Zsolt Zsebesi: Walki o ziemię na Węgrzech

2012-10-16.

Korespondencja z Węgier

Mówią o naszych narodach bratanki, lecz prawda jest taka, że znamy się już wyłącznie z wyblakłej fotografii sprzed ponad 20 lat. Oba państwa są w Unii i NATO, jednak drogi Polski i Węgier tylko z pozoru prowadzą w jednym kierunku. Przed tygodniem w prasie europejskiej ukazało się doniesienie uprzedzające, że Komisja Europejska nosi się z zamiarem zaostrzenia zasad przyjmowania nowych członków do Unii. Powodem jest złamanie reguł rządów prawa do czego, w opinii Komisji, doszło właśnie na Węgrzech i w Rumunii. W myśl nowych zasad przyszli kandydaci do członkostwa w UE mieliby doprowadzić do sytuacji, że zmiany dostosowujące zbiór praw danego państwa do standardów i wymagań egzekwowanych przez Unię byłyby tak zakotwiczone, że niemal nieodwracalne.

Komisja Europejska twierdzi, że działania podejmowane przez polityków na Węgrzech i w Rumunii usprawiedliwiają osąd, że demokracja i rządy prawa są w tych krajach zagrożone. My tu w Polsce mało o tym wiemy. Paradoksalnie, nieco więcej informacji dociera do nas dopiero wtedy gdy z hołdem dla Viktora Orbana wybiera się wielka delegacja pod patronatem Jarosława Kaczyńskiego. Autokary i pociągi z Polski do Budapesztu wyruszą znowu za tydzień, by 23 października, w święto narodowe bratanków wesprzeć sprzymierzeńców ideowych z Fideszu, autorów bezeceństw tak mocno irytujących Brukselę.

Bruksela ma na pieńku z Budapesztem np. o próby złamania niezależności banku centralnego i niezawisłości sędziów. Ale dzieje się znacznie więcej. Nie wiemy na przykład, że na Węgrzech obowiązują podatki od posiadania psów. Żadne wielkie halo, lecz tylko wtedy, jeśli nie doczytać, że podatku tego nie ściąga się od właścicieli psów ras węgierskich. Dla Orbana to oczywiste, że psy węgierskie są słuszniejsze od niemieckich owczarków, ruskich chartów i polskich kundli, więc trzeba je popierać, także stosownymi przepisami prawa.

Mało nas to obchodzi, bo nie wiemy co się dzieje nad Dunajem, czy też dlatego, że w ogóle nie widzimy nic poza czubkiem własnego nosa. Poprosiłem dziennikarza, przyjaciela z lat studiów w Warszawie – Zsolta Zsebesi, żeby napisał od czasu do czasu do Studia Opinii co się u nich dzieje. Na początek historia o ponownym podziale węgierskiej ziemi. Nie chodzi o rozbiór kraju, a tylko o grabież gruntów, ale też jest ciekawie.

Zapraszam do lektury

Jan Cipiur


Zsolt Zsebesi: Walki o ziemię na Węgrzech

Dawniejsze Ministerstwo Rolnictwa nosi teraz na Węgrzech nazwę Ministerstwo Rozwoju Prowincji (Vidékfejlesztési Minisztérium). Zmiana nazwy niesie ze sobą zazwyczaj zmianę priorytetów. Reguła ta znajduje potwierdzenie w skandalu, jaki ciągnie się na Węgrzech, a dotyczy dzierżawy państwowych ziem ornych i pastwisk.

Chodzi o domniemane praktyki korupcyjne poprzedzające podpisywanie umów dzierżawy dziesiątek tysięcy hektarów. Sprawa wyszła na jaw, nie dzięki prasie opozycyjnej, ani też wskutek działań policji i prokuratury. Nieprawidłowości w pracy komisji zajmującej się przyznawaniem dzierżaw obwieścił ówczesny sekretarz stanu w Ministerstwie – József Ángyán. Jego sprawozdanie i rezygnacja w styczniu br. ze stanowiska w geście dezaprobaty dla polityki własnego rządu w tej sprawie wywołały ogólnokrajową dyskusję nt. praktyk stosowanych w Narodowym Funduszu Ziemi (Nemzeti Földalapkezelő Szervezet).

