Jacek Rakowiecki: Prasy upadek to nie przypadek

2012-10-29. Zgodnie z zapowiedzią przedstawię cokolwiek pogłębiony rys katastrofy mediów prasowych w Polsce, jako uzupełnienie mojego tekstu  Jacek Rakowiecki: Dwa małe przyczynki do upadku prasy i czytelnictwa oraz odcinka mojego bloga Filmowisko („Jak giną media” z 22.10). Dodam też – zgodnie z postulatami – kilka pomysłów na zaradzenie tej sytuacji.

Uwaga: tekst został podzielony na strony. Dostęp do kolejnych stron u dołu artykułu.

Zacznę jednak od tego, iż jestem głęboko przekonany, że jeśli chcemy w ogóle mieć opiniotwórcze media, musimy sobie powiedzieć, że nie mogą one funkcjonować na „wolnym rynku” według tych samych zasad, co producenci gwoździ, aut czy margaryny. Mediom opiniotwórczym bowiem o wiele bliżej, niż do normalnej produkcji dóbr, jest do takich dziedzin życia społecznego, jak sądownictwo, służba zdrowia czy oświata. A nawet zakochani w niewidzialnej ręce rynku neokoni nie mają jeszcze pomysłu na prywatyzację sądownictwa, po której chodzilibyśmy do tego sądu, który jest najtańszy… choć oświatę i zdrowie z lubością by w 100% sprywatyzowali.

Od informacji do wolnego rynku

Faktem jest, co prawda, że media powstawały jako „wolnorynkowe”, ale świat był wtedy inny. Gros prasy koncentrowało się na przekazywaniu informacji, a przez to edukowało do życia, pracy, kariery, ogólnego poszerzania horyzontów, które przekładało się na wyższe umiejętności życiowe. Obok tych mediów istniały sobie jakieś zalążki dzisiejszego świata zabawy i rozrywki.

W kolejnym etapie ten „entertainment” zauważył, że prasa może być dobrym nośnikiem treści lekkich, lżejszych i całkowicie niepoważnych. Zaczęły powstawać pisma rozrywkowe, szczególnie wraz z rozwojem technik ilustracyjnych. Część z nich zaczęła mieszać rzetelną informację z rozrywką, podobnie, jak część pism „poważnych” z powodu takiej konkurencji zaczęła do swoich treści dodawać rozrywkę lub opakowywać je w lżejszą formę.

Równolegle bowiem trwał proces demokratyzacji społeczeństw: miliony ludzi uczyły się czytać, choć niekoniecznie wraz z tą nową umiejętnością – myśleć (czyli np. spożytkowywać wiedzę uzyskaną dzięki „wyczytanym” rzetelnym informacjom). Rosła więc przede wszystkim liczba tych, którzy od „druku” oczekiwali głównie zabicia wolnego czasu (którego to czasu też skądinąd w modernizujących się społeczeństwach szybko przybywało).

To „wolny rynek” decydował , że wobec wykładniczo rosnącej liczby niewymagających odbiorców (tzn. niewymagających jakości informacji) gros tytułów prasowych zaczęła stanowić tzw. kolorówka i tabloidy-brukowce. A kiedy na tę scenę wkroczył internet, proces tej swoistej demokratyzacji przyspieszył i pogłębił się drastycznie.

Skoro zaś zarówno prasa drukowana (poważna i nie), jak i internet, konkurowały o te same pieniądze, ceny reklam po pierwsze spadły (także dlatego, że reklam przybywało wolniej, niż miejsc aspirujących do zarabiania na publikacji reklamy), po drugie – generowane przez nie „medialne” zyski w ogromnym stopniu rozproszyły się.

Polka z reklamą

Do tego arcyskrótowego obrazu dodajmy teraz polską specyfikę. Tak jak wszędzie, i u nas ceny reklam w prasie (czyli koszt dotarcia z komunikatem reklamowym do odbiorcy) wyznacza odpowiednio wyższy (z racji na zasięg i swego rodzaju atrakcyjność) poziom cen reklam w telewizji. Tymczasem pojawienie się na polskim rynku tv Polsatu i TVN-u spowodowało wojnę cenową z TVP. Tę bowiem, zabezpieczoną wówczas powszechnie jeszcze płaconym abonamentem, stać było na wojnę dumpingową, czyli obniżanie cen reklam poniżej cen konkurencji, w nadziei jej wykończenia lub przynajmniej – opóźnienia jej ekspansji.

Działo się to w drugiej połowie lat 90. XX wieku i tam właśnie rozpoczął się akt pierwszy dramatu przyspieszonego upadku prasy: spadek dynamiki wpływów reklamowych dzienników i czasopism. W Polsce o tyle jeszcze bardziej dotkliwy, że drugie źródło zysków prasy, czyli cena egzemplarza, była – w ślad za PRL-owską tradycją i wobec biedniejącego społeczeństwa (a szczególnie jego najbardziej „prasolubnych” segmentów, jak np. nauczyciele) – co najmniej dwa razy niższa, niż na Zachodzie. A więc o tyle bardziej zależna od koniunktury reklamowej.

Dodatkowym elementem kryzysu stała się ekspansja zachodnich koncernów medialnych, które wykorzystując swój potencjał ekonomiczny wydały polskiej konkurencji wojnę cenową, czym de facto narzuciły jako powszechnie obowiązującą cenę egzemplarzową na poziomie – lub nawet poniżej – kosztu produkcji. Koszt ten zaś składa się nieodmiennie z trzech absolutnie dominujących czynników: papier, druk, dziennikarze. Ponieważ ceny papieru i druku w końcówce minionego stulecia mieliśmy już całkowicie zrównane z resztą Europy, oszczędności dało się uzyskać tylko w „czynniku trzecim”; zmniejszając zatrudnienie dziennikarskie lub/i obniżając dziennikarskie wynagrodzenia.

Print Friendly, PDF & Email

13 komentarzy

  1. Hazelhard 2012-10-29
  2. bisnetus 2012-10-29
    • nexton 2012-10-29
      • Incitatus 2012-10-30
  3. Magog 2012-10-29
  4. bisnetus 2012-10-29
    • Baczyński 2012-10-30
      • bisnetus 2012-10-30
      • bisnetus 2012-10-30
  5. A.K-B 2012-11-03
    • BM 2012-11-03
  6. A.K-B 2012-11-03
  7. jmp eip 2012-11-04
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com