Kazimierz Wóycicki: Co się dzieje z ekonomią światową i co z tego dla nas wynika

[stextbox id=”alert” color=”ffffcc” bgcolor=”cc0066″]Publikujemy tekst ogromnego znaczenia – nie tylko dla naszych Czytelników..[/stextbox].

Obecna sytuacja gospodarcza w świecie nazywa jest często kryzysową. Trzeba od razu stwierdzić, że definicja taka jest trafna jedynie z punktu widzenia Zachodu. Gospodarki Chin, Indii czy nawet Brazylii prą silnie do przodu. Średnia światowa wzrostu gospodarczego jest znacząco wyższa niż w UE i US (w 2010 odpowiednio 1.8%, 2.8% i świat 49%, w 2009 -4.1, -2.5, -0.8; 2008 0.6%, 0% i świat 3.6%).

Można to zilustrować statystycznie w jeszcze inny sposób. Do niedawna ponad połowa światowego GDP to była produkcja Zachodu. Dziś gdy światowe GDP osiągnęło 74 biliony$, GDP Zachodu wynoszące 29 bln stanowi zaledwie 40%, gdy tymczasem tzw. grupa BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny), definiowana niekiedy jako główny konkurent Zachodu, z 18.5 bln stanowi już 25%, co stanowi wartość porównywalną. Reszta świata to 35%. Nieuchronna jest konstatacja, że centra potęgi gospodarczej przesuwają się i to jest poważny czynnik obecnych światowych perturbacji. Jest to kryzys dla tych, którzy tracą swoją pozycję, dla innych jest to awans na światowych listach rankingowych.

Zachód traci, mimo że jego gospodarka jest wciąż potęgą. Jest jednak jeszcze jeden powód, by z punktu widzenia Zachodu by mówić o kryzysie. Otóż Zachód, mimo że najbogatszy, żył też przez dłuższy już czas ponad stan.

Sytuację tą opiszmy jako „ekonomię zdradliwie taniego T-shirta”. Wiadomo, że najlepiej produkować jest tam, gdzie tańsza jest siła robocza. A jest ona tańsza w krajach o słabiej wykształconej ludności. Z krajów rozwiniętych przeniesiono więc najpierw najbardziej prymitywną produkcję. Jak wiadomo produkcja tekstyliów nie wymaga wysokiej technologii. I Zachód mógł się cieszyć, że zamiast kupować droższe własne T-shirty mogł kupować dużo tańsze wietnamskie czy chińskie. Zachód kupował taniej, ale zarazem Wietnam i Chiny mogły się trochę wzbogacić.

Po fabrykach tekstyliów zaczęto jednak wywozić inne fabryki. Kraje, do których wywożono produkcję, bogaciły się i stawały się coraz lepiej wykształcone. Powoli płace zaczynały w nich rosnąć. I produkcja T-shirta stawała się też droższa. I drożej musi je kupować Zachód. Można więc powiedzieć, że przez pewien czas Zachód żył w pewien sposób na kredyt, korzystając z krótkiego stosunkowo okresu, w którym, sam czegoś nie produkując, mógł kupować to po nadzwyczajnie niskich cenach gdzie indziej.

Niezależnie jak uproszczony jest to opis, oddaje on wiele z mechanizmów światowej gospodarki. (patrz: American Purses Take a Hit As China’s Goods Turn Costly, The Wall Street Journal, June 22, 2011). W efekcie też Stany i EU są zadłużone, gdy tymczasem Chiny mają ogromną nadwyżkę w wysokości prawie 4 bln$!

Przy dokładniejszym nieco spojrzeniu widać też znaczące różnice w charakterze zadłużenia między USA i EU. Stany mogły i mogą się zadłużać, ponieważ cały świat chce oszczędzać w dolarach. Dlatego amerykański dług jest głównie zewnętrzny. Długi natomiast państw unijnych wynikają z nierozważnej polityki socjalnej, kupowania przez rządy (głównie lewicowe) wyborców wydatkami na „opiekuńcze” państwo. Włochy są zadłużone w 120% (w stosunku do swego GDP), ale w ogromnej mierze w swoich własnych włoskich bankach. Jest to zadłużenie wewnętrzne. Może się ono skończyć zadłużeniem zewnętrznym, jeśli np. Chiny zaczną ze swoich nadwyżek kupować europejskie papiery dłużne. Na razie występuje to w małej skali, choć Pekin zdaje się być w EU coraz silniej obecny (patrz: raport w tej sprawie European Council For Foreign Relations (ECFR)).

To, że Europejczycy zadłużeni są bardziej u siebie w domu, zaś Amerykanie u innych, nie czyni sytuacji krajów Unii wcale łatwiejszą. Jest nawet wprost odwrotnie. Dzieje się tak z kilku względów.