Fundusz ma do rozdysponowania nie mniej niż 65 tys. hektarów w całym kraju. Są to głównie areały wydzierżawione kiedyś na 20 lat. Pierwsze umowy zawarte ponad dwie dekady temu zaczęły wygasać w 2010 r. więc przyszedł czas na nowe kontrakty. Do tej pory udało się zawrzeć kolejne 20-letnie umowy na 18 tys. hektarów. Ciekawie zaczyna być, gdy przyjrzeć im się bliżej – jak uczynił to sekretarz stanu Ángyán. Z jego raportu wiadomo m.in., że w dwóch województwach Fejér i Borsod-Abaúj-Zemplén prawo dzierżawy 70-75 proc. państwowej ziemi otrzymało 30 rodzin blisko związanych z partią Fidesz. Jest wśród nich rodzina premiera – jego ojciec, żona, a także przyjaciel córki. Burmistrz Felcsút – rodzinnej wsi Viktora Orbána położonej niedaleko na zachód od Budapesztu sam dzierżawi już ponad tysiąc hektarów, a ponadto gospodaruje jeszcze jako dzierżawca na ziemiach ojca premiera w pobliżu tej samej miejscowości. Orbán-senior ma kilka dobrze prosperujących kopalń żwiru. Główne zamówienia płyną do niego od państwowych inwestorów budujących drogi i szlaki kolejowe. Orban – junior zajmujący się na co dzień premierowaniem ma zaś w Felcsút posiadłość, na której terenie działa założony przez niego ośrodek szkolenia młodych piłkarzy o nazwie Akademia Piłki Nożnej im. Ferenca Puskása. Ośrodek otrzymuje rokrocznie 2-3 miliardów forintów subwencji rządowej i ciągle się rozbuduje. Od roku 2009 w miejscowej drużynie drugoligowej gra sam premier.

Po opublikowaniu raportu Ángyána partie opozycyjne i osoby prywatne zaczęły zwracać się ze skargami do sądów. Wydaje się jednak, że niezadowoleni z rozstrzygnięć komisji stoją na straconej pozycji. Z formalnego punktu widzenia decyzje o przyznawaniu dzierżaw zapadały zgodnie z właściwymi przepisami ustanawiającymi swego rodzaju konkurs. Pierwszeństwo mieli w nim ci, którzy mieszkali w miejscowościach położonych w pobliżu pól podlegających dzierżawie, gospodarowali już na jakimś areale, prowadzili gospodarkę rodzinną, zajmowali się hodowlą, albo mieli takie plany. Kto odpowiadał tym warunkom otrzymywał punkty, ale mniej niż połowę wszystkich możliwych do zdobycia. Większość z całkowitej liczby punktów można było uzyskać za kalkulację dochodów i wydatków, czyli za biznes plan dzierżawy. Ocena planu ekonomicznego musi być i zawsze jest naładowana subiektywizmem. Za podobne założenia, ktoś dostał zero, a ktoś maksymalną liczbę punktów. W niektórych rejonach nawet hektara nie uzyskał nikt z miejscowych, natomiast głośny był przypadek pewnej pani, która otrzymała prawo dzierżawy kilkunastu hektarów. Jako producentka sztucznych paznokci nie miała zapewne kłopotów z ułożeniem biznes planu, a znajomy w partii Fidesz też nie był zapewne w konkursie zbyt wielkim obciążeniem.

Najwięcej hałasu było o konkurs w Kabie, gdzie kiedyś Polacy zbudowali dużą cukrownię. 16 z 30 miejscowych chłopów postanowiło razem wystąpić w konkursie. Pozostała czternastka uznała, że z powodu braku hodowli mają zbyt małe szanse. „Spółdzielcy” zaangażowali do ułożenia biznes planu profesjonalnych doradców, ale ich trud zdał się na nic – nie przyznano im nawet jednego metra ziemi. Wygrali outsiderzy z miast. W Kabie zawrzało i z interwencją gdzie trzeba wkroczył miejscowy poseł z Fidesz. Po tygodniu komisja zweryfikowała swoją pierwotną decyzję – 16 miejscowych otrzymało prawo dzierżawy średnio po 15 hektarów. Na to dictum ze złości poczerwienieli pierwotni beneficjenci, którym nikt nie był w stanie wytłumaczyć, kto i jak mógł zmienić pierwotne rozstrzygnięcie.

Ludzie na Węgrzech są przekonani, że podobne historie będą się mnożyć. Stawką nie są ani dotacje z UE, ani dochód z produkcji rolnej. Chodzi o klauzule pierwokupu zawarte w nowych umowach dzierżawy. Podobnie jak w innych państwach byłego „obozu” także na Węgrzech z obrotu ziemią wyłączone są podmioty prawa handlowego oraz cudzoziemcy. Zakaz ten przestanie obowiązywać w kwietniu 2014 r. Wielu liczy, że będzie to impuls do poważnego wzrostu cen ziemi. Korzyści bieżące są jednak również nie do pogardzenia. Czynsz dzierżawny za ziemię państwową jest stały. Wynosi 50-60 tys. forintów (700-900 zł) za jeden hektar, a to jedynie jedna trzecia ceny rynkowej.

