiczne na mnie (czyli europejskim podatniku) zarobiło. Z przyjemnością odnotowuję, że podobne zdanie mieli Niemcy i Francuzi. Z Japończykami i Koreańczykami, których było pewnie z 1000, nie rozmawiałem, ale znając Ich podejście do pieniędzy, też byli wnerwieni.

O naukowych sprawach i samych Hawajach napiszę następnym razem.

Michał Leszczyński

 

Print Friendly, PDF & Email

21 komentarzy

  1. Roman Strokosz 2012-10-15
    • Hazelhard 2012-10-16
  2. PK 2012-10-15
    • Hazelhard 2012-10-16
  3. Incitatus 2012-10-16
    • Hazelhard 2012-10-16
  4. Hazelhard 2012-10-16
  5. Angor 2012-10-16
    • Hazelhard 2012-10-16
  6. andrzej Pokonos 2012-10-16
    • Hazelhard 2012-10-17
      • PK 2012-10-17
      • andrzej Pokonos 2012-10-19
  7. Angor 2012-10-17
    • andrzej Pokonos 2012-10-18
      • Hazelhard 2012-10-19
  8. K. J. Konsztowicz 2012-10-19
  9. andrzej Pokonos 2012-10-20
    • andrzej Pokonos 2012-10-21
  10. eternal 2012-10-20
    • Hazelhard 2012-10-21
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com