Po pierwsze, gospodarka unijna wciąż nie jest scalona. Sprzeczne interesy poszczególnych państw (narastające w momentach kryzysowych) osłabiają gospodarkę Unii. Jest ona równa co do wielkości z gospodarką USA, ale można nieco przenośnie powiedzieć, że 14 bln amerykańskiego GDP to jednak więcej niż te same niemal 14 bln GDP Unii.

Po drugie, cały świat będzie jeszcze długo chciał oszczędzać w amerykańskich dolarach (tzn. będzie pośrednio pokrywał dług amerykański). Będzie się tak działo, nawet jeśli dolar będzie tracił na wartości, a gospodarka amerykańska przeżywać będzie trudności. Być wierzycielem kogoś tak dużego i bogatego jak Stany, to nie spędza aż tak bardzo snu z oczu, nawet jeśli ten dłużnik ma problemy. Wydaje się to o niebo lepsze niż mieć dłużnika dającego duże mniejsze gwarancje. Ekspansja „euro” jako waluty została wyhamowana prze trudności strefy „euro”. Amerykanie natomiast mogą spokojnie „dodrukować” trochę dolarów, które kupią wszyscy, nawet jeśli na Amerykę będą narzekać.

W tym miejscu można zapytać, dlaczego więc świat nie przerzuci się na chińskiego „juana”? Oznaczałoby to pewnie całkowity koniec amerykańskiej hegemonii i widomy znak jak potężne są Chiny. Stany są przecież zadłużone w Chinach na ponad 2 bln dol. Starczy, by Pekin zaczął sprzedawać amerykańskie bony, by wywołać kryzys dolara, poszybować w świat spekulacji i przejąć światową hegemonię.

W istocie jednak Chiny wcale nie są aż tak potężne, jak się zdaje, a po drugie są w „pułapce wierzyciela”. Jeśli zaczęłyby się pozbywać dolarów, zaczną one tracić na wartości (działo tu bowiem prawo popytu i podaży) a tym samym zgromadzone chińskie „zapasy” poważnie stopnieją. To by jednak było by jedynie pół biedy. Wywołując kryzys amerykańskiej gospodarki (i w konsekwencji kryzys gospodarki światowej) Chiny nie miały by komu sprzedawać swoich towarów, a jak widomo chiński wzrost gospodarczy opiera się głównie na eksporcie. Uderzenie w dolara i w gospodarkę amerykańską rykoszetem uderzyłoby w ich własną gospodarkę. Z taką pogmatwaną sytuacją Pekin mógłby mieć znacznie większe kłopoty niż Waszyngton. Dla utrzymania bowiem chwiejnej równowagi w ogromnym swoim społeczeństwie Chiny niezbędnie potrzebują wysokiego wzrostu gospodarczego. Właśnie owych najmniej 6% do 10%. Gospodarka „państwa środka” opiera na ciągłym dopływie taniej siły roboczej z tych biedniejszych i zacofanych Chin do tych rozwijających się w niesamowitym tempie. Na to jednak, by proces ten podtrzymać, Chiny muszą wciąż mnóstwo eksportować.

Wszystko więc w światowej gospodarce jest powiązane. Każdy ekonomista winien uczyć się przysłowia „złapał szlachcic Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Ekonomia rządzi się matematyką, która szuka punktu równowagi, nie zaś zero-jedynkową teorią gier. Tylko, że zupełnie dziś nie wiadomo, czym miałaby być owa równowaga światowej gospodarki, gdy tak głęboko i szybko się ona zmienia.

Dziś Chiny są wyraźnie górą i w ekspansji. Są jednak powoli coraz wyraźniej starzejącym się krajem. Za dwie, trzy dekady mogą ujawnić się liczne słabości chińskiego rozwoju, już dzisiaj zresztą widoczne. Trudności, jakie przeżywać mogą Chiny, wcale jednak nie muszą pozbawiać ich mocarstwowej pozycji, którą właśnie zyskują. Może też okazać się, że Ameryka przywróci swoją równowagę i wzmocniona ciągłą imigracją, dogoniwszy co liczby ludności Unię, przeżywać będzie znów swój renesans.

W najbardziej kłopotliwej stosunkowo sytuacji znaleźć się mogą kraje Unii. Nie przeprowadzona głębsza federalizacja pozbawia je wszystkie możliwości lepszego wykorzystania potencjału, który wiąże się z bardziej ścisłą współpracą. Europa starzeje się też szybko bez jasnej koncepcji integracji imigrantów, przed którymi zaczyna się przede wszystkim bronić. Nie wykluczone jest więc, że z tych trzech wielkich aktorów światowej gry Europejczykom będzie się wiodło najgorzej. Ale oczywiście to tylko spekulacja i jeden z wielu możliwych scenariuszy.

