Marian Marzyński: Huragan w małżeństwie

2012-10-29. Gdy huragan Sandy (zdrobniałe imię Alexandra, będę go zuchwale nazywał Olesiem), zbliża się do nowojorskiej statuy wolności, żeby później uderzyć w plażę Massachusetts – pewne długoletnie małżeństwo w Bostonie ukazuje się w pełnym blasku: on, zodiakowy Baran – optymista, na ulewę wyszedłby bez szalika i nakrycia głowy, wołając „bierz mnie”; ona, monumentalnie piękny byk – pesymista, po pierwszej deszczowej kropelce wróciłaby do domu, żeby zaopatrzyć się w dwie parasolki, jedna na mżawkę, drugą jak lunie, a do  torebki  włożyłaby pelerynkę i dodatkowe wdzianko, na wypadek gdyby temperatura spadła o dalsze kilka stopni.

Oglądając kanał pogodowy, w takie odzywają się  słowa:

Ja: 

–          Huragany lubią bujać się nad falami oceanów, bo tam jest im przestronnie, niechętnie dotykają ziemi, która przeszkadza im w rozwoju.

Grażyna:  

–          Nie wiedziałam, że na huraganach tez się znasz.

–          Tak, od czasu tego Olesia, studiuję meteorologie, podobnie jak w czasie każdej twojej choroby zamieniam się w doktora Marzyńskiego.

–          A tymczasem przymusowa ewakuacja Manhattanu.

–          Po pierwsze nie całego Manhattanu, a tylko jego południowego cypla i nie żadna przymusowa, mieszka tam 350 000 ludzi i nie ma siły, żeby ktoś ich do czegoś zmusił, zapomniałaś, ze żyjesz się w kraju rozpasanej wolności osobistej?

–          Socjologiem też jesteś?

–          Nie, ale widziałem w telewizji grubą panią, stojąca pod Statue of Liberty, która powiedziała, ze póki nogi ją będą nosić nigdzie się stad nie ruszy.

–          A jako doświadczony energetyk pewnie nie wierzysz, że linie wokół naszego domu będą zerwane – tak jak to zdarzyło się już kilka razy i ciemności mogą trwać kilka dni, trzeba dokupić trochę świec.

–          Tu masz rację, te antyczne slupy elektryczne łatwo się kiwają, wiec liczę na pewne ciemności, ale ostatnio wystarczyło nam świec, po dwie w każdym pokoju.

–          Tym razem potrzebne są dłuższe świece, wiatr ma być 75 mil na godzinę, zaraz wyjdę kupić radio na baterie, mieliśmy dwa, ale nie mogę ich znaleźć.

–          Jak zgaśnie światło, komórki będą wciąż  działać, są na baterie.

–          A jak wyczerpią się baterie?

–          Pójdziemy do sąsiadów zapytać, co się dzieje z Olesiem.

–          Tak, już widzę jak cię wiatr znosi na drugi chodnik.

–          Będziemy stać w oknie i przyglądać się rozwojowi sytuacji, huragan nad Bostonem nie utrzyma się dłużej niż jeden dzień.

–          Obama powiedział, żeby przygotować się na długie reperacje zniszczonej sieci elektrycznej, bo huragan ma ponad tysiąc mil długości.

–          Miał – jak dochodził do North Carolina, po drodze, ocierając się o ląd, stracił siły.

–          Skończ te wygłupy, czy też będziesz się śmiał, jak zaczną ginąć ludzie?

–          Nie, ale mam czas, żeby spoważnieć, na razie jest wszystko w porządku, reporterzy na plażach poddają się wiatrowi udając, że ich znosi (television production values),   burmistrz Nowego Jorku woli przesadzić niż przegrać wybory, a prezydent  powinien  założyć pelerynę i wyjść na deszcz, żeby pokazać, ze w przeciwieństwie do swojego wyborczego konkurenta  jest jednym z nas, narażonych na Olesia.

W tym momencie udajemy się do kuchni, żeby zrobić inwentaryzację świec.  Grażyna mocuje się z jedną z nich; jest w niej knot, ale nie chce się zapalić.  Odwracając dno naczynia wypełnionego woskiem widzimy, że jest tam wbudowana bateria, włączamy prąd i świeca zapala się i miga, jak prawdziwa. Polish joke.

Marian Marzyński

Obejrzyj huragan na żywo

 

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Angor 2012-10-30
  2. Roman Strokosz 2012-10-30
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com