Na Węgrzech areał do zagospodarowania na różne sposoby wynosi 7,8 miliona hektarów, z czego jedna czwarta (1,9 mln ha) jest własnością państwa. Prywatnej ziemi ornej jest 4,5 mln ha i należy ona do aż 2 mln właścicieli. Państwowych gruntów ornych jest 800 tys. ha, z czego połowa jest dzierżawiona. Ta struktura agrarna zastąpiła 20 lat temu poprzednią, w której ok. 4,5 mln ha było uprawianych przez 1200 wielkich spółdzielni i 400 państwowych gospodarstw rolnych. Kwestię własności komplikuje fakt, że nikt nie wie, ile hektarów jest już po cichu w posiadaniu cudzoziemców, w tym Austriaków. Istnieją oceny eksperckie, że obywatele Austrii przejęli już własność może miliona, a może nawet 1,5 mln ha ziemi, głównie w zachodnich Węgrzech. Umowy przeniesienia własności nie są oczywiście przez strony ujawniane. Dotychczas udało się udowodnić przed sądem tylko jeden przypadek niedozwolonej transakcji ziemią z cudzoziemcem.

Obecny rząd deklaruje, że swą politykę rolną opiera przede wszystkich na małych gospodarstwach rodzinnych. Przyświeca mu założenie, że tylko taki model własnościowy pozwala utrzymać właściwe proporcje między uprawą ziemi a hodowlą. Celem jest równowaga, czyli fifty-fifty, a obecnie uprawa „wygrywa” z hodowlą jak 70 do 30. Przyznawanie praw do dzierżaw ma sprzyjać rozwojowi hodowli. Jednak w rzeczywistości ponad 60 proc. produktów rolnych nadal wytwarzają na Węgrzech duże gospodarstwa. 1200 takich gospodarstw dzierżawi po średnio tysiąc hektarów ziemi państwowej. Ich zarządcy i właściciele obawiają się, że polityka rolna rządu doprowadzi do tego, że nie będą mogli odnowić swoich dzierżaw.

Byłaby to tragedia nie tylko dla tych firm, ale i dla całego węgierskiego rolnictwa. Na marne poszłyby np. potężne inwestycje w nawadnianie, czy w poprawę materiału hodowlanego. A i tak nie jest im łatwo. Wskutek braku możliwości posiadania ziemi, a co za tym idzie – zastawiania własności w bankach, spółki działające w rolnictwie mają utrudniony dostęp do finansowania.

Od dwudziestu lat na Węgrzech walczą ze sobą dwa poglądy. Przedstawiciele dużych gospodarstw rolnych zorganizowanych w formie spółek prawa handlowego uważają, że ich wielkość i wiedza rynkowa wzmacniają pozycję konkurencyjną rodzimego rolnictwa w Unii Europejskiej. Przedsiębiorstwa te zatrudniają dziś ok. 100 tys. mieszkańców terenów wiejskich. Tymczasem w przygotowanej obecnie nowej ustawie o ziemi ma się znaleźć zasada, że właścicielami ziemi mogą być wyłącznie prywatne osoby fizyczne. Firmy rolne argumentują, że uchwalenie takiego ograniczenia oznaczałoby katastrofę. 50 tys. ludzi straciłoby pracę, a państwo 50 miliardów forintów podatków rocznie. Załamaniu uległaby produkcja, ponieważ spółki hodują blisko 2/3 trzody chlewnej, produkują 90 proc. wołowiny, połowę drobiu i większość mleka. Obecnie rolnictwo przysparza krajowi zaledwie 3 proc. z małym kawałkiem PKB, a z taką ustawą – twierdzą jej przeciwnicy – będzie tylko gorzej.

Zwolennicy małych, rodzinnych gospodarstw uważają, że one też mogą być konkurencyjne, jeżeli działają  w takich dziedzinach produkcji rolnej, gdzie wartość dodana jest większa dzięki intensywniejszej pracy ludzi. Wskazują na zachodnie przykłady współpracy poziomej między małymi gospodarstwami oraz samoorganizacji umożliwiającej stawanie jak równy z równym z wielkimi sieciami detalicznymi. Rząd podkreśla z kolei, że umocnienie gospodarstw rodzinnych i zepchnięcie dużych przedsiębiorstw na drugi plan nie oznacza jeszcze likwidacji spółek zajmujących się produkcją rolną.

Zsolt Zsebesi

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com