Trzeba też koniecznie stwierdzić, że z tak poważnego zadłużenia, w jakim znajduje się UE (ponad 70% łącznego GDP), wychodzi się jedynie bardzo powoli. Gdy trzeba spłacać długi, trzeba oszczędzać i ma się bardzo ograniczone środki na inwestycje. A jak się nie inwestuje to trudno marzyć o wzroście gospodarczym, Jak nie ma odpowiednio wysokiego wzrostu, nie ma co marzyć o szybkim spłacaniu długów. Circulus viciosus. Europę czeka więc w najlepszym wypadku długi okres bliski stagnacji i bardzo powolny proces wychodzenia z obecnej sytuacji zadłużenia.

No i teraz jest jeszcze pytanie, co ma w tym zglobalizowanym i powiązanym na wszelkie możliwe sposoby świecie zrobić Polska.

Aby zabezpieczyć się przed bardzo prawdopodobnym pogłębieniem tego, co z punktu widzenia Zachodu jest kryzysem, należałoby przede wszystkim oszczędzać, zmniejszać zależność polskiej gospodarki od wymiany handlowej (na wypadek, gdyby handel światowy miał się załamać). Taka jednak recepta – „nasza chata z kraja” – jest niestety nie tylko nie do zrealizowania, ale i kontr-produktywna. Nie można tak dalece izolować się od światowej, a przede wszystkim europejskiej gospodarki, by poważniejszy kryzys, jeśli nadejdzie, nie dotknął również Polski. Ogłaszając zaś już dzisiaj, że przygotowujemy się na najgorsze, zwiększamy szanse, by to najgorsze nadeszło.

Oczywiście trzeba umiarkowanie oszczędzać i pilnować, jak się da, własnych interesów. Nawet trochę egoizmu nie zaszkodzi. Zarazem jednak Polska ma w najwyższym stopniu interes w tym, by EU była silniejsza i by lepiej wykorzystywała potencjał związany ze współdziałaniem. Im silniejsza Unia (lub im mniej osłabiona), tym lepiej dla Polski. Zamiast więc izolować się, dużo lepiej jest popychać Europę do przodu.

Jeszcze też jeden czynnik kapitalnej wagi trzeba wspomnieć. Stagnację gospodarczą przezwyciężyć można szybciej poprzez przełom technologiczny. Wiadomo, że wzrost gospodarczy nie polega w dłuższym okresie czasu na tym, by produkować wszystkiego więcej, ale na tym, by wytwarzać coraz bardziej złożone produkty, które skrywają w sobie coraz bardziej skomplikowaną myśl i pracę. Wiadomo, że lepiej produkować i sprzedawać telefony NOKIA niż kartofle na tony. Ta ekonomiczna prawda też stwarza dla Warszawy poważny dylemat. Czy korzystać z europejskich funduszy, by poprawiać własną sytuację materialną na dziś, czy też domagać się od Unii, by inwestowała we wspólną przyszłość? Nie twierdzę, że dylemat ten łatwo rozstrzygnąć, ani też, by postulat „inwestowania we wspólną przyszłość” był łatwy do realizacji.

Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że naprawić obecną sytuację z jej „światową pajęczyną długów” można szybciej przede wszystkim przez technologiczno-cywilizacyjny przełom. A takiego z kolei przełomu wymaga ograniczoność światowych zasobów, potrzeby energetyczne światowej gospodarki, zagrożenia ekologiczne.

Pełen inicjatywy udział Polski w rozwiązywaniu takich światowych problemów, poprzez aktywność w Unii Europejskiej, to moim zdaniem najlepsza recepta chroniąca nasz kraj przed niewątpliwymi zagrożeniami dla całego kontynentu. Nie daje ona oczywiście gwarancji sukcesu, ale wydaje się najrozsądniejszą w staraniach uniknąć najgorszego.

Powodem do satysfakcji może być natomiast to, że nawet jeśli Unia jako całość przeżywa trudności, Polska daje sobie z tą sytuacją względnie lepiej. Dopóki jedynie poszczególne kraje Unii są w kryzysie, ale Unia jako całość funkcjonuje, sytuacja Polski nie będzie poważniej zagrożona. Rozsądnie i oszczędnie gospodarując dotychczasowym polskim sukcesem gospodarczym oraz inwestując w Europę, możemy być pewni, że pozycja Polski w Unii będzie się wciąż się poprawiać, a jednocześnie zwiększamy nasze szanse, że będzie to poprawa trwała i na długą metę.

Kazimierz Wóycicki

( http://kazwoy.wordpress.com/)

Enhanced by Zemanta
Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com